"Chopin, Chopin!": Ten film miał być naj
Niezależnie od pojawiających się co jakiś czas prób dekonstrukcji portretu Fryderyka Chopina, w dosyć powszechnej opinii ów portret od dekad kojarzy się z figurą wydelikaconego chorowitego artysty, egocentryka i pracoholika, a w rodzimej perspektywie także wyelegantowanego prymusa wybijającego mazurki w Żelazowej Woli wśród wiosennych wierzb płaczących i zasilających nieboskłon klekocących polskie pacierze zdezorientowanych bocianów.
A przecież Fryderyk Chopin był człowiekiem z krwi i kości. Jakiekolwiek ramy, w które usiłowano wtłaczać artystę, wydają się niewystarczające. Decyduje świadomość biografów, ich smak, ich gust. Michał Kwieciński, razem ze scenarzystą, Bartoszem Janiszewskim, podjęli decyzję, że pokażą Chopina współczesnego. Mężczyznę, który poza talentem, miał gest i rozmach, trwonił pieniądze, lubił się bawić. I pewnie prowadziłby taki styl dłużej, gdyby nie przeklęta choroba.
O tym filmie mówiło i pisało się od dobrych kilku lat. Jeszcze jedna próba dotknięcia, nie waham się użyć tego określenia, mitu Fryderyka Chopina - bo przecież Chopin jest od dawna mitem. Naszym, polskim, uniwersalnym.
Jeden z naj: najważniejszych, najczęściej słuchanych, najbardziej uwielbianych. Bociany, Żelazowa Wola, ale i depresja, gruźlica, George Sand, cherlawość i wielkość - wiele parametrów się tam mieści. Zbyt wiele, żeby komukolwiek udało się to wszystko objąć całościowo.
W Polsce o Chopinie mówi i pisze się często, przede wszystkim zaś słucha jego muzyki. Nie została i nie zostanie zapomniana. Filmowo jest również obecny. Abstrahując od niezliczonej ilości dokumentów i reportaży, pojawiał i pojawia się także w fabule. "Młodość Chopina", "Błękitna nuta", "Chopin. Pragnienie miłości" - wymieniam tylko najważniejsze tytuły.
Wersja Michała Kwiecińskiego miała być również naj. Największy budżet, największe zaangażowanie, największy sukces.
Co jakiś czas w mediach pojawiały się kuszące informacje na temat oryginalnych kostiumów z epoki, dbałości o detal, ale i rozmachu produkcji. Wybór młodego, arcyzdolnego Eryka Kulma, zwłaszcza po kreacji w "Filipie" tego samego Kwiecińskiego, nie budził wątpliwości, podobnie jak gwiazdorska, międzynarodowa reszta obsady.
W końcu zamknięte zostały ostatnie prace montażowe, postprodukcyjne, techniczne - otrzymaliśmy gotowy film - film, który, rzecz warta podkreślenia, koniecznie trzeba obejrzeć w kinie, na sali kinowej, żeby docenić wszystkie piękności produkcji.
"Chopin, Chopin!" zadaje ważne pytania, zachwyca warstwą wizualną, satysfakcjonuje aktorstwem, jest też filmem zrealizowanym nowocześnie, chwilami brawurowo, z myślą o tych widzach, którzy Chopina słuchają w streamingu, nie w salach koncertowych.
Wszechobecna w filmie muzyka oryginalna Chopina, wspomagana elektronicznymi akordami, buduje napięcie, staje się katalizatorem uczuć bohatera w tej meandrycznie, ale czytelnie, przejrzyście poprowadzonej biografii.
Pojawiają się jednak pytania.
"Chopin, Chopin!": Tytuł, który zostanie
Michał Kwieciński podjął się próby odbrązowienia pomnika. Eryk Kulm nie gra introwertycznego gruźlika, tylko otwartego, skorego do figli i błazenady dandysa, uwielbiającego towarzystwo, eksperymentującego z wizerunkiem, kochającego i będącego kochanym. Spośród wielu filmowych biografii Chopina, a samych pełnometrażowych filmów na ten temat powstało na świecie co najmniej kilkanaście, najnowsza produkcja wyróżnia się nie tylko rozmachem, ale i poruszeniem wątków dotychczas rzadko podejmowanych - na przykład skomplikowanych relacji kompozytora z Lisztem, albo opieką nad wunderkindem, Carlem Filtschem, genialnym dzieckiem - pianistą i kompozytorem, zmarłym na gruźlicę w wieku zaledwie czternastu lat.
Ramą filmu jest właśnie owa śmiertelna choroba. Piętnaście ostatnich lat życia kompozytora - od diagnozy po śmierć. Jednym słowem okres paryski, znaczony już okrutną informacją o stanie zdrowia Chopina, ale także próbami współegzystowania z chorobą. Wokół zagranego z zaangażowaniem przez Eryka Kulma artysty, tłoczą się historyczne postaci na czele z George Sand, wspomnianym Lisztem, Janem Matuszyńskim, Julianem Fontaną czy Delfiną Potocką. Pomimo świetnej roboty aktorskiej, wszyscy oni są jedynie satelitami dopowiadającymi szczegóły biograficznego portretu kompozytora.
Taka była bowiem decyzja scenarzysty i reżysera: decydując się w 2025 roku na opowieść o Fryderyku Chopinie, pragnęli opowiedzieć ją w taki sposób, żeby widz mógł poczuć tę historię osobiście, zidentyfikować się z postnowoczesnym artystą sybarytą, drwiącym sobie zarówno z choroby, jak i z cierpień dziecięcia wieku.
Inną twarz artysty znajdziemy w kompozycjach Chopina z tego okresu - również mrocznych, depresyjnych, porażających (i dlatego także ponadczasowych), ale nie w jego najnowszej biografii, nie w tym filmie.
Chopin w biografii Kwiecińskiego uwodzi bowiem przyjaciół, żyje z chorobą, żyje z okrutną diagnozą najpełniej jak potrafi. Wybiera się z George Sand na Majorkę, o włos tej wyprawy nie przypłaci zresztą życiem, bryluje na salonach, tamże gra za pieniądze, czego zresztą nienawidzi. Chopin ludzki, Chopin oddychający, Chopin kaszlący, Chopin umierający. Wieczny Chopin.
Podprogowo film Kwiecińskiego jest także filmem o udawaniu. I o prawdziwej sztuce, nie poddającej się oportunistycznej kontrybucji. Chopin, dopiero na łożu śmierci, powie Lisztowi, że zostaje tylko muzyka. Już nigdzie nie wyjdzie, nie założy więcej maski (ciekawy motyw w filmie), tylko On i muzyka.
Są w tym filmie, starannie sfotografowanym przez Michała Sobocińskiego, momenty rzadkiej urody - na przykład przejmujące sceny oddające zarazę cholery w Paryżu w 1832 roku.
W opuszczonym mieście Chopin zostaje w zasadzie sam. Figura samotnego kompozytora przypominała mi w tych scenach obraz Władysława Szpilmana z filmu Polańskiego błąkającego się po ruinach Warszawy.
Na koniec trzeba napisać o warstwie wizualnej. Rozmach, do którego polskie kino w ostatnich latach raczej nas nie przyzwyczajało. Chodzi jednak o rozmach, nazwijmy go, intelektualny. O detal, nie o wystawę. Przedmioty, kostiumy, wnętrza. Kadry w duchu malarstwa Caravaggia i Rembrandta. Nienaganna kolorystyka, trafione decyzje. Nic dziwnego, przy "Chopinie, Chopinie!" pracowali najwybitniejsi rodzimi artyści - autorki kostiumów, legendarna Magdalena Biedrzycka i Justyna Stolarz, scenografowie - Katarzyna Sobańska i Marcel Sławiński.
Nawet jeżeli sam film w pewnym momencie zostawia widza z dystansem do bohatera i przedstawionego świata, w warstwie produkcyjnej i wizualnej jest wydarzeniem. Tytułem, który zostanie.
7/10
"Chopin, Chopin!", reż. Michał Kwieciński, Polska 2025, dystrybutor: TVP Dystrybucja Filmowa, premiera kinowa: 10 października 2025 roku.












