"Projekt Hail Mary". Sukcesy oraz porażki Phila Lorda i Christophera Millera
Dla reżyserskiego duetu "Projekt Hail Mary" jest pierwszym filmem wyreżyserowanym od czasu genialnego "22 Jump Street" z 2014 roku. Obaj stali przez chwilę za kamerą przygód Hana Solo z serii "Gwiezdne wojny - historie" z 2017 roku. Zostali jednak odsunięci od produkcji i zastąpieni przez wyrobnika Rona Howarda. W międzyczasie zgarnęli po Oscarze za animację "Spider-Man: Uniwersum", a później znaleźli się w centrum kontrowersji związanych z pracami nad jej kontynuacją z podtytułem "Poprzez multiwersum".
Styl Lorda i Millera opiera się z jednej strony na znajomości popkultury oraz świadomej zabawie z konwencją i gatunkiem, a z drugiej improwizacji, z której powoli klei się stojące na własnych nogach dzieło. W mniejszej produkcji, czyli serii "21 Jump Street", dało to nam komediowe złoto (i to dwa razy). W animowanych Spider-Manach otrzymaliśmy (znów dwa razy) arcydzieło formy, przekraczające jej granice, a zarazem wchodzące w dyskusję z konwencją kina superbohaterskiego. Jednak tym razem sposób pracy reżyserskiego duetu, przede wszystkim gonitwa pomysłów i próba nadążenia za nią, doprowadziła animatorów na skraj fizycznego i psychicznego wykończenia. Z kolei za obecność na planie "Hana Solo" po prostu im podziękowano, zapewne z powodu kosztów, które generowała realizacja ich wizji.
Jest więc nieco zaskakujące, że Lord i Miller ponownie dostali do dyspozycji ogromny budżet. "Projekt Hail Mary" kosztował 200 milionów dolarów. Wydaje się jednak, że jest to najspokojniejsze i najmniej wywrotowe, a zarazem najskrzętniej zaplanowane dzieło duetu. Chociaż kto spodziewałby się, że wyceniana na ciężkie worki monet produkcja science fiction okaże się jednocześnie najintymniejszym filmem o samotności ostatnich lat?

"Projekt Hail Mary". Samotność w kosmosie
Historia zaczyna się od mężczyzny (Ryan Gosling), który nagle wybudza się ze śpiączki. Po chwili zdaje sobie sprawę, że jest na pokładzie pędzącego wśród gwiazd statku kosmicznego, a pozostali członkowie załogi nie żyją. Richard, bo tak nazywa się nasz bohater, stopniowo przypomina sobie, kim jest. Na Ziemi był nauczycielem fizyki w liceum. Jak więc znalazł się w przestrzeni kosmicznej? I po co?
Chociaż w retrospekcjach poznamy kilkoro postaci pobocznych, przez większość czasu jedyną osobą na ekranie jest Gosling. Jest on wszechstronnym aktorem, co udowodnił, kreując pewnych siebie amantów ("Kocha, lub, szanuje"), zakompleksionych chłopców o muskulaturze modela ("Barbie") i neurotyczne ciamajdy ("Nice Guys - Równi goście"). Protagonista "Projektu Hail Mary" okazuje się z kolei wycofanym geniuszem, któremu doskwiera samotność (przyznaję, kosmiczna pustka jest dosyć dosłowną metaforą jego miejsca w społeczeństwie). Nie wynika ona jednak z nieudolności nawiązywania kontaktów. Szybko okazuje się, że w Richardzie jest sporo ciepła, a on sam potrafi szybko zjednać sobie ludzi.
Bohater wydaje się obawiać relacji ze względu na wynikające z nich trudy i obowiązki. Widać to świetnie w jednej z pierwszych scen, gdy odmawia on udzielenia odpowiedzi na problematyczne pytanie zadane przez uczniów. W kosmosie Richard musi nie tylko odkryć, jakie jest jego zadanie (a później je wykonać), ale także zastanowić się, kto czeka na niego na Ziemi. Nie zdradzę, gdzie zaprowadzą go te przemyślenia. Sam poszedłem na seans z minimalną wiedzą o przedstawionej historii i wydaje mi się, że smakuje ona najlepiej, gdy odkrywa się ją w czasie seansu.

"Projekt Hail Mary". Kosmos zachwyca, historia wzrusza
"Projekt Hail Mary" to epickie science fiction pełną gębą. Kosmos nie prezentował się tak pięknie od czasu "Interstellara" Christophera Nolana, a Lord i Miller umiejętnie rozgrywają kolejne zagrożenia, z którymi mierzy się bohater. Niektóre pożary udaje się łatwo ugasić, zmagania z innymi tworzą jedne z najbardziej przyspieszających tętno sekwencji, jakie zobaczymy w tym roku na ekranach kin. Jednak reżyserski duet wyciska z fabuły najwięcej emocji nie w zapierających dech scenach w kosmosie, a tych małych, często intymnych. W centrum tego spektaklu zawsze stoi bohater. Zaskakujące, ile razy twórcom udaje się sprawić, że sięgniemy po chusteczki. Duża jest w tym zasługa Goslinga. W jego wycofanym neurotyku buzuje wiele tłumionych pragnień i obaw. Dzięki konsekwentnie prowadzonej historii zmierzy się z nimi wszystkimi. I być może wyciągnie z tego jakieś wnioski.
By zapewnić naszą uwagę przez ponad dwie i pół godziny metrażu, Lord i Miller nie potrzebują swej popkulturowej erudycji. Oczywiście, nawiązania do innych filmów pojawiają się, ale są one nieczęste i bardzo bezpośrednie. Ta historia stoi na własnych nogach, a w tych wszystkich kosmicznych wojażach i wyjątkowych obrazach przewija się jedna myśl - że zawsze warto mieć kogoś, kogo możemy przytulić.
8/10
"Projekt Hail Mary" (Project Hail Mary), reż. Phil Lord i Christopher Miller, USA 2026, dystrybucja: United International Pictures, premiera kinowa: 20 marca 2026 roku










