"Miłość, która zostaje": rzucić to wszystko i wyjechać w jakieś Bieszczady, albo na Islandię
Dusza islandzka, niech fruwają stereotypy, nie trzeba ich rozganiać. Hlynur Pálmason się w tym pławi: zderzenie z naturą, zwierzęta i ludzie, i "biały, biały dzień" (jak tytuł jego najgłośniejszego bodaj filmu). Dusza islandzka pozarastana jest mchami, grzybami, osłonięta grubymi kurtkami i szalikami zimowymi nawet na wiosnę, nawet wczesną jesienią.
Dusza to jednak człowiek. I to w kinie Hlynura Pálmasona jest najciekawsze. To jest najciekawsze również w filmie najnowszym, "Miłość, która zostaje". Ludzie, stworzenia ludzkie, seks, fenomenologia seksu i fenomenologia uczuć. Relacje kończące się, zanim się na dobre zaczną i wybór drogi samotniczej, zalety i wady.
W tak nietuzinkowej scenerii, jak sceneria islandzka, taki wybór wydaje się jasny i oczywisty, uruchamia tęsknotę, żeby rzucić to wszystko w diabły, pisanie, drzemki, ciepłe posadki i ciepłe kocyki z dyskontu. Rzucić to wszystko i wyjechać w jakieś Bieszczady, albo na Islandię.
Tyle że bohaterowie najnowszego filmu Hlynura Pálmasona już tam są, już tam żyją, mieszkają. Tracą pewność siebie. Ona, on, troje dzieci - dorastająca córeczka, dwóch bliźniaków, dzieciaki jeszcze. Jakoś nieszczególnie im się aktualnie wiedzie. Pojawiają się szwy, zadrapania, animozje, a Hlynur Pálmason oświetla je punktowo.
Ona, Anna, jest artystką wizualną, Magnús rybakiem. Troje dzieci plus pies - a ten pies wyjątkowo jest ważny (świetna kreacja aktorska). Są w separacji, przechodzą trudny czas. Trudny czas jest jednak czasem ciekawym. Są na rozdrożu, a skoro tak, zaczynają się sobie przyglądać uważniej.
"To nie jest wesołe kino, chociaż kilka razy szczerze się uśmiechnąłem"
Oglądamy tę rodzinę, rok z życia rodziny przez dziurkę od klucza. Aż chciałoby się zacytować Stanisława Dygata piszącego w "Disneylandzie": "Ekran filmowy to dziwna rana, przez którą oglądamy szczególny świat. Na pozór jest podobny do naszego, ale jakby przekorny w stosunku do niego i opaczny. Trzeba się zdobyć na to, aby przejść przez tę ramę. Tak jak Alicja przez lustro w swoim pokoju".
To nie jest wesołe kino, chociaż kilka razy szczerze się uśmiechnąłem. Pálmason ciekawie to niuansuje. Anna czuje, że jest gotowa na przełom w swojej karierze, że powinno wydarzyć się coś ważnego, coś ciekawego. Niestety, zaproszony przez nią kurator sztuki, okazuje się miernotą, egotycznym dupkiem, i przypomina nieco postać "krytyka" - Jerzego Stuhra z "Aktorów prowincjonalnych", Magnús z kolei jest facetem w kryzysie, zdumionym odkryciem, że wszystko, co wydawało mu się dotąd właściwe, być może wcale takie nie jest.
Rok obserwacji, rok pełen uczuć. Zaraz zima, wiosna, lato, i już jesień. To nie jest jednak kontemplacyjny dokument, tylko nietuzinkowe kino, w którym na podobnych rejestrach funkcjonują ludzie i zwierzęta, sceny werystyczne i fantasmagoryczne, surrealne.
Hlynur Pálmason czyniąc z Anny (ciekawa rola Sagi Garðarsdóttir) artystkę wizualną, sam jest kimś takim w swoim filmie.
Kadry "Miłości..." - autorem zdjęć, co ważne, jest sam reżyser - przypominają nieco video-art. To jest film, który chciałoby się dotknąć, pogłaskać, uściskać. Emocje raczej nietypowe dla przeciętnego odbiorcy sztuki filmowej. Zieloność wyspy, mchy, porosty, grzyby, mierzeje, rdzawe artefakty Anny, rybacki kuter Magnúsa, szum listowia, błoto osadzające się na gumowcach. Wszystko jest sztuką. Prawie wszystko może być miłością. Nawet rozstanie.
8/10
"Miłość, która zostaje" (Ástin sem eftir er), reż. Hlynur Pálmason, Szwecja, Islandia, Francja, Dania 2025, dystrybutor: Stowarzyszenie Nowe Horyzonty, polska premiera kinowa: 20 marca 2026 roku.











