Reklama

47. Festiwal Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni

Reklama

Gdynia 2022: Dla kogo Złote Lwy? Na nagrodę zasłużyły trzy filmy

Dwadzieścia filmów fabularnych w Konkursie Głównym, zamiast regulaminowych szesnastu, miało świadczyć o wyjątkowo wysokim poziomie 47. Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni. Ja tak wysokiego poziomu nie dostrzegłem, choć trzy filmy tegorocznej edycji uważam za znakomite.

Dwadzieścia filmów fabularnych w Konkursie Głównym, zamiast regulaminowych szesnastu, miało świadczyć o wyjątkowo wysokim poziomie 47. Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni. Ja tak wysokiego poziomu nie dostrzegłem, choć trzy filmy tegorocznej edycji uważam za znakomite.
Damian Kocur ("Chleb i sól"), Agnieszka Smoczyńska ("The Silent Twins") i Jerzy Skolimowski ("IO") - kto otrzyma Złote Lwy? /Anna Bobrowska, Anna Rezulak /materiały prasowe

Jak co roku w ostatnim dniu festiwalu kuluary wirują od plotek, kto zgarnie najważniejsze nagrody imprezy. Co będzie największym zaskoczeniem? Kto się obrazi i nie przyjdzie na galę? Czy pojawi się czarny koń? Jak branża rozdzieli nagrody, by zadowolić twórców poszczególnych filmów? Każdy z uczestników festiwalu w mniejszym lub większym stopniu co roku poddaje się fali spekulacji. W tym roku była ona w moich oczach jednak mało ekscytująca. Dlaczego? Nie było na festiwalu filmów, które toczyłyby ze sobą bój "do ostatniej kropli krwi". 

Trzy filmy powalczą o Złote Lwy

"IO" Jerzego Skolimowskiego, "The Silent Twins" Agnieszki Smoczyńskiej oraz "Chleb i sól" Damiana Kocura - to trzy filmy, które bez wątpienia zasłużyły na Złote Lwy. Skolimowski nakręcił poetycką, głęboko humanistyczną, ale też metafizyczną odyseję, wpisującą się w potrzebę walki o klimat i prawa zwierząt. Nagrodzony na festiwalu w Cannes Skolimowski jest ikoną polskiego kina i jednym z ostatnich wielkich reżyserów, którzy w XX wieku wprowadzili polską kinematografię na światowego salony. Nagroda w Gdyni byłaby pięknym  hołdem złożonym Skolimowskiemu i jednocześnie docenieniem jednego z jego najlepszych filmów. Czy jednak tak autorskie i hermetyczne spojrzenie, będące na dodatek parafrazą klasycznego kina Roberta Bressona, ma szansę przekonać jury?

Reklama

Podejrzewam, że Złote Lwy mogą wpaść w ręce Agnieszki Smoczyńskiej. Jej anglojęzyczny debiut "The Silent Twins" ze znaną z "Czarnej Pantery" Lelitią Wright w głównej roli dowiódł, że reżyserka, która zadebiutowała błyskotliwymi i drapieżnymi "Córkami dancingu", jest jedną z najciekawszych europejskich filmowców. 

Oparta na faktach opowieść o dwóch siostrach, które odmówiły komunikowania się ze światem i zbudowały swój odrębny mikrokosmos jest pokazem wielkiego talentu reżyserki "Fugi". Smoczyńska idzie też odważnie swoją własną drogą, opowiadając wciąż o outsiderach, wyrzutkach i kobietach miażdżonych przez system. W "The Silent Twins" zderza się ze sobą głęboki dramat obyczajowy, kino społeczne, ale też horror. To bardzo plastyczne i wysmakowane wizualnie kino, które dobitnie pokazuje, jak bardzo dojrzałą reżyserką jest Smoczyńska. Jeżeli jej film nie wyjedzie z Gdyni ze Złotymi Lwami, to jestem przekonany, że dwukrotnie nagradzana w poprzednich latach na festiwalu Smoczyńska będzie triumfować w kategorii "najlepszy reżyser".

Zachowawcze i bezpieczne kino? Były wyjątki

Tegoroczna edycja festiwalu charakteryzowała się kinem dosyć zachowawczym i bezpiecznym. Z kilkoma wyjątkami. Lubiący formalne eksperymenty i szukający własnego języka Xawery Żuławski tym razem wpisał się w modne parodystyczne kino o zombie i popkulturową żonglerkę. "Apokawixa" jest przeszczepieniem klimatu "Zombieland" na polski grunt i czystym igraniem formą. Czy będzie z tego jakakolwiek nagroda? Przyklasnę jury, jeżeli doceni Sebastiana Fabijańskiego w zupełnie odjechanym drugim planie, choć mam świadomość, że taka decyzja w Gdyni byłaby zbyt rewolucyjna. 

O ile Żuławski odszedł od typowych dla siebie poszukiwań formy, nie zawiódł Lech Majewski, który w "Brigitte Bardot Cudowna" znów pokazał, że jest filmowcem odrębnym, wyjątkowym i nie bojącym się mówić własnym językiem. Majewski wpisał się w trend autobiograficznego autorskiego kina, za które w ostatnich latach brali się tacy twórcy jak Sorrentino, Almodovar, Branagh czy Cuarón, ale jednocześnie znów zabrał widzów w krainę bardzo obrazową krainę magii, naszpikowaną erudycyjnymi odniesieniami do europejskiej kultury. Tyle, że Lech Majewski od czasu Nagrody Specjalnej Jury w 2011 roku za "Młyn i krzyż" nie należy do ulubieńców gdyńskich jury. Szkoda, bo trudno nie odnieść wrażenia, że pracujący z takie wielkimi nazwiskami jak John Malkovich polski malarz, poeta i reżyser jest o wiele bardziej doceniany za granicą niż w Polsce.

"Chleb i sól" najlepszym filmem według dziennikarzy

Czy czarnym koniem imprezy okaże się być Damian Kocur i jego nagrodzony na festiwalu w Wenecji "Chleb i sól"? Krytycy są zgodni, że Kucur jest objawieniem i wielkim talentem polskiego kina. Ja porównuję go do Seana Bakera, który w "Mandarynce" czy "The Florida Project" pokazał, jak fenomenalnie potrafi prowadzić aktorów amatorów. Kocur również nakręcił film z obsadą nieprofesjonalnych aktorów i dał nam kino bezkompromisowe, mocne, znakomicie zagrane i emocjonalnie przeszywające. Jest to kino surowe i uliczne, a jednocześnie unika wyrachowania. Nie ma "Chleb i sól" fałszywych nut i jest jednym z najciekawszych debiutów w polskim kinie ostatnich lat. Kto, wie czy nie najciekawszym obok Piotra Domalewskiego. 

Kocur dostał już Nagrodę Dziennikarzy akredytowanych na festiwalu. Nie wyobrażam sobie, by nie otrzymał nagrody choćby za debiut. Choć szanse w kategorii "debiut reżyserski lub drugi film" mają też "Strzępy" Beaty Dzianowicz, podejmujące modny w ostatnich latach w światowym kinie temat demencji i Alzheimera. Oby nie tylko moda decydowała o gustach jury.

"Filip": Odkrycie festiwalu w Gdyni

Nie przekreślałbym szans na ważną nagrodę dla "Filipa" Michała Kwiecińskiego, który pokazał, że polskie kino historyczne może być politycznie niepoprawne i uciekać od ckliwej martyrologii. Oparty na książce Leopolda Tyrmada film jest momentami gęsty, prowokacyjny (czuć tutaj nawet wpływ "Bękartów wojny" Tarantino) i ma do tego bardzo niejednoznacznego bohatera, w którego znakomicie wciela się Eryk Kulm. 

"Filip" jest wielkim zaskoczeniem tegorocznego festiwalu i w kategorii kino historyczne bije na głowę pięknego wizualnie, ale emocjonalnie pustego "Orła. Ostatni patrol" Jacka Bławuta i solidne "Orlęta. Grodno 39" Krzysztofa Łukaszewicza. Przewiduję nagrodę aktorską dla Kulma, ale nie zdziwię się jak jury uzna, że filmowi należy się jedna z najważniejszych nagród. Srebrne Lwy? Wielce prawdopodobne, jeżeli okaże się, że Skolimowski wcale nie trafił do serc jurorów. Oklaski po "IO" nie były wcale długie.

Trzy aktorki powalczą o nagrodę w Gdyni

Kto może wyjechać z Gdyni nagrodami aktorskimi? Dorota Pomykała na nowojorskim festiwalu Tribeca dostała nagrodę za przejmującą rolę "Kobietę na dachu" Anny Jadowskiej. Wzbudziła też entuzjazm gdyńskiej publiczności, choć moim zdaniem zagrozić jej może świetna Agata Buzek w przeciętnej "Iluzji" Marty Minorowicz albo (moja faworytka) Małgorzata Gorol za "Śubuka" Jana Lusińskiego, który nakręcił "kino środka" rodem z Hollywood. 

"Śubuk" jest nie tylko pierwszym polskim filmem dotykającym tak szeroko spektrum autyzmu, ale też jest uniwersalną opowieścią o kobiecej sile, matczynej miłości i walce w duchu Erin Brockovich. Stanowczo za mało takich polskich filmów pojawia się co roku w kinach. Cieszy więc podwójnie, że w gąszczu mniej lub bardziej pretensjonalnych, wyrachowanych pod nagrody filmów (patrz: "Głupcy" Tomasza Wasilewskiego), znalazło się w Gdyni miejsce dla takich opowieści jak "Śubuk" czy "Tata" Anny Maliszewskiej. 

To mądre, wzruszające, ciepłe i świetne zagrane przez dwie dziewczynki (Klaudia Kurak, Polina Gromova) kino z charyzmatycznym Erykiem Lubosem, który przełamuje swój "twardzielski" wizerunek, grając czułego i jednocześnie chropowatego ojca. Czy fakt, że jest to też film o braterstwie polsko-ukraińskim pomoże mu zdobyć ważna nagrodę? Nie przewiduję nagrody dla Dawida Ogrodnika, który choć świetnie oddał w "Johnnym" charyzmę ks. Jana Kaczkowskiego, to sam film Daniela Jaroszka okazał się być zbyt przesłodzoną landrynką. 

Trochę symbolizuje to cały tegoroczny festiwal. Więcej było słodkich zapowiedzi o wysokim poziomie, niż prawdziwego smaku wielkiego kina. Poza tercetem Skolimowski-Smoczyńska-Kocur. Swoją drogą to ciekawy zestaw pokoleniowy, nieprawdaż?

Czytaj też:

"IO": Z kamerą wśród zwierząt [recenzja]

"The Silent Twins": Szepty i krzyki [recenzja]

"Chleb i sól": Lato się przełamało [recenzja]

INTERIA.PL
Dowiedz się więcej na temat: Gdynia 2022

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL