Nakręcił jeden z najwspanialszych filmów w historii kina. Nigdy nie powtórzył tego sukcesu
Cóż nowego można napisać o filmie, który jest absolutnym arcydziełem światowego kina? Oglądanie "Łowcy jeleni" Michaela Cimino na dużym ekranie to prawdziwe święto dla każdego kinomana. Produkcja wyniosła na szczyty jego reżysera, niestety jego późniejsze losy były niezwykle smutne.
Pięć Oscarów, w tym za najlepszy film i dla najlepszego reżysera oraz jedyny w karierze Oscar dla Christophera Walkena za drugoplanową rolę. Powracający do kin "Łowca jeleni" jest dziś filmem legendarnym i w zasadzie nie kwestionuje się jego wielkości. W czasie premiery w 1978 roku było inaczej.
"Łowca jeleni" wszedł do kin w tym samym roku, co produkowany przez Jane Fondę "Powrót do domu" Hala Ashbiego. Były to pierwsze dwa hollywoodzkie filmy dotykające tematu wojny w Wietnamie, która przetrąciła Ameryce kręgosłup. W sensie społecznym i politycznym. Oscarowe starcie wygrał film Cimino, choć główne nagrody aktorskie zgarnęła Jane Fonda i Jon Voight.
Dla - grającej pielęgniarkę opiekującą się weteranem wojennym - Fondy był to ważny projekt, choćby z powodu krytyki, jaka na nią spadła po jej haniebnych zdjęciach z żołnierzami Vietcongu, blisko tzw. Hanoi Hilton, gdzie torturowani byli amerykańscy żołnierze. "Droga do domu" była swego rodzaju odkupieniem win artystki, którą do dziś w kręgach weteranów wojennych określa się mianem "Hanoi Jane". Jej film jest antywojennym manifestem, ale też poruszającym hołdem dla weteranów. Szybko przeciwstawiono mu ideologicznie "Łowcę jeleni". Niesłusznie.
Michael Cimino opowiada o trzech przyjaciołach żyjących w społeczności rosyjskojęzycznej imigracji w robotniczej mieścinie Clairton w stanie Pensylwania. Mickey (Robert De Niro), Nick (Christopher Walken) i Steven (John Savage) są najlepszymi przyjaciółmi i robotnikami miejscowej huty żelaza. Wszyscy dostają powołanie do wojska, co równa się wysłaniu do Wietnamu. Każdy z nich wierzy w sens walki w dalekim kraju. Nawet jeżeli nie znają nawet jego dokładnego położenia. Zanim przekroczą bramy wojennych piekieł, bawią się na weselu Stevena, które zamiast być otwarciem na nowej drodze życia, staje się pogrzebaniem niewinności całej trójki.
Mistrzowsko sfilmowana przez Vilmosa Zsigmonda impreza jest, obok otwarcia "Ojca chrzestnego" Francisa Forda Coppoli, najsłynniejszym weselem w dziejach X Muzy. Ramą opowieści o trzech przyjaciołach, którzy w różnym stopniu zostają zdewastowani (fizycznie i psychicznie) przez Wietnam, jest natomiast polowanie na jelenie. To ono ostatecznie symbolizuje egzystencjalną przemianę każdego z bohaterów, dla których wojna już nigdy się nie skończy. Mimo odwieszenia munduru.
Film Cimino był bojkotowany przez państwa bloku komunistycznego za sceny rosyjskiej ruletki, do której żołnierze Vietcongu brutalnie zmuszają amerykańskich więźniów. Nie tylko komuniści się burzyli. W USA pojawiły się głosy, że te sceny są rasistowskim i stereotypowym spojrzeniem na Wietnamczyków.
Również finałowe melancholijne ujęcie z nuceniem amerykańskiej patriotycznej pieśni "God Bless America" bywało odbierane jako poparcie dla amerykańskiej interwencji w Wietnamie. To zupełny nonsens. Ta pieśń ma u Cimino wymiar pogrzebowy i zapowiada śmierć cząstki duszy nie tylko bohaterów, ale też samej Ameryki.
"Łowca jeleni" jest bez wątpienia filmem antykomunistycznym, ale też jego wymowa jest uniwersalnie antywojenna. W inny sposób niż "Powrót do domu", który była zresztą zainspirowany przez weterana i antywojennego aktywistę Rona Kovica, o którym z kolei Oliver Stone zrobił "Urodzonego 4 lipca". Cimino nakręcił film nie tylko o losie weteranów wojennych, niepotrafiących wrócić z piekła, ale też pokazał, jak wojna wpływa na całą społeczność.
"Łowca jeleni" jest filmem Walkena i De Niro. Ich dwie sceny przy rosyjskiej ruletce są najwyższą maestrią aktorstwa. Nie można jednak zapominać o subtelnej kreacji Meryl Streep w roli kobiety zagubionej w uczuciach do obu przyjaciół. Z perspektywy czasu porażająca jest też kreacja Johna Cazale, który grał, będąc ciężko chorym na raka. Znany z roli Fredo w "Ojcu chrzestnym" wybitny aktor zmarł jeszcze przed premierą "Łowcy jeleni".
Dzisiejszy seans "Łowcy jeleni" ma inny wymiar niż w 1978 roku, czy nawet w czasie, gdy pierwszy raz oglądaliśmy w Polsce film w telewizji i na kasetach VHS, czyli w latach 90. XX wieku. Dziś kino wojenne jest mocno skupione na syndromie stresu pourazowego (PTSD), ale premiera "Łowcy jeleni" i "Powrotu do domu" miała miejsce nie tylko przed wietnamską trylogią Olivera Stone’a ("Pluton", "Urodzony czwartego lipca", "Między niebem i ziemią"), ale też przed "Czasem Apokalipsy" (1979) Francisa Forda Coppoli, który ukonstytuował w kinie paranoiczny obraz wojny w Wietnamie oraz ironicznym "Full Metal Jacket" (1987) Stanleya Kubricka.
"Łowca jeleni" skupia się na dramacie żołnierzy i ich rodzin, ale też pokazuje co wojna robi z każdą wspólnotą i jak ta wietnamska wpłynęła na same Stany Zjednoczone Ameryki. Wietnam to pierwsza przegrana wojna Amerykanów. Przegrana na oczach telewidzów, którzy nigdy wcześniej nie oglądali brutalności wojny w swoich domowych zaciszach.
Sam Michael Cimino też artystycznie przegrał. Po "Łowcy jeleni" zabrał się za monumentalnie epicki western "Wrota niebios", który zrujnował finansowo wytwórnię United Artist i mocno wpłynął na hollywoodzkie finansowanie drogich autorskich filmów. Film Cimino kosztował równowartość dzisiejszych 200 milionów dolarów, a przyniósł... 1,5 miliona przychodu. Hollywood po tej porażce już nigdy nie było takie samo.
Cimino przez lata próbował wracać do wielkości, wywołując nieraz te same kontrowersje, co w czasie "Łowcy jeleni". Jego kultowy dziś w pewnych kręgach "Rok smoka" (1985) był oskarżany o rasizm wobec Azjatów, "Sycylijczyk" (1987) na podstawie Mario Puzo nie mógł wytrzymać porównań z filmami Coppoli, natomiast "Godziny rozpaczy" (1990) i "Dogonić słońce" (1996) zupełnie zniknęły z radarów w latach 90. naznaczonych już rewolucją Quentina Tarantino.
Cimino zmarł w 2016 roku jako ekscentryk i samotnik. Jego życie było komentowane nie przez pryzmat geniuszu reżyserskiego, ale coraz dziwniejszego wyglądu i zachowania. Ponowny kinowy seans "Łowcy jeleni" przypomina jednak, że Michael Cimino nakręcił jedno z najwspanialszych dzieł w historii kina. Jest to arcydzieło wcale nie o wojnie, ale o przyjaźni i przetrwaniu.