Komedie przyniosły mu sławę. Krytycy błagali, by przestał w nich występować
Ben Stiller od najmłodszych lat był blisko świata filmu, ale jego kariera nie przebiegała tak gładko, jak mogłoby się wydawać. Choć szybko trafił do komedii, która przyniosła mu ogromną popularność, długo mierzył się z opiniami, które podważały jego talent. Teraz, w wieku 60 lat, wraca do tych doświadczeń i opowiada o nich z zupełnie nowej perspektywy.
Ben Stiller dosłownie skazany był na sukces. Jest synem Jerry'ego Stillera, gwiazdy "Kronik Seinfielda" oraz Anne Meary, którą możemy znać z "Seksu w wielkim mieście". Rodzice, którzy byli znanymi aktorami komediowymi, często zabierali go na plany zdjęciowe. Tam Ben podpatrywał, jak tworzy się magia kina, którą potem odtwarzał, robiąc własne spektakle w domu. Od rodziców otrzymał również niezwykle popularną w tamtych czasach kamerę Super 8, dzięki której kręcił swoje pierwsze filmy.
Zadebiutował rolą w serialu "The Mike Douglas Show" w wieku zaledwie 6 lat. Już jako dorosły został zauważony przez producentów "Saturday Night Live", dzięki swojej parodii filmu Martina Scorsese. Wkrótce dołączył do ekipy scenarzystów i aktorów tego programu.
Swój pierwszy film wyreżyserował w latach 90. W "Orbitowaniu bez cukru" zagrali Ethan Hawke i Winona Ryder. Sam Ben również wystąpił w produkcji. Film stał się ogromnym sukcesem komercyjnym i otworzył Stillerowi drzwi do komedii, z którą na dłużej związał swoją karierę. Wystarczy wymienić jego kolejne realizacje: "Farciarz Gilmore", "Telemaniak", "Zoolander", "Sposób na blondynkę", "Zakazany owoc", "Poznaj mojego tatę" czy "Starsza pani musi zniknąć".
Po latach w podcaście New York Timesa aktor i reżyser wspominał, że jego komediowy sukces wcale nie został dobrze przyjęty w branży. Przywołał jeden z artykułów Los Angeles Times zatytułowany "Na litość boską, przestańcie obsadzać Bena Stillera w komediach".
"Otworzyłem gazetę i zobaczyłem to. Pomyślałem: 'Cóż, jestem tu, kocham to, co robię’. Dopiero z perspektywy czasu mogę spojrzeć na to inaczej i dostrzec, że byłem częścią czegoś większego" - powiedział Stiller.
W rozmowie Stiller zauważył, że komedie z lat 2000. miały swój unikalny ton i atmosferę, którą trudno jest dziś odtworzyć. Filmy takie jak "Zabawy z piłką" czy "Sposób na blondynkę" przyciągały widzów absurdalnym humorem, ale współczesna publiczność oczekuje innego podejścia. "Nie wiem, czy można by teraz stworzyć coś takiego. W tamtych czasach komedie miały specyficzny styl, który dziś wydaje się nieosiągalny" - podsumował.
Mimo negatywnych reakcji i poczucia, że mógłby spełnić się też w innych gatunkach, Ben Stiller nie porzucił komedii. W następnych latach pojawił się w filmach "Noc w muzeum" (i jego kontynuacjach), "Dziewczyna moich koszmarów", "Jaja w tropikach", "Poznaj naszą rodzinkę", "Sekretne życie Waltera Mitty" czy drugiej odsłonie "Zoolandera".
W 2018 roku Ben Stiller podjął się realizacji projektu z innego gatunku. Zdobył uznanie jako reżyser miniserialu kryminalnego "Escape from Dannemora", który opowiadał o prawdziwej ucieczce z więzienia. Produkcja zdobyła kilka nominacji do prestiżowych nagród i okazała się strzałem w dziesiątkę w karierze gwiazdy.
W ostatnim czasie głośno było o powrocie kultowej komedii "Farciarz Gilmore", która w tym roku debiutowała na Netfliksie. W produkcji Ben Stiller ponownie wcielił się w sanitariusza w domu opieki u boku Adama Sandlera, Christopher McDonalda i Margaret Qualley.
Po latach aktor przyznał, że z czasem mocno zmieniło się jego podejście do opinii innych. "Po nieudanym projekcie budzisz się następnego dnia i czujesz się zawstydzony, ale przecież nic w twoim życiu realnie się nie zmienia" - powiedział we wspomnianym podcaście. "Czasem wygrywasz, a czasem nie. Ważne jest, jak sobie z tym radzisz."
Zobacz też: To o niej mówi cała Polska. Jedna z najlepszych aktorek w kraju