"Jak wytresować smoka": Już to gdzieś widziałem
Po obejrzeniu nowej wersji perypetii młodego Wikinga wniosek jest jeden. Spodoba się ona tym, którzy cenią stabilność i niespecjalnie lubią zmiany, natomiast osoby szukające co rusz nowych wrażeń, wychodząc z kina mogą odczuwać lekki niedosyt. Wszystko dlatego że dwie produkcje, jakie dzieli piętnaście lat, są niemal identyczne. Remake jest wyraźną kalką swojego animowanego pierwowzoru. I choć pozornie wydaje się to bezpiecznym wyjściem, Dean DeBlois moim zdaniem zaryzykował. Bo de facto chce, byśmy kupili bilety na coś, co doskonale już znamy, a przynajmniej spora część docelowej publiczności "Jak wytresować smoka". W moim przypadku resentyment jednak zadziałał, bo równie szybko co przed laty wszedłem w fantazyjny świat przedstawiony i dałem się namówić na tę przygodę.
Jest ona wdzięczna, bo sprawnie łączy w sobie elementy fantasy, kina przygodowego oraz familijnego. Począwszy od bohaterów (nie tylko ludzkich), z którymi od początku sympatyzujemy, przez niepozwalającą na nudę narrację, po aspekt wizualny, jaki mógł stanowić dla twórców największe wyzwanie, zwłaszcza w odniesieniu do animacji. W centrum opowieści ponownie widzimy Czkawkę (w tej roli Mason Thames), syna wodza Wikingów (Gerard Butler) zamieszkujących wyspę Berk. Z jednej strony chłopak marzy, by pójść w ślady ojca i przejść próbę męskości, jaką jest zabicie smoka, z drugiej - szybko zdaje sobie sprawę, że się do tego nie nadaje. Jego orężem nie jest miecz, topór ani młot, a kreatywny umysł, pozwalający na to, by na wszystko znaleźć jakiś sposób. Co pozwala mu przejść kolejne etapy treningu na łowcę.
Międzygatunkowo i międzypokoleniowo
W efekcie to nie polowanie dzięki nabytym w ramach szkolenia nowym umiejętnościom, a zupełny przypadek sprawiają, że Czkawka zalicza bliskie spotkanie ze zranionym smokiem. I szybko przekonuje się, że ma do czynienia z zalęknioną, zagubioną istotą, która - gdyby nie gabaryty - więcej miałaby wspólnego z psem czy kotem ze schroniska dla bezdomnych zwierząt niż z krwiożerczym potworem. Cały wic polega na tym, by bohater przekonał swoich towarzyszy, na czele z rządnym zemsty wodzem, że Szczerbatek - jak pieszczotliwie chłopak nazywa smoka - nie stanowi dla nich żadnego zagrożenia. Mało tego, Czkawkę przepełnia wiara, że możliwe jest życie w symbiozie pomiędzy tymi dwoma gatunkami.
Akcja filmu Deana DeBloisa obraca się w gruncie rzeczy właśnie wokół międzygatunkowej relacji. Doświadczony kanadyjski reżyser, który maczał palce w kilku animowanych hitach, takich jak "Lilo i Stich" czy "Dziki robot", przekonuje że wrogość czy agresja często biorą się z niewiedzy. I że może należałoby kogoś lepiej poznać, by przekonać się o jego prawdziwych intencjach. Co ważne, uniwersalne przesłanie, jakie wyłania się z "Jak wytresować smoka", nie jest podane w sposób nachalny, ustępując raczej miejsca lekkim tonom i poczuciu humoru.
Mimo że aktorska wersja nie dała reżyserowi takich środków, jak opierająca się o metaforę czy pewną abstrakcję animacja, poradził sobie z tym całkiem nieźle. Młodzi widzowie dostają tym samym inteligentną, wartościową, wciągającą rozrywkę, a ci nieco starsi coś jeszcze. Jestem bowiem przekonany, że do sporej części rodziców, w chwili gdy zobaczą scenę, gdy bohater przemierza przestworza na grzbiecie smoka, wrócą wspomnienia z własnego dzieciństwa i jednego z klasyków lat 80., "Niekończącej się opowieści" Wolfganga Petersena. Zatem jest nie tylko międzygatunkowo, ale też międzypokoleniowo.
7/10
"Jak wytresować smoka", reż. Dean Deblois, USA 2025, dystrybutor: UIP, premiera kinowa: 13 czerwca 2025 roku.












