Tegoroczna gala nie przyniosła jednego wielkiego zwycięzcy. Najwięcej nagród - sześć Oscarów zdobyła "Jedna bitwa po drugiej" Paula Thomasa Andersona, cztery statuetki powędrowały do "Grzeszników" Ryana Cooglera. Najlepszym filmem międzynarodowym okazała się norweska "Wartość sentymentalna" Joachima Triera.
W press roomie szybko okazało się jednak, że ta noc nie była tylko świętem kina.
Wojny, dzieci i odpowiedzialność dorosłych
Najbardziej polityczny moment nocy przyszedł niespodziewanie, kiedy w konferencyjnej sali pojawił się Joachim Trier. Norweski reżyser, który odebrał Oscara za film międzynarodowy, wrócił do wątku z przemówienia na scenie. Mówił o słowach Jamesa Baldwina i o odpowiedzialności dorosłych za świat, który zostawiają dzieciom.
- Żyjemy w momencie, kiedy mamy więcej informacji niż kiedykolwiek o krzywdach wyrządzanych dzieciom - powiedział Trier. - Widzimy cierpienie dzieci w Palestynie, ludzi w Ukrainie, ludzi w Sudanie. Każde dziecko, które ginie w wojnie, jest odpowiedzialnością dorosłych, którzy wybierają polityków - dodał.
Na sali na chwilę zrobiło się cicho.
- Jako artysta nie jestem politykiem. Ale wierzę, że powinniśmy współpracować ponad podziałami, żeby chronić dzieci w sytuacjach konfliktu - mówił Trier.
To była jedna z tych chwil, kiedy Oscary przestają być tylko branżowym świętem, a zaczynają przypominać, że kino wciąż próbuje komentować świat.
Mocniej polityka wybrzmiała tylko przy okazji rozmów o dokumencie "Pan Nikt kontra Putin".
Film opowiada o rosyjskim nauczycielu, który dokumentuje propagandę i militaryzację w małej szkole na Uralu. Po zdobyciu Oscara jego twórcy zostali zapytani, co może zmienić globalna uwaga, która teraz spadnie na film. David Bornstein, jeden z reżyserów, nie pozostawił złudzeń.
- Wojna nie kończy się na Ukrainie - powiedział w press roomie. - Jeśli zobaczy się w naszym filmie, czego Putin uczy rosyjskie dzieci każdego dnia, widać wyraźnie, że chodzi o przyszłość opartą na wojnie i imperium, które nie zatrzyma się tutaj.
Dlatego - jak podkreślił - wspieranie Ukrainy pozostaje kluczowe. Twórcy filmu mówili też o czymś jeszcze: o pytaniu, które wracało podczas ich pokazów w Stanach Zjednoczonych.
- Rozmawialiśmy o oporze - mówił Bornstein. - Kiedy należy stawiać opór? Jakie moralne decyzje musimy podejmować, gdy nasze społeczeństwa zaczynają być przekształcane przez mroczne siły?
Bohater filmu - nauczyciel Pasha - pokazuje, że nawet zwykły człowiek może coś zmienić.
- Tak naprawdę Nikt może stać się kimś - powiedział Bornstein. - Każda indywidualna decyzja ma znaczenie.
Polityczne pytania pojawiły się także przy okazji zwycięstwa filmu "Jedna bitwa po drugiej" w kategorii najlepszy film. Produkcja od początku wzbudzała dyskusje dotyczące polityki rasowej i sposobu przedstawienia czarnoskórych bohaterek. Paul Thomas Anderson w press roomie nie próbował uciekać od tej debaty.
- Od początku wiedzieliśmy, że robimy coś skomplikowanego - mówił. - Nie chcieliśmy opowiadać historii w sposób heroiczny.
Jedna z bohaterek filmu cierpi na depresję poporodową i podejmuje decyzje, które podważają rewolucję, o którą walczy.
- To bardzo niebezpieczny moment, kiedy zaczynasz od chęci zmiany świata, a potem zaczynasz wierzyć we własne recenzje - powiedział reżyser.
Właśnie dlatego film - jak tłumaczył - nie jest opowieścią o bohaterach, lecz o kolejnym pokoleniu, które próbuje zrobić coś lepiej niż poprzednie.
"Jestem tutaj dzięki ludziom, którzy byli przede mną"
Największe zainteresowanie dziennikarzy wzbudził jednak Michael B. Jordan, który zdobył Oscara za najlepszą rolę pierwszoplanową w filmie "Grzesznicy".
Aktor wciela się w filmie w dwie postacie i opowiadał o swojej metodzie pracy.
- Piszę dzienniki dla moich bohaterów - zdradził. - Zaczynam od najwcześniejszego wspomnienia, jakie mogę sobie wyobrazić, i piszę aż do pierwszej strony scenariusza.
W ten sposób budował różnice między bohaterami.
- Smoke jest bardziej zamknięty i opiekuńczy. Stack jest lżejszy, bardziej gadatliwy i skłonny do kłopotów. Jordan mówił też o znaczeniu nagrody dla czarnoskórych aktorów.
- Jestem tutaj dzięki ludziom, którzy byli przede mną - Sidneyowi Poitierowi, Denzelowi Washingtonowi, Halle Berry - powiedział.
Najbardziej osobiste momenty
Najbardziej poruszająca rozmowa odbyła się jednak z Jessie Buckley, laureatką Oscara za rolę w filmie "Hamnet". Dla irlandzkiej aktorki, która niedawno została mamą, oscarowa zbiegła się z czymś jeszcze.
- Mojej córce w tym tygodniu wyrósł pierwszy ząb. Dziś rano obudziłam się, kiedy spała na mojej piersi - opowiadała.
Film "Hamnet" opowiada o żałobie matki po śmierci dziecka.
- To jakaś alchemia, że wszystko wydarzyło się tego samego dnia - powiedziała Buckley.
Jedną z najciekawszych historii opowiedział Ludwig Göransson, laureat Oscara za muzykę do "Grzesznicy". Kompozytor przyznał, że film był dla niego bardzo osobisty.
- Mój ojciec był fanem bluesa. W latach 60. usłyszał tę muzykę w Szwecji i to zmieniło jego życie.
To dlatego ścieżka dźwiękowa filmu wraca do korzeni bluesa.
- Ta muzyka jest częścią mojej historii - mówił Göransson.
Najważniejsze są relacje
Wśród wszystkich rozmów powtarzał się jeden motyw: kino jako współpraca. Najlepiej podsumował to Ryan Coogler, który zdobył Oscara za scenariusz.
- Powodem, dla którego wciąż robię filmy, są ludzie, z którymi pracuję - powiedział.
A potem opowiedział historię nauczycielki, która zmieniła jego życie.
- Miałem siedemnaście lat, kiedy moja profesor kreatywnego pisania przeczytała mój tekst i powiedziała: powinieneś jechać do Hollywood i pisać scenariusze.
Tegoroczne Oscary nie należały do jednego filmu
Nagrody rozłożyły się między wiele tytułów, a różne produkcje dominowały w różnych kategoriach. To rzadki przypadek, kiedy gala pokazuje tak szeroki obraz współczesnego kina. Jednocześnie rozmowy w press roomie pokazały coś jeszcze: że kino nie przestaje być miejscem, w którym twórcy próbują zrozumieć świat - nawet jeśli ten świat coraz częściej wdziera się do ich filmów wprost z nagłówków gazet.
Jak powiedział Joachim Trier: - Kiedy jesteś dzieckiem, stoisz przed lustrem i udajesz, że odbierasz Oscara. A potem nagle to naprawdę się dzieje.
Ale dopiero w press roomie - już bez orkiestry i świateł sceny - okazuje się, że za statuetką kryje się więcej niż tylko film. Bo Oscar to także platforma do zabrania głosu w istotnej sprawie. Nie wszyscy ją wykorzystali, ale ci, którzy się na to zdecydowali, zrobili to z należytym impetem.
Artur Zaborski, Los Angeles














