Zbyt nieśmiały, by prosić o więcej. Nie wierzył, że ktoś po nim zapłacze
Choć siła fizyczna i rola Janosika uczyniły z niego symbol męskości, aktor pozostał skromny i nieśmiały, co wpłynęło na jego karierę. Jego życie zakończyło się nagle, a on sam tuż przed śmiercią wyznał: "To wielkie szczęście, że nikt nie będzie po mnie płakał".
Trudno uwierzyć, że urodzony w 1942 roku Marek Perepeczko wspominał dawne lata jako czas, gdy zmagał się z nieśmiałością i słabą kondycją, uległ namowom ojca. Za jego radą zapisał się do klubu wioślarskiego. Wtedy odkrył swoją pierwszą miłość - ćwiczenia. Uprawiał każdy możliwy sport: podnosił ciężary, ćwiczył sztuki walki, pływał. Także w późniejszych latach słynął ze swej tężyzny fizycznej, a to z kolei sprawiło, że był centrum zainteresowania kobiet, jednak żadnej z nich nie dał nawet cienia szansy.
Chociaż początkowo pragnął zostać architektem, ostatecznie zdecydował związać swą przyszłość z aktorstwem. Na ekranie pojawiał się rzadko i zwykle w niewielkich rolach. Kilka razy udało mu się przebić. W "Potem nastąpi cisza" Janusza Morgensterna z 1965 roku dotrzymywał kroku partnerującym mu Danielowi Olbrychskiemu i Andrzejowi Łapickiemu. W 1969 roku zagrał natomiast najważniejszą rolę pierwszej dekady swej kariery - Adama Nowowiejskiego w "Panu Wołodyjowskim" Jerzego Hoffmana.
Widownia go polubiła, ale niestety nie oznaczało to większej liczby propozycji pracy. Wynikało to także z charakteru samego Perepeczki - skromnego, nieśmiałego, nielubiącego się narzucać.
"Myślę, że gdyby był mniej skromny i bardziej wymagający, jego kariera wyglądałaby inaczej. (...) Marek nie umiał walczyć o swoje, nie umiał prosić o role... Takim był człowiekiem" - mówiła o nim jego żona.
Rolą jego życia okazał się oczywiście "Janosik", który pomimo upływu lat wciąż pozostaje dla wielu widzów jednym z ulubionych seriali. Nigdy nie udało mu się odnieść podobnego sukcesu ani do końca uwolnić od wizerunku karpackiego zbójnika oraz rzeszy fanek, które podkochiwały się w aktorze. Mimo to jego kariera znacznie zwolniła.
Pełnił także funkcję dyrektora warszawskiego teatru "Komedia". Gdy na początku lat 80. jego żona odniosła sukces jako modelka w Australii, w końcu dołączył do niej. Do Polski powrócił dopiero po zmianach systemowych, ale także wtedy nie było dla niego zajęcia.
Z łatką Janosika zerwał po jakimś czasie - dopiero, gdy w 1997 roku został obsadzony w roli komendanta Słoika w "13 posterunku". Jednak ponownie, gdy serial dobiegł końca, dla aktora nie było ciekawych propozycji, co zaczęło odbijać się na jego zdrowiu.
Pod koniec życia aktorowi daleko było do wysportowanego Janosika. Aktor lata rozłąki z żoną urozmaicał sobie jedzeniem. Gdy Fitkau-Perepeczko wróciła z Australii, aktor miał ponad 40 kg nadwagi. Żona wielokrotnie, wręcz nieustannie, usiłowała odchudzić ukochanego.
"Pod tym względem nie chciał mnie słuchać. Robił mnie i sobie na przekór. Kiedyś Janusz Głowacki powiedział, że Marek obraził się sam na siebie, i coś w tym jest. Pewnie to sprawa charakteru. Przecież mógł się odchudzić, chodzić do klubu sportowego, tym bardziej że był sportowcem i miał w jednym palcu wszystkie dyscypliny. Ale nie chciał. Prawda jest taka, że Marek kochał jeść. (...)" - mówiła przed laty Agnieszka Fitkau-Perepeczko.
"Ta nadwaga mnie kiedyś zabije" - powiedział w rozmowie z "Faktem" na 10 dni przed śmiercią. "To wielkie szczęście, że nikt nie będzie po mnie płakał"- dodał.
Aktor zmarł nagle w wyniku ataku serca 17 listopada 2005 roku w swoim mieszkaniu w Częstochowie. Miał wtedy 62 lata.
Pierwszą miłością aktora był sport i rozmaite ćwiczenia. Drugą była oczywiście Agnieszka Fitkau. Swą przyszłą żonę spotkał w dniu składania papierów do szkoły teatralnej. Była to miłość od pierwszego wejrzenia. Para pobrała się w 1966 roku.
Marek Perepeczko zawsze mówił o żonie z wielkim szacunkiem. Agnieszka była miłością jego życia, ale sporo przez nią wycierpiał, bo uwielbiała romansować i wcale się z tym nie kryła. Dziś szczegóły ich małżeństwa znamy tylko z relacji samej Fitkau-Perepeczko.
"W rozmowach o Marku i Agnieszce często przewija się określenie: 'trudny związek'. Relacja tych dwojga ludzi wymyka się prostym schematom i jednoznacznym ocenom" - uważa autor książki "Samotność Janosika. Biografia Marka Perepeczki".
"Wszystkie kobiety tęsknią za romansami, ale tylko niektóre się do tego przyznają. Mi romanse dodają blasku" - wyznała Agnieszka Fitkau-Perepeczko w wywiadzie dla "Gazety Pomorskiej". "Gdy podobał mi się jakiś mężczyzna, mówiłam o tym Markowi".
Gdy na początku lat 80. Agnieszka Perepeczko poleciała do Australii, nie przypuszczała, że zostanie tam na zawsze. Została, bo - jak twierdzi - nie miała po co wracać do kraju. Aktorka była przekonana, że uda się jej ściągnąć męża, ale chciała najpierw się urządzić. Pomógł jej w tym młodszy o dekadę Wojciech Przybyłowicz. Mężczyzna został jej wspólnikiem - razem założyli firmę, razem zaciągnęli kredyt na zakup domu, w którym zamieszkali.
Marek Perepeczko był świadomy trudności w swoim małżeństwie i podjął próbę odbudowania relacji, wyjeżdżając do Australii. Przez parę lat żył pod jednym dachem z Agnieszką i jej kochankiem, ale w końcu powiedział "dość" i wrócił do Polski. Twierdził w wywiadach, że tęsknił za sceną, a tak naprawdę nie mógł znieść, że musi dzielić się z kobietą, którą kochał, z innym mężczyzną.
"Fakt, że Marek i ja nie mieszkaliśmy razem, wcale nie oznaczał, że nie byliśmy sobie bliscy. Wręcz przeciwnie, bardzo się kochaliśmy, przyjaźniliśmy i mogliśmy na siebie liczyć w każdej sytuacji. Byliśmy w stałym, codziennym kontakcie. Jeśli nie mogliśmy się zobaczyć, rozmawialiśmy ze sobą przez telefon. Godzinami, dwa razy dziennie, rano i wieczorem. Spędziliśmy ze sobą 40 lat życia" - wspominała po śmierci męża na łamach "Gazety Pomorskiej".
Dziś Agnieszka Perepeczko nie chce rozmawiać z mediami o Wojciechu, z którym - jeśli wierzyć tabloidom - nic jej już nie łączy. Chętnie natomiast mówi o zmarłym w listopadzie 2005 roku mężu.
"Marek dał mi coś, czego kiedyś nie potrafiłam właściwie docenić: wielką, wielką miłość, jaka zdarza się tylko raz w życiu. Dopiero po tym, jak odszedł, uświadomiłam sobie, jak bardzo go kochałam. Ciągle go kocham" - stwierdziła w rozmowie z "Expressem Ilustrowanym".
"Krótko po śmierci Marka słyszałem telewizyjny wywiad z Agnieszką. Mówiła o wielkiej miłości, same piękne rzeczy o ich wspólnym życiu. Było to trudne do przyjęcia, w pamięci miałem zupełnie coś innego" - opowiadał z kolei Markowi Szymańskiemu, autorowi biografii aktora, ksiądz Wiesław Słowik, który przyjaźnił się z Perepeczką.