Ile aktor może poświęcić dla roli? Nowy "Frankenstein" będzie hitem Netfliksa?

Oscar Isaac i Jacob Elordi na premierze filmu "Frankenstein" w Los Angeles /Savion Washington /Getty Images

- To nie jest tak, że Frankenstein nie znosi swojej nowej kreacji. On po prostu nienawidzi siebie. A w tym potworze przegląda się niczym w lustrze. I widzi swoje odbicie - opowiada Oscar Isaac w rozmowie z Interią. - Natomiast ja staram się znaleźć w nim ukryte dobro - dodaje Jacob Elordi. W nowej adaptacji klasycznej powieści Mary Shelley, która od 7 listopada jest już dostępna na Netfliksie, Isaac i Elordi wcielają się kolejno w Victora Frankensteina oraz jego potwora. Reżyseruje legenda kina - trzykrotny zdobywca Oscara Guillermo del Toro.

Oscar IsaacJacob Elordi to dwie ikony współczesnego kina. Isaac znany jest z filmów "Co jest grane, Davis?", "Diuna", "Ex Machina", nowej trylogii "Gwiezdnych wojen", a także z serialu "Moon Knight" oraz "Scen z życia małżeńskiego". Aktor na swoim koncie ma Złotego Globa za serial "Kto się odważy".

Elordi zaś stał się łamaczem serc nastolatek: a to wszystko za sprawą jego roli w serialu HBO "Euforia". Od tego czasu Elordi jest na ustach młodych widzów i widzek na całym świecie. Za chwilę zobaczymy go u boku Margot Robbie w nowej adaptacji "Wichrowych wzgórz" w reżyserii Emerald Fennell.

Reklama

Jan Tracz spotkał się z aktorami w Londynie podczas BFI London Film Festival, aby porozmawiać o pracy nad najnowszą adaptacją "Frankensteina" w reżyserii Guillermo del Toro. Aktorzy opowiedzieli nam o wcielaniu się w Victora Frankensteina oraz jego potwora, inspirowaniu się klasyką kina, aktorstwie, a także pracy z meksykańskim geniuszem horroru.

Jan Tracz: Na przestrzeni ostatnich - bądź co bądź - stu lat, wasze postaci stały się czymś w rodzaju archetypów. Zarówno tych literackich, jak i filmowych, bo adaptacji "Frankensteina" w kinie mieliśmy już ponad tysiąc. To chyba trudne, aby wydobyć z tych postaci coś zupełnie nowego, prawda?

Oscar Isaac: - W przypadku Victora zwracałem uwagę na to, jak powieść (a nie filmy) rezonuje ze mną i jakie emocje we mnie wywołuje. W taki sposób podszedł do niej Guillermo [del Toro], więc pomyślałem sobie, że będę podążał jego śladami, abyśmy znaleźli wspólny język. On spoglądał na tę historię poprzez autobiograficzną optykę i myślę, że każdy prawdziwy artysta powinien czytać sztukę właśnie w taki sposób. Sam zacząłem zwracać uwagę na szczegóły, których niegdyś nie dostrzegałem. Choćby na początku powieści, o samym Victorze dowiadujemy się z relacji Kapitana Roberta Waltona. Jest coś dziwnego w tych opisach, tak jakby Walton zakochiwał się w tej wyidealizowanej wersji Frankensteina (śmiech). Czytamy, że głos Victora to "najpiękniejszy dźwięk, jaki ten usłyszał" i zaczynamy zdawać sobie sprawę, że ten facet albo był na morzu zbyt długo (śmiech), albo to po prostu narracja z perspektywy samego Victora, przepisana później przez niego, kiedy ten poprawiał notatki rozpisane przez Waltona! To był mój punkt wyjścia - zrozumiałem, jak istotne będzie skupienie się na "ego" mojego (anty)bohatera.

Jacob Elordi: - Byliśmy świadomi tych kulturowych konotacji, ale kiedy zaczynasz pracę nad rolą, to zupełnie nie zwracasz na to uwagi. Ba, po prostu robisz swoje, bowiem filtrujesz to przez swoją własną wrażliwość i nie porównujesz efektu do poprzednich interpretacji twojej postaci. Muszę dodać, że ja personalnie potrafiłem współczuć Victorowi. Rozumiałem, dlaczego zszedł na dno i co spowodowało, że nie potrafił poradzić sobie ze swoją własną kreacją.

Ale jednak Victor traktuje twojego bohatera jak przysłowiowego psa (śmiech). Widzowi trudno empatyzować z taką wersją Frankensteina.

JE: - To prawda, no ale co zrobisz! Staram się znaleźć w nim ukryte dobro.

OI: - Frankenstein widzi to monstrum jako przedłużenie samego siebie, coś w rodzaju nowej wersji własnego "ja". Ludzie, którzy są okrutni, a w szczególności nie znoszą siebie, potrafią się na sobie nieźle wyżywać. To nie jest tak, że Victor nie znosi swojej kreacji. On po prostu nienawidzi siebie. A w tym potworze przegląda się niczym w lustrze. I widzi swoje odbicie. To jego wewnętrzne dziecko, które wyszło na świat i dalej nie satysfakcjonuje mojego bohatera. "On wciąż nie jest idealny!" - zdaje się wykrzykiwać Victor. 

Mówi się, że każdy aktor ma swój mały sekret - coś, o czym wie tylko on i co pozwala mu wcielać się w swoją rolę. Jacob - porozmawiajmy o sposobie, w jaki porusza się twój ekranowy potwór. Te ruchy są ciężkie, toporne, niczym w niemieckim kinie niemym z początku lat 20. XX wieku.

JE: - Myślę, że tym "sekretem", o którym mówisz, tak naprawdę jesteś ty. Albo każdy inny widz, który postanawia skonfrontować się z daną filmową rolą. To ty "czytasz" moje aktorstwo, analizujesz je i wyciągasz tego typu wnioski. Ja jestem jedynie przekaźnikiem. Co do samego pytania: z reżyserem oglądaliśmy sporo klasyki z tamtego okresu, aby oddać to, jak ówcześni aktorzy się poruszali. Po jakimś czasie w bardzo świadomy sposób operowałem swoim ciałem i potrafiłem kontrolować dynamikę swojego ruchu. 

Oscar - podobno bawiłeś się modulacją swojego głosu, a Guillermo del Toro pokazywał ci filmy z Oliverem Reedem, aby w jakiś sposób cię naprowadzić.

OI: - Reed był niepowtarzalny, bo w jego graniu liczyła się ekspresja, a także prędkość, z jaką wypowiadał swoje kwestie. Nie było drugiego takiego połączenia. Interesowało mnie też kino z lat 40. i 50., bo tam zupełnie nie ma pauz. Sposób, w jaki tamci aktorzy operują słowem, jest po prostu niepodrabialny. Zależało nam, aby mój Victor był niczym wulkan, który eksploduje za każdym razem, kiedy otwierają mu się usta (śmiech). On nie czeka na to, aby przemyśleć swoją odpowiedź - Victor po prostu zaczyna mówić. Śmiałem się, że mój bohater ma taką samą ekspresję jak Marlon Brando w swoich filmach. Jego postaci też nie były zainteresowane dialogiem. One wolały działać. I Victor też wybiera pracę: z zebranych na wojnie ciał tworzy potwora. Zresztą praca z rekwizytami nie była taka prosta: wiele razy nie mogłem czegoś przeciąć, co tylko potęgowało moją frustrację. Jeśli na ekranie zobaczycie Victora, który rozcina jakąś nogę i straszliwie się męczy, to znaczy, że to były moje prawdziwe emocje (śmiech). Byłem w szoku, że del Toro postanowił zostawić te sceny w końcowej wersji naszego filmu. Ale to dodaje pewnego uroku tym sekwencjom.  

- Do tego dochodzi jeszcze wpływ meksykańskich telenowel, które Guillermo puszczał nam w trakcie pracy ze scenariuszem. Jest taki melodramat "María Cristina" z 1951 roku, o którego istnieniu dowiedziałem się dopiero podczas pracy nad "Frankensteinem". Przy niektórych scenach przychodził i krzyczał: "Chcę w tobie więcej Maríi Christiny!". A ja mu odpowiadałem: "Czym jest - do cholery - María Christina?!?" (śmiech). On mi wtedy tłumaczył, w jaki dokładnie sposób mam iść z lewej strony kadru do prawej, następnie odwrócić się i z wielką pasją w głosie powiedzieć: "María Christina!". Tylko zamiast tej "Christiny" w tym wypadku była moja kwestia (śmiech). I weź tu spróbuj uszczęśliwić tego kapryśnego Meksykanina... To był zaszczyt pracować z Guillermo, bo on jest pasjonatem i nie wstydzi się sypać nawiązaniami do innych tytułów, czy podążać w wyznaczonym przez siebie kierunku.

Jacob - powiedziałeś w jednym z wywiadów, że praca nad tym filmem pozwoliła ci oduczyć się bycia człowiekiem, a następnie nauczyć się tego na nowo.

JE: - To prawda: w końcu na tym polega rozwój mojej postaci. Choć składa się z ludzkich części, to dopiero po jakimś czasie możemy nazwać go człowiekiem nie tylko z krwi i kości. 

Oscar - a jak to było z tobą? 

OI: - Wcielenie się w Victora wymagało podobnego podejścia: musiałem się nim stać, a następnie o nim zapomnieć, aby stać się na nowo sobą. Wejście i wychodzenie z roli wcale nie jest takie proste, szczególnie przy bohaterze takiego kalibru! 

Potwór stworzony przez Victora jest trochę mieszanką Adama, pierwszego człowieka i Szatana, który czyni zło. Ciekawość miesza się tutaj z bólem i cierpieniem.

JE: - W książce kreacja Frankensteina jest w pełni świadoma tego, co czyni i nawet sprawia jej to pewnego rodzaju przyjemność. W interpretacji Guillermo sposób, w jaki mój bohater reaguje, jest czysto reakcyjny, bazujący na emocjach i zagubieniu. Del Toro go humanizuje i pokazuje, że część jego czynów jest spowodowana poprzez brak miłości. Nawet kiedy bliżej mu diabła, który faktycznie czyni zło, to on i tak zwraca się do swojego Boga (czyli w tym przypadku Victora), czyli do stwórcy i pyta go, czemu go nie zaakceptuje. On prosi o miłość i zrozumienie.

Co nomen omen koresponduje z "Rajem utraconym" Johna Miltona, w którym Szatan zwraca się do Boga. 

JE: - Dokładnie tak, czyli o to chodziło w tym filmie! (śmiech).

OI: - Już wiemy, w czym zagraliśmy (śmiech). 

Ale Victor też ma w sobie coś z takiego mefista. Frankenstein nieustannie kłamie w celu "wyższego dobra", często robiąc z siebie ofiarę. Cały jego proces działania jest jednak bardzo samoświadomy. Jak odbieraliście jego poczynania? Gardziliście nim? 

OI: - Był taki moment, kiedy się trochę zaniepokoiłem.

Dlaczego?

OI: - Nagle się okazało, że wcielanie się w Victora sprawia mi masę przyjemności. Może chodziło o fakt, że grałem kogoś, kto kompletnie nie ma żadnych wątpliwości wobec tego, co aktualnie robi. Ten facet jest tak ślepy na wszelkie czerwone flagi, że jedynie idzie przed siebie i dąży do celu. I nie patrzy na to, jak ta jego ścieżka wygląda. Zaś na każdą swoją decyzję ma jakieś usprawiedliwienie. Wcielanie się w taką postać jest w jakiś sposób wyzwalające. Nie znam drugiej takiej osoby, a sam nie mam takiej pewności siebie. Po raz kolejny wracamy do tematu ego: Victor wierzy, że jest upoważniony do tego, aby podążać za swoim eksperymentem, bo przecież to projekt, który na zawsze zmieni bieg ludzkości. On aż za bardzo wierzy w siebie. I to musi go w końcu zgubić. 

JE: - Powtórzę się, ale ja naprawdę z nim empatyzuję. Każdy z nas ma w sobie ten pierwiastek arogancji, który - przez różne normy społeczne - musimy w sobie chować. I myślę, że wielu z nas zachłysnęłoby się wizją życia wiecznego. Bo przecież na tym koncepcie opierają się całe badania Victora. To bardzo złożona postać - nie powinniśmy oceniać się w zero-jedynkowy sposób. 

Znowu możemy powiedzieć, że Frankenstein jest kimś w rodzaju aktora. Sami przecież nie możecie mieć żadnych wątpliwości, kiedy wchodzicie na plan i reżyser wykrzykuje "akcja". No i aktorstwo ma w sobie ten pierwiastek okrucieństwa, który często ciągnie ludzi ku przepaści. Oddanie się roli często oznacza poświęcenie czegoś innego, choćby własnego zdrowia, rodziny lub przyjaciół. Victor również zostaje na koniec sam. 

OI: - Święta prawda - zresztą często o tym myślę. Kiedy byłem młodszy, potrafiłem nie mieć żadnych skrupułów. Z nawet najmniejszej rzeczy próbowałem wycisnąć jak najwięcej, co później miało niepożądane skutki. Poświęcałem się dla roli do takiego stopnia, że przykładowo zaniedbywałem własną rodzinę. Ale wewnątrz siebie czułem, że jeśli dana rzecz nie będzie idealna, to wtedy nie ma racji bytu i nie powinna była w ogóle powstać. 

JE: - To tak jak Stanisławski mówił: "daj z siebie wszystko - możesz nawet spać na ławce w parku, ludzie będą cię nienawidzić, ale obiecuję ci, że dosięgniesz Bogów, jeśli nie poprzestaniesz" (śmiech). 

OI: - I co, udało mu się? Śmiem w to wątpić!

JE: - U każdego aktora z tyłu głowy pojawia się zazwyczaj to samo pytanie: ile jesteś w stanie poświęcić, aby wspiąć się na wyżyny swojego fachu? Przyznam szczerze, że takie podejście mnie nie przekonuje. Pamiętam, jak miałem czternaście lat i czytałem o poświęceniu Adriena Brody’ego do roli w "Pianiście". Zostawił całe życie za sobą, aby tylko wzmocnić swoje wewnętrzne cierpienie. I to wszystko dla roli! Pomyślałem sobie wtedy, że taki rodzaj pracy nie jest do końca dla mnie (śmiech). 

OI: To tak jak Dante, który nagle zdał sobie sprawę, że już nie ma nikogo przy nim. Osiągnął pieprzoną "wielkość", ale jakim kosztem? 

INTERIA.PL
Dowiedz się więcej na temat: Frankenstein | Guillermo del Toro | Netflix
Reklama
Reklama
Reklama
Reklama
Reklama
Strona główna INTERIA.PL