Każdy festiwal ma swoje szalone "Megalopolis". W Wenecji to "In the Hand of Dante"
"Porzućcie wszelką nadzieję, wy, którzy [tu] wchodzicie" - głosi Dante Alighieri w swoim opus magnum. Śmiem twierdzić, że ten sam cytat powinien pojawić się tuż przed projekcją "In the Hand of Dante". Żenada rymuje się tutaj z patosem, a pasja z przeszarżowaniem. Dzięki temu nowy film Juliana Schnabela ma zalążki własnej tożsamości i co najmniej w miarę określoną estetykę (kiczu?). Dziwna sprawa, prawda?
Zaczyna się od Williama Faulknera. A dokładnie od anegdotki o Faulknerze opowiadanej przez Nicka (Oscar Isaac), amerykańskiego pisarza, będącego zarazem współczesną reinkarnacją włoskiego poety. Jeśli już teraz zapala się w waszych głowach czerwona lampka, to porzućcie wszelką nadzieję i przejdźcie do lektury innego tekstu. Jeżeli czujecie jednak, że ta konwencja będzie dla was, to czym prędzej zapnijcie pasy.
Według Nicka William Faulkner nienawidził swoich korektorów; dowiadujemy się, że zawsze pozostawał pisarzem wyzwolonym. Ta krótka historyjka nie wprowadza nic konkretnego do naszego (arcy)dzieła. Ale o amerykańskim pisarzu wspominam, bo cały ten film ma coś w rodzaju faulknerowskiej kompozycji, w której reżyser/autor nieustannie skacze z jednego kwiatka na drugi.
W "In the Hand of Dante" mają miejsce dwie historie jednocześnie: w pierwszej, Schnabel przedstawia dramat kostiumowy o życiu Dantego (również granego przez Isaaca), pozwalając widzom poznać lepiej legendarnego poetę.
W drugiej, film staje się współczesną wersją zapomnianego opowiadania Patricii Highsmith. Kiedy Nick dowiaduje się, że oryginalny rękopis "Boskiej komedii" został jakimś cudem odnaleziony, zaczyna się festiwal cudów. Spotyka choćby Giuliettę (Gal Gadot), nową inkarnację jego żony Gemmy i nagle jego życie zmienia się w mgnieniu oka. Na drugim planie zobaczymy jeszcze Johna Malkovicha, Marina Scorsese, Jasona Momoę czy Gerarda Butlera, którego postać zgnuśniałego zabójcy we współczesnym wątku niejako ratuje ten film. Od czasu do czasu Butler jest duszą i sercem tego bałaganu.
W jednym z wywiadów reżyser przyrównał Gal Gadot do Ingrid Bergman, argumentując, że izraelska aktorka zafundowała nam w jego filmie swój najlepszy występ w całej karierze. Żeby było ciekawiej, Schnabel to samo stwierdził zresztą o Oscarze Isaacu. Czy możemy w ogóle traktować go poważnie?
"In the Hand of Dante" to niechlujna, a zarazem zakręcona przejażdżka
Schnabel, podobnie jak jego kumpel Coppola, jest starzejącym się romantykiem, pochodzącym z poprzedniego pokolenia. I to także ważny aspekt w całej tej układance. W trakcie seansu Schnabel implikuje nawet, że to Gemmę - a nie Beatrice - Dante tak naprawdę kochał. Adaptując powieść Nicka Toschesa, reżyser zmobilizował się do działania - spełnił swoje marzenie, próbując ponownie połączyć Dantego i Gemmę po 700 latach. Niekoniecznie oznacza to, że się udało, patrząc na Oscara Isaaca i Gal Gadot, którzy dzielą ze sobą nie więcej niż parę pocałunków oraz cytują - w oryginale i z pełną wiarą w to, co robią - zapomniane wersy z arcydzieła Dantego. Zastanawiamy się wtedy, czy Schnabel na starość aby nie zwariował.
"In the Hand of Dante" to niechlujna, a zarazem zakręcona przejażdżka, która zarówno elektryzuje, jak i wyzwala w nas poczucie żenady. Niby trudno ten film wybronić, z drugiej jednak strony ma w sobie momenty, które faktycznie zostają z widzem na dłużej. Kino to także migawki, nie tylko pełne obrazy. Eksperyment nierówny i na pewno za długi, choć dla lubujących wyzwania oraz filmowe aberracje powinien wydać się przede wszystkim "jakiś". Czy to w gruncie rzeczy komplement? Na to wygląda.
5/10










