Francuzi są, byli i będą niepoprawnymi romantykami-melancholikami, wiecznymi sentymentalistami. Amerykanie kochają wprost: w Hollywood kochankowie muszą zawsze pokonać kilka trudności, to coś źle zinterpretować, to źle usłyszeć, wsiąść nie do tej windy, ale potem jest już dobrze. Wystarczy wspiąć się po drabinie do mieszkania Julii Roberts, udawać uniesienie przy stoliku kawiarnianym i już: żyli długo i szczęśliwie (chyba że za kamerą staje Derek Cianfrance lub inny Noah Baumbach, ale niezależni to nie Hollywood).
Brytyjczycy komplikują sprawy swoim (czarnym) poczuciem humoru - na drodze do szczęścia muszą stanąć na przykład cztery pogrzeby, albo ocean, albo jakiś pakt. Francuzi zupełnie inaczej. Kochają filmy o miłości, kręcą je namiętnie, stale, od dekad. I co prawda zdarzyło się im przedstawić szaloną dziewczynę Amelię, ale częściej skłaniają się ku refleksjom, wątpliwościom, niepewnościom, wahaniom, ulotności. "Przyjaciółki" idealnie wpisują się w te romansowe wiry.
Sekrety trzech przyjaciółek
Trzy przyjaciółki: Alice, Rebecca i Joan są dojrzałymi kobietami, które pozornie poukładały już sobie życie uczuciowe. Pozornie, bo pod płaszczykiem uśmiechu, przytuleń, kryją się "demony". Nie takie straszne, raczej chwilami pretensjonalne, ale obecne.
Joan nie jest już w swoim partnerze zakochana i głęboko to przeżywa, Alice zgodziła się na związek bezpieczny, miły i pozbawiony iskry, bo zakochanie zawsze ją stresuje, a Rebecca... No... (wiem, tak zdania nie wypada zaczynać) Rebacca ma romans za plecami obu swoich koleżanek. Mówi im wszystko, ale tak naprawdę nic, bo wiedzie życie zupełnie inne niż mogłoby się wydawać.
Ich perypetiom i rozmyślaniom przypatruje się tajemniczy (do czasu) głos zza kadru. Trochę jak w "Bulwarze Zachodzącego Słońca", chociaż nieżyjący narrator nie opowiada o swojej przeszłości, a o teraźniejszości trzech kobiet. Przygląda się im z troską, zrozumieniem, czułością. Kibicuje, zwłaszcza jednej z nich. I tak świat płynie sobie do przodu, a miłość i miłostki ewoluują w kierunku swojego rozwiązania, końca jednego, początku kolejnego rozdziału życia.
Francuski francuski film!
W każdym kadrze, nucie mu towarzyszącej, pewnej pretensjonalności przeplatanej z ujęciami Lyonu (jak świeżo, jak dobrze, że nie Paryża) "Przyjaciółki" są najbardziej francuskim z francuskich filmów. To ten rytm, ta nostalgia, te wnętrza, ten portret Francji, która istnieje tylko na ekranie. Takiej zgodnej, poukładanej, zanurzonej po czubek głowy w sztuce. Kto kocha ten styl, dobrze się tu odnajdzie i pewnie też szybko zapomni, że scenariusz, który reżyser Emmanuel Mouret napisał razem z Carmen Leroi jest bardzo, bardzo odległy od jakiegokolwiek realizmu - psychologicznego, społecznego, politycznego.
Przyjaźń, którą śledzimy utkana jest z życzeń i marzeń, trudno byłoby się jej utrzymać w prawdziwym (prawdziwszym) życiu, za wiele bohaterki ukrywają. Miłość... gdyby tak każda kończyć mogła się równie serdecznie. Ot, możemy sobie zadać największy cios, wbić nóż prosto w serce, ale nikt tu nie będzie z tego powodu robić dramy, zrozumie, pogłaszcze, ustąpi. W "Przyjaciółkach" tylko jeden bohater, i to też tylko do czasu, wydaje się być człowiekiem, nie tylko postacią naszkicowaną na kartce w pastelowych kolorach, akwarelami.
Spadkobierczynie Julesa i Jima?
Chciałoby się napisać, że "Przyjaciółki" są nieodrodną wnuczką filmu "Jules i Jim". Po części, owszem, bo tak jak u François Truffaut bohaterowie wplątani są w skomplikowaną sieć uczuć. Tu partner życiowy, tu obiekt westchnień, tajemniczy, wyśniony nieznajomy (znany malarz - przypominam to kino do szpiku kości francuskie, to musi być malarz, ewentualnie pisarz albo wykładowca akademicki z Sorbony, nigdy np. robotnik uliczny albo kierowca rajdowy). Są jakieś zdrady, pojednania, oszustwa, rozmowy, zwierzenia. Czasem uśmiech. Łez niewiele (nawet dziecko nie płacze, choć ma ku temu powód, ale bez spoilerów). Ale to jednak nie Truffaut. Bo tam była iskra, szaleństwo, pasja, próba godzenia ognia z wodą i wspaniali, charyzmatyczni aktorzy.
"Przyjaciółkom" nie można zarzucić mierności - reżyserskiej, scenariuszowej, aktorskiej, ale o porywającej energii i rozbudzaniu ciekawości dokąd to wszystko zmierza też napisać się nie da. To tylko albo aż poprawne francuskie kino środka. Miłe, gładkie, ładne, ale szczerze wątpię, żebym za kwartał tę historię pamiętała.
6/10
"Przyjaciółki" (Trois amies), reż. Emmanuel Mouret, Francja 2024, dystrybutor: M2Films, premiera kinowa: 22 sierpnia 2025 roku.










