"Wichrowe wzgórza": nie jest to wierna ekranizacja słynnej powieści
Nagrodzona Oscarem za scenariusz do filmu "Obiecująca. Młoda. Kobieta" brytyjska reżyserka nie stroni od zawodowych wyzwań. Tak było ze wspomnianym debiutem, podobnie w przypadku nakręconego trzy lata temu "Saltburn". Co więcej, tematy, z jakimi mierzy się w "Wichrowych wzgórzach" - toksyczna miłość, społeczne aspiracje, zemsta czy pożądanie - przerabiała już w poprzednich produkcjach. Z różnymi efektami. W "Saltburn" jej to zupełnie nie wyszło. Nakręciła film, który robił bardzo dobre pierwsze wrażenie za sprawą oprawy wizualnej, ale gdyby już pomyśleć nad treścią, byłoby nieco gorzej. I to niestety - moim zdaniem - także casus jej autorskiej adaptacji powieści Emily Brontë. Bo dobrze wiedzieć, że nie jest to wierna ekranizacja książki, a raczej film luźno nią inspirowany. Fennell wybiera z lektury niektóre wątki, inne pomija, a jeszcze inne dość znacząco zmienia.
Nie do końca czuję też ton tego filmu. Miało być popowo, buntowniczo, prowokacyjnie, campowo. W końcu Fennell - jak przekonuje - chciała oddać swoje odczucia i emocje z czasów nastoletnich, kiedy po raz pierwszy przeczytała powieść Brontë. Tym samym zrobić ukłon w stronę młodszego pokolenia i opowiedzieć historię toksycznego romansu pomiędzy Cathy a Heathcliffem nieco innym, bardziej dynamicznym językiem. Temu też zapewne służyło zaangażowanie popularnej brytyjskiej piosenkarki Charli XCX do stworzenia ścieżki dźwiękowej. I choć finalnie samą wokalistkę słyszymy ledwie w krótkich fragmentach, muzyka jest mocną stroną tej produkcji.
"Nie nazwałbym tego filmu odważnym"
W "uwspółcześnianiu" książki Brontë mam wrażenie, że Fennell zatrzymała się w pół kroku. W efekcie fabuła - od niewinnego dzieciństwa aż po brutalną dorosłość pary głównych bohaterów - opowiedziana jest w gruncie rzeczy w dość konwencjonalny i zachowawczy sposób.
Nie nazwałbym tego filmu odważnym, a na taki od dłuższego czasu był kreowany. Brytyjce nie można jednak odmówić dużego talentu inscenizacyjnego, co zresztą potwierdziła w poprzednich filmach. "Wichrowe wzgórza" pod tym względem wypadają jednak najbardziej okazale - pewnie też za sprawą imponującego krajobrazu hrabstwa Yorkshire. Można by śmiało robić w trakcie projekcji stopklatki, a poszczególne obrazy oprawić w antyramę i powiesić na ścianie.

Estetyczny zmysł Fennell odzwierciedla się też w sposobie fotografowania aktorów: zmysłowym, sensualnym, chwilami fragmentarycznym (spocone plecy są tu leitmotivem).
Nie bez znaczenia jest fakt, że główne role powierzono dwojgu niezwykle urodziwych ludzi - Margot Robbie oraz Jacobowi Elordiemu. Na nich można po prostu patrzeć, fabułę odkładając na bok. Choć - abstrahując od urody - moim ulubionym Heathcliffem będzie zawsze Ralph Fiennes z wersji z 1992 roku, który australijskiego aktora bije na głowę.
Po szumnych zapowiedziach, jak to Robbie i Elordi działali na siebie na planie i poza nim, spodziewałem się po tych kreacjach czegoś więcej. Chemia jest, ale żeby od razu uzależnienie? To trochę tak jak z całym filmem: przyzwoite romansidło, ale żeby od razu coś więcej?
5/10
"Wichrowe wzgórza" (Wuthering Heights), reż. Emerald Fennell, Wielka Brytania, USA 2026, dystrybutor: Warner Bros, premiera kinowa: 13 lutego 2026 roku.












