Reklama

"C’mon C’mon": Pogadajmy [recenzja]

Główną rolę w filmie "C'mon, C'mon" gra Joaquin Phoenix /materiały prasowe

Sezon oscarowy powoli wchodzi w decydującą fazę. Za nami Złote Globy, są już nominacje Gildii Aktorów, niedługo okaże się, kto ma szanse na wyróżnienie Brytyjskiej Akademii Filmowej, a nieco później także na statuetkę złotego rycerza. Znamy już faworytów i wszyscy zastanawiamy się, czy wygrają "Psie pazury", czy "Belfast", czy "West Side Story". W wyścigu zdaje się nie uczestniczyć "C'mon C'mon" Mike'a Millsa. Szkoda, ponieważ jest to jedno z najbardziej chwytających za serce dzieł 2021 roku.

Johnny (Joaquin Phoenix) jest zamkniętym w sobie dziennikarzem radiowym. Jego praca skupia się paradoksalnie na nakłanianiu innych osób do osobistych wypowiedzi. Jeździ po amerykańskich miastach i przeprowadza wywiady z młodzieżą. Pyta ich o plany na przyszłość, o czym marzą i czego się boją. Z pracy wyrywają go odwiedziny u Viv (Gaby Hoffmann), dawno niewidzianej siostry. Kobieta musi niespodziewanie wyjechać, by zaopiekować się psychicznie chorym mężem. Prosi brata, by podczas jej nieobecności zaopiekował się jej dziewięcioletnim synem Jesse'em (Woody Norman). Johnny niechętnie się zgadza. Gdy wyjazd Viv przedłuża się, mężczyzna nie ma wyjścia - Jesse musi towarzyszyć mu podczas podróży do kolejnych miast.

Reklama

Joaquin Phoenix: Pierwsza rola od "Jokera"

"C’mon C’mon" opiera się na dynamice między dwoma, powoli docierającymi się, głównymi bohaterami. Johnny to pierwsza rola Phoenixa od czasu jego oscarowego występu w "Jokerze" - i jakże inna.

Reporter, chociaż zawodowo zajmuje się nagrywaniem osobistych wyznań, sam jest nieśmiały i zamknięty w sobie. Wewnątrz niego kotłują się skrajne emocje i uczucia: trudna relacja z siostrą, żałoba po bliskiej osobie, niespełniona miłość. Z drugiej strony jest Jesse. Chłopiec wydaje się typem skupionego na sobie dziwaka, siedzącego we własnym świecie i lubującego się w niepokojących (z punktu widzenia Johnny'ego) zabawach (np. w sierotkę odwiedzającą rodziców, którzy niedawno stracili dziecko). Przede wszystkim jednak towarzyszy mu strach o niesprecyzowanym źródle. Johnny, które swoje przeżył, okazuje się idealną osobą do pomocy w przełamaniu lęków chłopca. Przy okazji sam nauczy się bardzo dużo od swojego siostrzeńca.

Najnowszy film Millsa wydaje się duchowym spadkobiercą jego najbardziej znanych "Debiutantów". Tam bohater odbudowywał relacje z ojcem, który w ostatnich latach życia wyjawił mu, że jest gejem. Reżyser ukazywał ten proces bez zbędnego dramatyzmu, za to ze sporą dawką empatii. Podobnie jest w "C’mon C’mon". Skomplikowane relacje międzyludzkie, które sprawiły, że Johnny odseparował się od najbliższych, zestawia z prostym pojmowaniem świata przez Jesse'ego. Chłopiec od początku zasypuje swojego wujka bezpośrednimi (a nie raz bezczelnymi) pytaniami. Dla dziennikarza to ogromny problem, ponieważ jego codzienność polegała przede wszystkim na słuchaniu. Pal licho, jeśli akurat nie ma dla chłopca prostej odpowiedzi. Gorzej, gdy okazuje się, że sam przez długi czas unikał poruszania niektórych kwestii swojego życia osobistego.

Urzekający filmowy duet

Perypetie dwójki bohaterów zestawione są z wypowiedziami młodzieży, z którą rozmawia Johnny. Czarno-białe zdjęcia nadają tym fragmentom charakter niemal kroniki. Idealnie współgrają jednak na linii fabularnej i stylistycznej z pozostałą częścią "C’mon C’mon", składając się na traktat o tym, jak trudno wyrazić najprostsze uczucia. Całości dopełnia wysmakowana strona formalna. Imponująco wypadają szczególnie portrety kolejnych miast odwiedzanych przez dwójkę protagonistów. Nowy Jork - w którym toczy się znaczna część akcji filmu - nie wyglądał tak fascynująco od czasu "Manhattanu" Woody'ego Allena.

"C’mon C’mon" zadaje masę pytań. Na niektóre z nich udziela zaskakująco prostych odpowiedzi, w innych kończy na "to skomplikowane". Nie zmienia to jednak faktu, że historia docierania się wujka i siostrzeńca jest pełna ciepła, a z seansu wychodzi się nieco podbudowanym i bardziej otwartym wobec otaczającej nas rzeczywistości. Przy okazji nie pamiętam, kiedy ostatni raz filmowy duet urzekł mnie tak bardzo, jak Johnny i Jesse. Phoenix jest wybitny, ale do tego zdążyliśmy się przyzwyczaić. Grający jego siostrzeńca 12-letni Woody Norman dotrzymuje kroku uznanemu aktorowi, jest prawdziwym odkryciem.

8/10

"C’mon C’mon", reż. Mike Mills, USA 2021, dystrybucja: Gutek Film, premiera kinowa: 21 stycznia 2022 roku.

Zobacz również:

"Ttitane": Jazda bez trzymanki [recenzja]

"Licorice Pizza": Przepyszny slice love story od Andersona [recenzja]

"Jak pokochałam gangstera": Nikoś z ferajny [recenzja]

Młodzi to film. Najlepsze role młodych polskich aktorek i aktorów 2021

Więcej newsów o filmach, gwiazdach i programach telewizyjnych, ekskluzywne wywiady i kulisy najgorętszych premier znajdziecie na naszym Facebooku Interia Film.

INTERIA.PL
Dowiedz się więcej na temat: C'mon C'mon

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL