98. gala wręczenia nagród Amerykańskiej Akademii Sztuki i Wiedzy Filmowej odbyła się w Dolby Theatre w Los Angeles w nocy z niedzieli na poniedziałek. Nagrodę dla najlepszego filmu otrzymała "Jedna bitwa po drugiej" Paula Thomasa Andersona, w sumie wyróżniona sześcioma statuetkami. Najlepszą aktorką została Jessie Buckley za rolę w filmie "Hamnet", a najlepszym aktorem - Michael B. Jordan za kreację w "Grzesznikach".
Pełną listę nagrodzonych znajdziecie tutaj!
Nie oglądałam oscarowej gali, mogę więc skomentować jedynie werdykt. Sześć Oscarów dla "Jednej bitwy po drugiej" mnie cieszy, bo nie jestem wielką fanką "Grzeszników" (od początku uważałam, że 16 nominacji to przesada). Dobrze, że najlepszym filmem międzynarodowym została "Wartość sentymentalna", bo bardzo trzymałam kciuki za tego pierwszego Oscara dla Norwegii. I choć uwielbiam Seana Penna i jego rola w "Jednej bitwie po drugiej" jest brawurowa, trochę mi szkoda Stellana Skarsgårda w "Wartości sentymentalnej".
Żałuję, że pomięto Małgorzatę Turzańską, bo jej kostiumy do "Hamneta" są niezwykłe i jak napisał Artur Zaborski, "dosłownie wyrastają z ziemi". Trochę żal mi też Rose Byrne - jest niesamowita w "Kopnęłabym cię, gdybym mogła", ale Jessie Buckley przyglądam się z uwagą od roli w filmie "Córka" (2021) i to jednak jej kibicowałam w tej oscarowej rywalizacji. Bardzo się cieszę z Oscara dla mocnego dokumentu "Pan Nikt kontra Putin".
Oto, jak werdykt Akademii komentują współpracujący z serwisem Interia Film dziennikarki i krytycy filmowi (w kolejności alfabetycznej).
Łukasz Adamski
Werdykt Akademii nie jest w tym roku wielkim zaskoczeniem. Wygrali faworyci bukmacherów z ostatnich dni. Akademia zdecydowała się na niemal równy podział Oscarów pomiędzy "Jedną bitwę po drugiej" (6 statuetek, w tym film, reżyser, scenariusz adaptowany) i "Grzeszników" (4 nagrody, w tym aktor, zdjęcia, scenariusz). Paul Thomas Anderson i Ryan Coogler dostali indywidualne nagrody i obaj pojawili się na scenie. Cenię "Grzeszników", choć nigdy tego filmu nie pokochałem. Bardzo cieszy pierwszy Oscar za zdjęcia dla kobiety (Autum Durand Arkapaw), ale jako miłośnik horrorów jeszcze bardziej uradowałem się ze statuetki dla Amy Madigan z "Zniknięcia". Parodia tej roli w wykonaniu elegancko i poprawnie prowadzącego galę Conana O'Briana była zresztą najzabawniejszym momentem wieczoru.
Najlepszy film tego roku, czyli brazylijski "Tajny agent" został zupełnie pominięty w rozdaniu. Szkoda. Wagner Moura zasłużył na Oscara bardziej niż Michael B. Jordan za "Grzeszników". Liczyłem na Oscara dla Stellana Skarsgaarda za drugoplanową rolę we wspaniałej "Wartości sentymentalnej" Joachima Triera. Bardzo lubię rolę Seana Penna, który nawet nie pojawił się na gali (czekałem na jego proukraińską przemowę) w "Jednej bitwie po drugiej", ale to jednak Skarsgaard stworzył kreacje pełniejszą i po prostu pełniejszą.
Gala Oscarów jest z każdym kolejnym rokiem coraz mniej otwarcie polityczna (przypomnijcie sobie galę z czasów wojny w Iraku), więc tym bardziej cieszy Oscar dla "Pan Nikt kontra Putin", którego współtwórca Paweł Talakin mówiąc po rosyjsku przypomniał na scenie, że wojna toczy się nie tylko na Bliskim Wschodzie.
Kuba Armata
Tegoroczne Oscary należały do Paula Thomasa Andersona, który na scenie był aż trzykrotnie, by odebrać statuetki za najlepszy scenariusz adaptowany, reżyserię i wreszcie - za najlepszy film. Mało kto tak na to zasłużył, bo jedenaście nominacji z poprzednich lat nie przełożyło się na ani jeden laur dla tego wybitnego amerykańskiego reżysera. Zgodnie z predykcjami jego "Jedna bitwa po drugiej" zebrała najwięcej statuetek, choć nie zmiażdżyła konkurencji. I całe szczęście. Z szesnastu nominacji cztery Oscary przypadły "Grzesznikom", a więc przedstawicielowi kina gatunkowego w stawce. Szczególnie cieszy wyróżnienie autorki zdjęć Autumn Durald Arkapaw, będącej tym samym pierwszą kobietą w historii, która odebrała Oscara w tej wyjątkowo męskiej kategorii.
Wychodzi na to, że Timothée Chalamet nagrabił sobie wypowiedzią o balecie i operze, bo kiedy wyczytano nazwisko Michaela B. Jordana jako najlepszego aktora, pozostało mu tylko uśmiechać się w fotelu i bić brawo. Najbardziej żal mi Stellana Skarsgårda, któremu Oscara za drugoplanową rolę "podebrał" Sean Penn, nie będący nawet na gali. Żal mi również "Hamneta". Osiem nominacji przełożyło się tylko na jednego Oscara (dla pewniaczki Jessie Buckley), co sprawia, że był to chyba największy przegrany gali. Nie udało się Małgosi Turzańskiej, ale mamy polskiego, a w zasadzie kanadyjsko-polskiego Oscara, bo statuetkę odebrał Maciek Szczerbowski wraz z Chrisem Lavisem za krótkometrażową animację "The Girl Who Cried Pearls".
Oscary w tym roku zaskoczyły. Nie tylko wynikami w niektórych kategoriach, ale także faktem, że poza kilkoma wyjątkami w zasadzie były apolityczne. Zupełnie jak nie Oscary.
Mateusz Demski
Nie napiszę nic mądrego na temat oscarowej gali, od blisko dekady wybieram sen, zdrowe nawyki i przyjemne poranki. Poza tym jest takie przysłowie, "nie mój cyrk, nie moje małpy", a właśnie w takich kategoriach postrzegam to, co dzieje się w kalifornijskim Dolby Theater. Oczywiście skłamałbym, gdybym napisał, że nie cieszę się z tegorocznego werdyktu Akademii, zwycięstwo Paula Thomasa Andersona traktuję jako nagrodę odroczoną, rozciągniętą w czasie - należała mu się ona co najmniej od czasu "Aż poleje się krew", w mojej ocenie, najważniejszego amerykańskiego (i nie tylko amerykańskiego) filmu XXI wieku. W 2007 reżyser mierzył się z tematem swojego życia, jakim jest po prostu Ameryka - opowiadał o narodzinach amerykańskiego kultu pieniądza, uderzał w mit założycielski USA, w ideę "american dream", w związki religii ołtarzowej i religii kapitalizmu. PTA wraca do tematu i trafia bez pudła - nie dość, że udaje mu się uchwycić obecne nastroje w Stanach, to na dodatek łapie te wielkie narracje w nawias i tworzy kawał jakościowej rozrywki. Bawiąc - uczy, ucząc - bawi.
Ponadto, jeśli miałbym jeszcze wskazać na wartość tegorocznych nagród, to cieszy nagroda dla dokumentu "Pan Nikt kontra Putin". Kiedy już zdawało się, że Oscary zupełnie zapomniały o Ukrainie i sprawach naprawdę ważnych, nagrodę otrzymuje film, w którym zwykły nauczyciel, filmowiec-pasjonat, obnaża skalę putinowskiej propagandy. Być może to gest polityczny, nie przeczę, ale wolę takie niż puste sytuacje i pawie piórka.
Rafał Pawłowski
"Jedna bitka za drugą". Chorwacki tytuł filmu Paula Thomasa Andersona bawi mnie od dawna dużo bardziej niż polski. I mam wrażenie, że w tej interpretacji brzmi też jakoś celniej.
Bo tak naprawdę całe tegoroczne Academy Awards wyglądały trochę właśnie tak. Bez wielkich zwrotów akcji. Raczej spokojne domykanie sezonu nagród niż noc niespodzianek.
W większości kategorii wygrali faworyci, o których mówiło się od tygodni. Po prostu odebrali swoje statuetki, kampanie zakończyły się zgodnie z planem, a Hollywood jeszcze raz potwierdziło to, co branża i tak już wcześniej uznała. Czasem Oscary są jak thriller z nagłym zwrotem fabuły. A czasem jak dobrze znany scenariusz, który tylko doczekuje premiery.
W tym roku zdecydowanie wydarzyło się to drugie.
Trudno to uznać za zaskoczenie, ale jednak czuję pewne rozczarowanie w związku z Oscarem dla filmu zagranicznego. Brawurowy "Tajny agent" przegrał z faworytem czyli "Wartością sentymentalną". Filmem bezpiecznym i dość konserwatywnym w swojej wymowie.
Marcin Radomski
Z radością przyjąłem werdykt Amerykańskiej Akademii Filmowej. "Jedna bitwa po drugiej" okazała się wielkim triumfatorem Oscarów 2026 - i przyznam, że cieszę się, że nie wygrali "Grzesznicy".
Film Paula Thomasa Andersona zdobył aż sześć statuetek, w tym Oscara za najlepszy film, udowadniając, że ambitne kino gatunkowe wciąż potrafi zwyciężać. Sam Anderson odebrał także nagrodę za reżyserię, tworząc opowieść, która z niezwykłą precyzją łączy kino akcji, czarną komedię i polityczny thriller o współczesnej Ameryce.
Oscara dla najlepszego aktora zdobył Michael B. Jordan za rolę w "Grzesznikach". Nagroda w pełni zasłużona, choć skala sukcesu filmu - aż 16 nominacji - była dla mnie sporym zaskoczeniem.
Najlepszą aktorką została Jessie Buckley za kreację w "Hamnecie", potwierdzając swoją pozycję jednej z najbardziej charyzmatycznych aktorek swojego pokolenia.
Cieszy mnie również nagroda dla norweskiej "Wartości sentymentalnej", która zdobyła Oscara za najlepszy film międzynarodowy i była jednym z moich osobistych faworytów sezonu.
Warto odnotować także polski akcent: Maciek Szczerbowski, współreżyser animacji "The Girl Who Cried Pearls", otrzymał Oscara w kategorii krótkometrażowej animacji.
Trochę żałuję, że "Wielki Marty" Josha Safdiego nie zdobył żadnej statuetki - to dla mnie jeden z najbardziej elektryzujących filmów tego sezonu.
Dagmara Romanowska
Oscarowa noc nie przyniosła wielu zaskoczeń. Wygrali najbardziej spodziewani kandydaci. To na pewno przypadek "Jednej bitwy po drugiej". Film oferuje namiastkę buntu przeciwko establishmentowi politycznemu, z którym Hollywood sobie otwarcie nie radzi, tonie w poprawności i unikach. Tu znajduje bezpieczne ujście dla swoich emocji. Sam Paul Thomas Anderson czekał na ten wieczór już od 1998 roku, gdy dostał pierwszą nominację. Statuetka reżyserska jest po części nagrodą za całą jego dotychczasową drogę.
Rozczarowuje pominięcie Rose Byrne, która w "Kopnęłabym cię, gdybym mogła" stworzyła kreację wyróżniającą się na tle ról kobiecych ostatnich lat, nie tylko roku. Niedosyt pozostawia uhonorowanie "Wartości sentymentalnej", filmu, który subtelnie rozrywa duszę, aby ją potem na nowo pozlepiać - tylko jedną nagrodą.
Jednym z niewielu zaskoczeń jest Oscar dla Amy Madigan - za rolę, która nie jest "babcią". Cieszy złoto dla Autumn Durald Arkapaw, pierwszy Oscar dla operatorki w historii Akademii. Oby nie było z nim tak, jak dla Oscarów dla reżyserek: "Daliśmy, to teraz przez lata możemy już nie zwracać na kobiety uwagi".
Fatalnie byłoby, gdyby pominięto dokument "Pan Nikt kontra Putin". To najwyraźniejszy polityczny głos na Oscarach w tym roku. Kino ukazujące putinowską Rosję z innej niż medialna perspektywy. Może dzięki statuetce trafi (a powinno) do większej liczby widzów.
"Przegrana" "Grzeszników"? Zaskakujące było to, że ten film Akademia obsypała aż 16 nominacjami, a nie to, że przyznała "tylko" cztery.
Najważniejszy wniosek z tegorocznych Oscarów to nie nagrody, a otwarcie w nominacjach na świat. Oby ten trend się utrzymał, bo tak naprawdę to jedyna szansa dla samych Oscarów, aby utrzymały one swoje międzynarodowe zainteresowanie i prestiż. Kino hollywoodzkie, dla którego powstały, od dawna zjada swój własny ogon i nie potrafi wyjść poza schematy, boi się, jest zachowawcze. Ciekawe rzeczy dzieją się gdzie indziej.
Daria Sienkiewicz
98. gala rozdania Oscarów zamiast bójek, kontrowersji i wielkich światopoglądowych manifestacji, przyniosła kinomanom głównie nudę i zachowawczość. Może i dobrze. W jednym z najmocniejszych sezonów oscarowych od lat nagrodzono jednak filmy, które wcale od polityki nie stronią. Podczas gdy Ryan Coogler w "Grzesznikach" śmiało konfrontuje się z tematem czarnego zniewolenia, jednocześnie pisząc list miłosny dla bluesa, Paul Thomas Anderson w tragikomiczny sposób opowiada o potrzebie buntu i sensie w czasach zdominowanych przez podziały i skrajne ideologie.
Po tym, jak Anderson zebrał laury na rozdaniu Złotych Globów, Bafta oraz Critic's Choice Awards żadną niespodzianką okazał się Oscar w najważniejszych kategoriach: najlepszy film, reżyser oraz scenariusz adaptowany (łącznie 6 statuetek). Nie brakowało jednak zaskoczeń: w debiutującej w tym roku kategorii najlepszy casting zwyciężyła stała współpracowniczka PTA - reżyserka castingów Cassandra Kulukundis. Równie pamiętnym wydarzeniem z wczorajszego wieczoru okazała się wymowna nieobecność Seana Penna, który nie odebrał statuetki dla najlepszego aktora drugoplanowego, bo przebywa obecnie w Ukrainie.
Miano najlepszej aktorki drugoplanowej zyskała Amy Madigan za rolę najstraszniejszej ciotki w historii kina grozy za rolę w "Zniknięciach" Zacha Creggera. Wielkim przegranym okazał się natomiast Timothée Chalamet. Jego oraz Wagnera Mourę, gwiazdę "Tajnego agenta", pokonał Michael B. Jordan, wcielający się w podwójną rolę w "Grzesznikach".
Mimo braku niespodzianek w głównych kategoriach to rozdanie zapamiętamy zwłaszcza z trzech powodów: pierwszej w historii statuetki dla kobiety w kategorii najlepsze zdjęcia (Autumn Durald Arkapaw za "Grzeszników"); pierwszego Oscara dla k-popowej animacji, czyli "K-popwych łowczyń demonów" oraz polskiego akcentu w postaci nagrody dla poklatkowego krótkiego metrażu "The Girl Who Cried Pearls" wyreżyserowanego przez duet animatorów: Polaka Maćka Szczerbowskiego oraz Kanadyjczyka Chrisa Lavisa.
















