To wydarzyło się naprawdę 50 lat temu
W 1977 roku Tony Kiritsis (grany przez Skarsgårda) wszedł do biura swojego pośrednika z banku hipotecznego (Al Pacino) z obrzynem w ręce. Nie było go, ale zastał jego syna, Richarda Halla (znany z trzeciego sezonu "Stranger Things" Dacre Montgomery). Kritsis zrozumiał wtedy jedną rzecz: taka okazja się już więcej nie powtórzy. Porwanie stało się dla niego jedyną okazją na milion, aby zwrócić na siebie uwagę mediów i pokazać światu, w jaki sposób został oszukany przez bank. Zdawał sobie też sprawę, że granica między dopięciem swego a otrzymaniem kulki w łeb jest w takich sytuacjach cienka, więc postanowił zagrać va banque.
Kiristis przymocował broń cienką metalową linką do swojego i Richarda ciała. Jeśli ktoś postrzeliłby Tony'ego, ciało porywacza poleci w dół, a to odblokuje broń, zabijając tym samym jego zakładnika. Wypisz wymaluj: tytułowe "dead man’s wire". Pomimo nerwów, realistycznie odegranych przez Skarsgårda, który kradnie każdą scenę, nasz porywacz zachował trzeźwość umysłu. W ten sposób Amerykanie stali się świadkami jednego z najgłośniejszych porwań w historii Stanów Zjednoczonych.
Od tego zdarzenia minęło prawie 50 lat i na festiwalu filmowym w Wenecji odbyła się premiera tego nieobliczalnego i jakże dynamicznego filmu. Obrazy z prawdziwej relacji zdarzenia z 1977 roku przeplatają się tutaj z filmową rzeczywistością reżysera, który dokładnie odwzorował każdy moment, postać i dialog z tamtego okresu. Oglądając "Dead Man’s Wire" czujemy się, jakbyśmy rzeczywiście byli świadkami całej tej akcji, stojącymi gdzieś na poboczu; bezpiecznymi, ale i tak w pełni zaangażowanymi.
Do tego reżyser "Buntownika z wyboru" zręcznie bawi się ukazywaną perspektywą całego zajścia. Raz porwanie obserwujemy oczami Tony'ego - jego percepcja pozwala nam zrozumieć, że nie ma nic bardziej niebezpiecznego niż człowiek zhańbiony, nie mającego już nic do stracenia. Desperacja u ludzi przybiera różne wymiary - i o tym też jest ten dramat. Czasami kamera skupia się na reakcjach Richarda - tutaj na przykład Van Sant pokazuje przemianę człowieka, który zaczyna rozumieć, jak bardzo firma jego ojca pokrzywdziła Tony'ego. Dodatkowo na Tony'ego zerkają normalni ludzie, media dążące do prawdy, policjanci, jego dawna rodzina, czy nawet agent FBI. Każda z tych osób ma swoje zdanie na ten temat. Ale wszyscy wypruwają sobie żyły, aby powstrzymać Tony'ego i uratować "biednego" Richarda. Tylko kto ma rację? Czy czasem cel nie uświęca środków?
"Dead Man's Wire": każda sekwencja coś wnosi i przyspiesza bicie serca
Pamiętacie "Pieskie popołudnie"? Albo polski film "Prime Time" z Bartoszem Bielenią w roli głównej? Jeśli lubujecie się w klimatach ekranowych porwań, policyjnych działań i relacjach porywacza z zakładnikiem, to "Dead Man’s Wire" będzie tytułem w pełni dla was. Jak to mówią Amerykanie: "we all have seen it before". Tyle że najnowszy dramat Gusa Van Santa działa od początku aż do napisów końcowych, co wcale nie jest tak oczywiste przy współczesnych akcyjniakach/dramatach. Nie ma tutaj monotonii: każda sekwencja coś wnosi i jedynie przyspiesza bicie serca.
Co ciekawe, zderzenie zwykłego szarego człowieka (i zdesperowanego!) z nieludzkim systemem i korporacją może kojarzyć się polskim widzom nawet z tymi wszystkimi porwaniami samolotów w czasach PRL-u. W ogóle cała ta akcja zdaje się bliska współczesności. Tony oskarża nie tylko firmę, a także i cały swój naród: czuje się oszukany jako człowiek, który przez lata był przykładnym obywatelem. Z czasem rozumiemy jego ból. I zastanawiamy się, czy nie postąpilibyśmy tak samo w jego sytuacji.
7/10










