"Dzień świstaka" i "Drużyna Pierścienia" w jednym
Fabuła "Baw się dobrze i przeżyj" przypomina "Dzień świstaka" Harolda Ramisa - tyle że główny bohater, w którego rolę wciela się u Gore'a Verbinskiego Sam Rockwell, nie przeżywa tego samego dnia od jego początku, a od godziny 22:10. Wtedy cały roztrzęsiony wparowuje do pewnej knajpy w Los Angeles i przekonuje, że jest człowiekiem z przyszłości, chcącym zapobiec wielkiej katastrofie. W jej wyniku sztuczna inteligencja miałaby przejąć kontrolę nad światem, co oznaczałoby zagładę gatunku ludzkiego. Choć patrząc na miny klientów i pracowników baru, można odnieść wrażenie, że ci mają go za człowieka nie tyle z przyszłości, co raczej z pobliskiego szpitala psychiatrycznego.
Mężczyzna, jak przekonuje, już po raz sto siedemnasty próbuje znaleźć idealną kombinację wśród przebywających w lokalu ludzi, którzy docelowo mają mu pomóc uratować świat. Gdyby jednak to okazało się zbyt małą presją, na wszelki wypadek ma przy sobie bombę, której nie zawaha się użyć w razie potrzeby. Ktoś zgłasza się na ochotnika, ktoś inny zostaje przymuszony i tym sposobem formuje się osobliwa Drużyna Pierścienia, która jak kiedyś Frodo, Sam i spółka rusza na kluczową dla losów świata misję.
Galeria ekscentrycznych osobowości
Złośliwi nazwaliby ich grupą przegrywów, ale dla mnie to raczej galeria ekscentrycznych osobowości. Zresztą w miarę rozwoju fabuły, w formie retrospekcji poznajemy ich historie - i rozumiemy, dlaczego znaleźli się w tym, nienajlepszym momencie życia. Choć funkcjonują jako większa całość, na czoło wysuwają się postaci grane przez Haley Lu Richardson oraz Juno Temple. Pierwsza z nich wciela się w rolę sfrustrowanej, zagubionej młodej dziewczyny, która przez długi czas pracowała jako "księżniczka z bajki" do wynajęcia na przyjęcia urodzinowe. Druga z kolei, dodaje opowieści Verbinskiego głębi oraz mroku, bo jej bohaterka mierzy się z tematem żałoby i… klonowania.
Najjaśniejszym punktem "Baw się dobrze i przeżyj" jest jednak Sam Rockwell. Udało mu się wykreować postać, która nie tylko pozostaje tajemnicza, ale i do samego niemal końca nie wiadomo, co o niej tak naprawdę sądzić. Mamy go za dziwaka, wzbudza naszą sympatię (bynajmniej nie z litości), a jednocześnie wygłasza wiele wartościowych refleksji związanych z tym, jak wygląda nasza rzeczywistość. A monolog dotyczący próby uwolnienia się od telefonów komórkowych jest tu prawdziwą perełką. Ekspresja Rockwella i sporo artystycznego szaleństwa w tej roli sprawiają, że w przeciwieństwie do niektórych jego kompanów idziemy za nim dobrowolnie, a nie z przymusu.
Rozrywkowe kino, pod którym kryje się coś więcej
Rockwell jest w filmie głosem reżysera, który powtarza zresztą, że AI nie powinno pisać za nas historii. "Baw się dobrze i przeżyj" to zabawna, ale i refleksyjna satyra na coraz bardziej stechnicyzowany świat, w którym ingerencja człowieka powoli zaczyna sprowadzać się do beznamiętnego klikania w klawiaturę. Wyziera z tego filmu tęsknota Verbinskiego za bardziej analogowymi czasami, gdy technologia nie przysłaniała nam tego, co naprawdę ważne. Nowa produkcja amerykańskiego reżysera, pod pozorem rozrywkowego kina, przemyca wiele cennych wartości i całkiem błyskotliwych spostrzeżeń. A wszystko to podane w atrakcyjnej formie, będącej hybrydą kilku filmowych gatunków. Mogę śmiało powiedzieć, że dobrze się na tej projekcji bawiłem i… przeżyłem.
7,5/10
"Baw się dobrze i przeżyj" (Good Luck, Have Fun, Don't Die), reż. Gore Verbinski, USA 2025, dystrybutor: Kino Świat, premiera kinowa: 20 marca 2026 roku.












