Odliczanie do Oscarów. To największy stres w życiu
Jako osoba, która brała udział w oscarowej gali blisko czterdzieści razy, mając okazję oglądać ją z perspektywy nie tyle widza, co raczej od kulis, mogę z całą stanowczością powiedzieć, że statuetka Akademii Filmowej to nie tylko najbardziej prestiżowe trofeum na świecie. To także nagroda, z którą wiąże się największy stres w życiu.
Wbrew pozorom nie mam tu na myśli tylko kwestii związanych z nadziejami na zwycięstwo i obawami przed ewentualną porażką. Tego rodzaju niepokoje wiążą się z każdą nagrodą, Oscary nie stanowią pod tym względem wyjątku. Rzecz w czym innym: zanim jeszcze uczestnicy gali przekroczą próg owianego sławą Dolby Theatre, w którym odbywa się uroczystość, muszą stoczyć prawdziwą wojnę nerwów, o której zwykli widzowie, śledzący całe wydarzenie na ekranach telewizorów, na ogół nie mają zielonego pojęcia, bo telewizja raczej tego nie pokazuje.
Dużą rolę w tej wojnie odgrywają kwestie bezpieczeństwa. Do tego stopnia, że przyjęło się powiedzenie, iż oscarowa gala jest najbezpieczniejszym miejscem na świecie. Już na kilka dni przed uroczystością policja w Los Angeles zostaje postawiona w stan gotowości. Specjalne patrole z wyszkolonymi psami przemierzają kanały - i te położone bezpośrednio pod Dolby Theatre, i te w najbliższej okolicy - w poszukiwaniu ładunków wybuchowych. A jakby tego mało, w dniu imprezy na dachach budynków sąsiadujących z miejscem ceremonii rozmieszczeni zostają strzelcy wyborowi. Kamery stacji telewizyjnych nadających transmisje z Oscarów ich nie pokazują (ze zrozumiałych powodów), ale proszę mi wierzyć, że dla wszystkich, którzy w dniu ceremonii pokazują się na czerwonym dywanie, ich obecność bywa widoczna.
Chwileczkę, wspomniałam coś o czerwonym dywanie? Przepraszam, poniosło mnie, zdecydowanie zbyt daleko wybiegłam do przodu! Ponieważ samo przedostanie się na ten dywan to już jest nie lada wyczyn. I to nawet jeśli ma się w ręku zaproszenie na Oscary i jest się hollywoodzką sławą z wieloletnim stażem i dorobkiem znanym na całym świecie.
Oscary: trzeba przejść przez kontrolę bezpieczeństwa
Najpierw trzeba przejść przez kontrolę bezpieczeństwa - i to jest kolejna rzecz, której nie pokazują kamery. Jak to wygląda? Na skraju czerwonego dywanu stoi sobie niepozorny namiocik. Musi do niego wejść absolutnie każdy, kto zamierza udać się do Dolby Theatre. A jak mówię: każdy, to znaczy, że naprawdę każdy. Czy Steven Spielberg, czy Brad Pitt, czy Nicole Kidman, która kiedyś stała tuż przede mną i musiała wysypać na stół wszystko z markowej torebki. Jest zupełnie jak na lotnisku, trzeba przejść przez bramkę z wykrywaczem metali. Jeśli włączy się alarm, no to mamy kłopot.
Panowie, którzy na ogół przyodziani są w tradycyjne smokingi, na ogół wyjmują wówczas z kieszeni klucze, telefon czy inne drobiazgi, o których akurat zapomnieli, i przy powtórnej kontroli sygnał wykrywacza już się nie odzywa. W znacznie gorszej sytuacji znajdują się panie. Przypomnijmy sobie z ubiegłych lat te wszystkie wystrzałowe kreacje, o których rozpisywały się gazety (czy też - znak czasów - które można do woli oglądać w internecie). Spróbujmy sobie wyobrazić, ile żmudnej pracy kosztowało założenie takiej wymyślnej sukni. I teraz pomyślmy, że na bramce odzywa się alarm. Co w takiej sytuacji się dzieje? Pasek, nie pasek. Bransoletka, nie bransoletka. Naszyjnik, nie naszyjnik. Wszystko, co metalowe, trzeba zdjąć, położyć na stole a potem w pośpiechu, drżącymi z nerwów rękami pozakładać z powrotem, bo przecież po drugiej stronie namiotu zaczyna się czerwony dywan, a tam już czekają fotografowie. Oraz ich aparaty, które błyskawicznie uchwycą każdą niedoskonałość wyglądu.
Na oscarowy wieczór kreacje z największych domów mody. Wśród gości agentki FBI incognito
Na tym koniec kłopotów? A skąd, nic z tych rzeczy. Defilada przed obiektywami również potrafi być drogą przez mękę. Przypomniała mi się mrożąca krew w żyłach historia, którą usłyszałam niegdyś z ust Charlize Theron:
"Miałam na sobie przepiękną suknię od Diora, ciągnącą się po ziemi, a do tego buty z wymyślnymi wiązaniami, które owijały się wokół kostek jak węże. Nie wiązało się ich na węzeł, to była taka dziwna, otwarta konstrukcja. Na czerwonym dywanie jest taki zwyczaj, że trzeba zatrzymać się na chwilę, aby fotoreporterzy mogli robić zdjęcia. Kiedy przyszła moja kolej, stanęłam i pozowałam jak trzeba, po czym nagle zorientowałam się, że nie mogę się ruszyć! Te węże na moich kostkach splątały się, krępując mi obie nogi. A nikt o tym nie wiedział, bo wszystko zasłaniała suknia. Sterczałam więc w panice na jednej nodze, starając się uwolnić drugą, czas płynął i w pewnym momencie fotografowie zaczęli mi dawać znaki: no dobra, już mamy twoje zdjęcia, następny proszę. A tu akurat za mną nadchodziła Helen Mirren. Na szczęście w ostatniej chwili udało mi się wyszarpnąć nogę i mogłam wreszcie ruszyć z miejsca. Widziałam potem, jak jeden z reporterów kręcił głową z niesmakiem: Ale jej palma odbiła".

Chciałabym zwrócić uwagę na jeden istotny szczegół w opowieści Charlize. Aktorka nie omieszkała wspomnieć, że jej kreacja pochodziła "od Diora". To ważna kwestia, ponieważ gwiazdy Hollywood na oscarowy wieczór bardzo często zaopatrują się w stroje z największych domów mody (czasem po prostu je wypożyczając), dla tych ostatnich zaś to znakomita okazja, by wypromować swoją markę. Na tym jednak nie koniec. Żadna szanująca się aktorka nie pojawi się na czerwonym dywanie bez efektownej biżuterii. A kolczyki, pierścionki czy kolie z drogimi diamentami potrafią kosztować nawet kilkaset milionów dolarów! Wbrew pozorom nawet dla hollywoodzkich znakomitości to byłby poważny wydatek, zwłaszcza gdyby chodziło tylko o ozdobę na jedno wyjście. Gwiazdy przeważnie wypożyczają te drogie precjoza, co bywa o wiele tańsze, taka operacja jednak ma dodatkową cenę. Kosztowności pilnują ochroniarze ubrani w smokingi, ale z ukrytą bronią. Wygladą jak zaproszeni goście, dzięki czemu nie rzucając się w oczy, mogą trzymać się blisko artystek, a w razie potrzeby wkroczyć do akcji. Dodatkowo, już tak dla ogólnego bezpieczeństwa, wśród gości gali nie brakuje policjantek i agentek FBI incognito, ubranych w wieczorowe suknie.
Wynajęci przez Akademię Filmową pracownicy służby porządkowej pilnują, by nikt nie stał zbyt długo na czerwonym dywanie. Oczywiście ta reguła nie dotyczy gwiazd, natomiast mniej znane (a nierzadko wybitne) osobistości bywają niekiedy ofiarami agresywnego zachowania lub przesuwania ich z miejsca na miejsce. Na moich oczach ci "poganiacze" potrącili (!) legendarnego twórcę "Love Story", sędziwego Arthura Hillera, wtedy już prawie niewidomego, ponieważ ich zdaniem nie dość szybko podążał na czerwonym dywanie. Jako dobra znajoma Hillera, stanęłam w jego obronie i przy okazji wygłosiłam im wykład na temat filmu Hillera.
W ciągu wielu lat lat byłam świadkiem podobnych incydentów, kiedy pracownicy zaangażowani przez Akademię zbyt gorliwie wykonywali swoje zadania, nie wiedząc nawet, z kim mają do czynienia. Pamiętam nawet, jak pilnowacze nie chcieli wpuścić do wnętrza budynku… ówczesnego prezydenta Akademii, bo ten nie miał ze sobą biletu. Jak zwykle wytłumaczyłam im, kto zacz, ale i tak prezydent musiał się wylegitymować. No cóż, zwyczajni ochraniarze nie znają większości twarzy ze środowiska filmowego.

Oscary: jak wytrzymać kilka godzin na widowni? Dokąd wymykają się gwiazdy?
Zostawmy jednak za sobą te nieprzyjemne sceny. Gdy uda się przestąpić próg gmachu, w którym odbywa się ceremonia, można nareszcie odetchnąć z ulgą. Choć przed nami rysuje się już kolejne wyzwanie: wytrzymać kilka najbliższych godzin na widowni to dla gwiazd i hollywoodzkich "insiderów" bolączka, o której mówi się już od bardzo dawna. Oscarowa gala jest po prostu za długa! Przeciętny czas trwania tej imprezy to trzy albo nawet trzy i pół godziny. Niesławny rekord padł w 2002 roku: cztery godziny i dwadzieścia trzy minuty! Kto byłby w stanie wysiedzieć tyle bez przerwy? Często widzowie narzekają, ze Oscary bywają nudne. Tutaj trzeba wyjaśnić, ze prezentowany przez prowadzącego imprezę humor często jest zabawny tylko dla hollywoodzkich weteranów, a kompletnie niezrozumiały w innych krajach. Jest oparty na malo publikowanych hollywoodzkich wydarzeniach, skandalikach i plotkach.
Aby skrócić sobie "cierpienia" związane z przedłużającą się uroczystością, gwiazdy wymykają się z głównej sali, bądź na papierosa, do toalety, bądź na drinka do baru, a ich miejsca błyskawicznie zajmują tzw. "seat fillers", statyści wynajęci po to, by widzowie przed telewizorami nie dostrzegli pustych siedzeń. Na szybką zamianę miejsc idealnie nadaje się moment, gdy w telewizji pokazywane są reklamy.
A jak nominowane gwiazdy i prezenterzy wiedza, kiedy trzeba wrócić na salę? Wypadałoby bowiem nie spóźnić się na scenę i znajdować się w gotowości, kiedy ich nazwiska będą ogłoszone. Ileż jednak można czekać w napięciu? Wiadomo wszak, że werdykt w kategorii "najlepszy aktor" czy "najlepszy reżyser" zostaje ogłoszony dopiero pod sam koniec, a któż miałby na to cierpliwość? I nerwy? Lepiej spędzić ten czas w barze. Szczęśliwie na posterunku czuwają agenci gwiazd, którzy uważnie śledzą przebieg ceremonii. I w kluczowym momencie przywołują swoich podopiecznych do porządku: "Kończ już i wracamy, bo za chwilę mogą cię wyczytać". Takiego nadzoru ewidentnie zabrakło aktorom i członkom ekipy filmu "Ida", którzy zasiedzieli się w kuluarach i przegapili moment, w którym reżyser Paweł Pawlikowski odbierał Oscara.
Na pociechę dodam, że wpadki zdarzają się nawet najlepszym. Gala nagród Akademii Filmowej przypomina skomplikowany mechanizm, w którym wszystkie trybiki muszą kręcić się jak należy. Wystarczy, że jeden się obluzuje i nagle wszystko się sypie. Na własne oczy widziałam dziki popłoch za kulisami, gdy okazało się, że Charlton Heston, który według scenariusza miał prezentować nominowanych w jednej z kategorii, nie dojechał na imprezę i trwały gorączkowe poszukiwania kogoś, kto mógłby go zastąpić. Nie pamiętam już, kogo wówczas zaangażowano "z łapanki", to zresztą nie ma większego znaczenia. Najważniejsze w tamtej chwili było przerażenie w oczach realizatorów, gdy jeden z kluczowych elementów scenariusza wielkiej, transmitowanej na cały świat gali trzeba było na gwałt przerabiać na kolanie. Takich rzeczy również nie pokazują w telewizji.
I teraz, gdy o tym myślę, przypomina mi się opowieść Jimmy'ego Stewarta (gwiazdor filmu "To wspaniałe życie" oficjalnie występował pod imieniem James, ale w prywatnych rozmowach zawsze prosił, by zwracać się do niego: Jimmy) o pierwszej oscarowej ceremonii wyprawionej w Hotelu Roosevelt w 1929 roku. Całe wydarzenie zajęło piętnaście (!) minut, a do tego nazwiska laureatów ogłoszono już trzy miesiące wcześniej. Nie było mowy o transmisji telewizyjnej, dzięki czemu zgromadzona na imprezie hollywoodzka śmietanka mogła zachowywać się swobodnie. Momentami może aż nazbyt swobodnie, ponieważ według słów Jimmy'ego kiedy podczas części artystycznej jakiś wykonawca - czy to śpiewak, czy komik estradowy - nie przypadł do gustu widzom, ci bezceremonialnie przerywali występ i ściągali nieszczęśnika ze sceny. Na jego miejsce wychodził następny artysta - i też mógł podobnie skończyć. Czy ktoś sobie wyobraża podobne ekscesy dzisiaj?
Można narzekać, ale bez Oscarów nie ma Hollywood
Jedna rzecz wszakże nie zmieniła się od prawie stu lat. Zarówno w 1929 roku, jak i dziś Oscary to impreza przede wszystkim dla "insiderów", czyli osób świetnie zorientowanych, co w hollywoodzkiej trawie piszczy i z kim można zyskać, a z kim stracić. Tu nic nie jest pozostawione przypadkowi (no, chyba że akurat nie dojedzie Charlton Heston…), a aktorzy z najwyższej półki już na wiele miesięcy przed uroczystym wieczorem toczą twarde negocjacje, kto będzie przedstawiał nominowanych w najważniejszych kategoriach. Choć większość kwestii, które wygłaszają na scenie prezenterzy, to tak naprawdę gotowy tekst widoczny na tzw. teleprompterach, niektórym artystom zdarza się wtrącić to i owo od siebie - z rozmaitym efektem.
Pamiętam, jak czarnoskóry komik Richard Pryor (czy ktoś go dziś jeszcze pamięta?) podczas gali Oscarów rzucił żart: "Bez obaw, mój smoking jest ognioodporny". Sama widziałam zdziwienie malujące się na wielu twarzach. Trzeba było niezłego rozeznania w hollywoodzkich skandalach, by wiedzieć, że kilka lat wcześniej aktor w narkotycznym szale oblał się alkoholem, a następnie podpalił. Skoro nawet weterani Fabryki Snów czuli się zdezorientowani, to idę o zakład, że dla osób z zewnątrz, ten dowcip był całkowicie nieczytelny, a na pewno nie dla widzow siedzacych przed telewizorami w innych krajach.
Ale tak to jest z tymi Oscarami: można narzekać, że to elitarny bankiet tylko dla wtajemniczonych, że ceremonie są coraz dłuższe, że prowadzący nie stają na wysokości zadania (to akurat prawda, moim zdaniem od lat nie pojawił się nikt, kto mógłby stanąć w tym samym szeregu, co wybitny Johnny Carson, przezabawny Bob Hope i pełen uroku Billy Crystal)… ale i tak co roku wszyscy z zapartym tchem wyczekują ogłoszenia wyników. Ponieważ nie oszukujmy się, bez Oscarów nie ma Hollywood. A bez Hollywood nie ma kina. Zapomnijmy więc o mankamentach, przynajmniej na ten jeden wieczór. Odliczanie do tegorocznej gali czas zacząć!
Yola Czaderska-Hayek, Hollywood, 13.03.2026














