"Nikt nie woła": takiego filmu nikt się nie spodziewał
Takiego filmu w 1960 roku w Polsce nikt się nie spodziewał. Po premierze, która odbyła się 31 października 1960 roku, władze odebrały twórcom premie, tytuł został poddany ostrej krytyce, uznany za zbyt awangardowy i zakazano pokazywania go na zagranicznych festiwalach przez 20 lat. Skąd wzięły się te kontrowersje?
Akcja filmu Kazimierza Kutza "Nikt nie woła" rozgrywa się w niewielkim miasteczku na Ziemiach Odzyskanych. Główny bohater Bożek "Bohdan Nieczuja" (Henryk Boukołowski) nie wykonał rozkazu zastrzelenia komunisty, przez co musi ukrywać się przed dawnymi kolegami z podziemia. Bożek próbuje zacząć nowe życie, zakochuje się w dopiero co poznanej Lucynie (Zofia Marcinkowska), jednak przeszłość nie pozwala o sobie zapomnieć.
Scenariusz powstał na bazie prozy Józefa Hena rok po głośnym "Popiele i diamencie" Andrzeja Wajdy. Film miał zupełnie inny wydźwięk polityczny. Bohater Wajdy, Maciek Chełmicki (Zbigniew Cybulski) był akowcem, który (właściwie wbrew sobie) wykonuje wyrok wydany przez podziemie, strzela do komunisty i ginie. Akowiec z filmu Kutza odmawia wykonania rozkazu, chce po prostu żyć.

Film nie został w Polsce zrozumiany
"Było to dzieło prekursorskie, jeśli idzie o język kina (fenomenalne zdjęcia Jerzego Wójcika), ale i ostro polemiczne z dziedzictwem 'szkoły polskiej'. Grany przez Henryka Boukołowskiego Bożek był w istocie antytezą ideału Chełmickiego-Cybulskiego z 'Popiołu i diamentu' Andrzeja Wajdy. Bożek nie chce umierać jak Maciek na śmietniku historii, chce zacząć życie od nowa, chce się zakochać. To było odkrywcze i nowatorskie podejście wobec ideologii wymagającej od bohaterów polskiego kina ofiary" - pisał o filmie krytyk filmowy Łukasz Maciejewski.
"U nas była wówczas Polska Szkoła Filmowa, która pod względem narracyjnym i dramaturgicznym była właściwie tradycyjna, a ten film był szokujący. Zaskakująco nowy, wyprzedzał swój czas" - powiedział w rozmowie z PAP prof. Tadeusz Lubelski, wybitny filmoznawca i historyk kina.
Film nie został w Polsce zrozumiany. Szokowały niecodzienne zdjęcia, "dziwne" dialogi, sposób narracji, "zbyt nowoczesna" gra aktorów. Krytycy zarzucali reżyserowi, że "Nikt nie woła" to kino zbyt artystyczne, nie wojujące, że twórcy nie liczą się z widzami. Stanisław Janicki uznał obraz za "nieporozumienie", Krzysztof Teodor Toeplitz napisał wręcz, że to film "zatruty przez artyzm".
Tytuł doceniono dopiero po latach. "Film Kutza i Wójcika był zwiastunem Nowej Fali - nurtu artystycznego do tej pory w Polsce nieobecnego. (...) Szło tu o manifestację autorskiej, osobistej wizji świata" - napisał krytyk filmowy Rafał Marszałek.
"Nikt nie woła": dramatyczne losy aktorów
Film Kutza nie został doceniony po premierze, ale losy odtwórców głównych ról - Zofii Marcinkowskiej i Henryka Boukołowskiego także nie potoczyły się najszczęśliwiej.
Zofia Marcinkowska była jednym z najciekawszych odkryć polskiego kina tamtych czasów. Miała 20 lat, kiedy zagrała w filmie "Nikt nie woła".
"Była naturalnie piękna, ale na potrzeby filmu dodatkowo wymyśliliśmy ją, wyciągnęliśmy z niej wszystko, co było potrzebne. Wykreowaliśmy ją. (...) Promieniowała jakąś niezwykłą energią" - przyznał po latach reżyser w rozmowie z "Gazetą Wyborczą".
Wróżono, że będzie jedną z największych polskich aktorek. Miała wszystko, by zostać gwiazdą: urodę, inteligencję i wrażliwość. Niestety, po jednej z awantur domowych odebrała sobie życie. Miała 23 lata.
Z kolei Henryk Boukołowski nie zagrał już w filmie roli na miarę "Bożka", z czasem coraz bardziej angażując się w pracę w teatrze. Zmarł 4 października 2020 roku w Warszawie.












