"Kokuho" to historia Kikuo Tachibany - adepta kabuki, który mozolnie wspina się po szczeblach aktorskiej kariery, jednego z najbardziej hermetycznych i zhierarchizowanych środowisk japońskiej kultury. Kikuo poznajemy w wieku 16 lat (w tej roli znany z filmu "Monster" Soya Kurokawa, a w dalszej części filmu Ryô Yoshizawa), gdy występuje na scenie na oczach rządzącego lokalną yakuzą ojca i jego gości. Swoją grą zwraca uwagę aktorskiego nestora Hanai Hanjiro II (Ken Watanabe). Zapada mu w pamięć na tyle, że gdy ojciec Kikuo ginie w zamachu, Hanjiro postanawia przygarnąć osieroconego chłopaka i pozwolić mu szlifować aktorski talent. W tym miejscu zaczyna się opowieść o przyjaźni między Kikuo a jedynym synem nauczyciela - Shunsuke Ogaki (grają go Keitatsu Koshiyama oraz Ryûsei Yokohama). To przyjaźń naznaczona rywalizacją i ambicją, pełna napięć, niełatwych wyborów, wzajemnych oskarżeń i żali, ale również braterskiej miłości i szacunku.
"Kokuho": japoński kandydat do Oscara. Nominację otrzymał za najlepszą charakteryzację
Japońskie filmy trafiają na polskie ekrany niezwykle rzadko. Na ogół na kanwie większego międzynarodowego sukcesu. Nie inaczej jest w przypadku "Kokuho", który w ubiegłym roku miał swoją premierę na Międzynarodowym Festiwalu Filmowym w Cannes. Debiutująca w roli dystrybutora Kinoteka reklamuje obraz Lee Sang-ila nominacją do Oscara. Był on japońskim kandydatem do nagród Amerykańskiej Akademii Wiedzy i Sztuki Filmowej i rzeczywiście uzyskał oscarową nominację, choć nie dla filmu, a za charakteryzację.
To absolutnie jeden z najmocniejszych atutów tej produkcji. Jej twórcy poświęcili wiele godzin, przemieniając głównych bohaterów w ich sceniczne wcielenia, za pomocą których odkrywają przed widzami kulisy tętniącego życiem świata kabuki. Obaj bohaterowie ćwiczą, by stać się mistrzami onnagata - sztuki, w której mężczyźni odgrywają role kobiet. Ich marzeniem zaś jest tytuł Kokuho - oznaczający "żywą legendę", najwyższe wyróżnienie, jakie może otrzymać aktor kabuki.
"Kokuho": film dla miłośników detalu, gestu, spojrzenia
Zestawiając w otwarciu filmu światy yakuzy i kabuki, reżyser Lee Sang-il pokazuje, jak silnie japońskie społeczeństwo zakorzenione jest w hierarchicznym porządku. W obu tych rzeczywistościach obowiązuje ścisły podział ról, a możliwość awansu zależy nie tyle od indywidualnych aspiracji, ile od uznania przełożonego i miejsca w strukturze. Tak jak samurajowie mieli swojego shoguna, tak członkowie yakuzy podporządkowani są oyabunowi, a adepci kabuki - mistrzowi stojącemu na czele aktorskiego rodu. Różne są dekoracje i kodeksy, lecz mechanizm pozostaje ten sam: lojalność wobec hierarchii okazuje się ważniejsza niż jednostkowa autonomia.
Hierarchiczność ta wybrzmiewa tym mocniej, że zapoczątkowana w latach 60. XX wieku akcja filmu rozgrywa się na przestrzeni pół wieku. I mimo upływu lat, ten fundament społecznych relacji pozostaje właściwie nienaruszony. Jednak "Kokuho" nie skupia się na socjologicznych obserwacjach. Stanowią one tło dla klasycznego melodramatu, w którym los stawia bohaterom wyzwania, zmusza do dramatycznych decyzji, kładących się cieniem na rodzinnych i przyjacielskich relacjach. To opowieść o przybieraniu masek - zarówno w życiu, jak i na scenie - przy jednoczesnych próbach pozostania wiernym sobie. Ale przede wszystkim to film dla fanów kabuki - miłośników detalu, gestu, spojrzenia, na których zbudowane są spektakle i które pieczołowicie wydobywa oko kamery tunezyjskiego autora zdjęć Sofiana El Fani.
W Japonii ten film był absolutnym hitem
W Japonii film Lee Sang-ila okazał się absolutnym przebojem box office'u. W Europie (w tym w Polsce) trafia do obiegu arthouse'owego. Lecz, choć to dzieło pod wieloma względami interesujące, nie ma w sobie siły rażenia emblematycznych tytułów kina Azji, jak choćby chińskiego "Zawieście czerwone latarnie" Zhanga Yimou, do którego bywa porównywany. Wynika to w zarówno z hermetyczności teatru kabuki, nieznajomości jego tradycji i kluczowych dla jej zrozumienia dzieł, jak i innego rodzaju aktorstwa i dramaturgii, niż te, którymi operują kinematografie europejskie i Hollywood.
"Kokuho" nie próbuje bynajmniej przypodobać się zachodniej publiczności. To kino nieśpieszne, ćwiczące odbiorcę w uważności i kontemplacji. Jego sens odsłania się stopniowo - trochę jak w estetyce wabi-sabi, w której piękno ujawnia się dopiero temu, kto potrafi zatrzymać wzrok na tym, co pozornie skromne i niedopowiedziane.
6/10
"Kokuho", reż. Sang-il Lee, Japonia 2025, dystrybutor: Kinoteka, premiera kinowa: 27 marca 2026 roku.












