Agnieszka Dulęba-Kasza to aktorka filmowa, teatralna i serialowa. Za rolę w filmie "Sezony" została doceniona w tym roku przez międzynarodowe jury, które podczas 18. edycji festiwalu filmowego Mastercard OFF CAMERA w Krakowie przyznało jej Nagrodę dla Najlepszej Aktorki.
Za swoją poprzednią kinową rolę w filmie "Biały Potok" otrzymała nominację do Nagrody im. Macieja Kozłowskiego na Kozzi Film Festiwal (2021). Film został także wyróżniony Nagrodą Publiczności na Koszalińskim Festiwalu Debiutów Filmowych "Młodzi i Film". Podczas MFF BellaTOFIFEST artystka została uhonorowana Nagrodą Filmową Marszałka Województwa Kujawsko-Pomorskiego im. Poli Negri.
"Czasami na ekranie pojawia się ktoś, kto od pierwszych chwil przyciąga naszą uwagę. Ktoś, kto nie tyle "gra", co po prostu jest prawdziwy, autentyczny, świeży. Ktoś, kto przypomina nam, za co kochamy sztukę aktorską, za co kochamy kino" - uzasadniała wybór Kafka Jaworska, dyrektorka festiwalu.
Podczas wydarzenia mieliśmy okazję porozmawiać z aktorką i dowiedzieć się więcej na temat jej czarującej kreacji w "Sezonach" Michała Grzybowskiego, życiu prywatnym oraz kolejnych projektach zawodowych.
Agnieszka Dulęba-Kasza dla Interii: "Po prostu stawiaj granice. I bądź sobą"
Paulina Gandor, Interia: Na samym początku chciałabym pogratulować Nagrody Filmowej Marszałka Województwa Kujawsko-Pomorskiego im. Poli Negri dla aktorki na MFF BellaTOFIFEST. Co dla pani znaczy to wyróżnienie?
Agnieszka Dulęba-Kasza: - Kiedy dowiedziałam się, że otrzymuję tę nagrodę, to była dla mnie ogromna niespodzianka. Pomyślałam wtedy: "Boże, jakie to wspaniałe!". Bo prawda jest taka, że los mnie raczej nie rozpieszcza, jeśli chodzi o nagrody czy wyróżnienia. Mam poczucie, że wszystko, co zdobyłam, dosłownie wydrapałam pazurami. Idę powoli, konsekwentnie w jednym kierunku, i to zaczyna przynosić efekty - ale trwa to długo. Dlatego bardzo się ucieszyłam, że ta nagroda przyszła w momencie, kiedy jeszcze mam pełną świadomość, że jestem aktorką, że to wszystko się naprawdę dzieje. Gdybym miała dwadzieścia lat więcej, może machnęłabym ręką, pomyślała "no dobrze, fajnie". Ale dziś to dla mnie naprawdę ważny moment. Czuję, że jestem teraz w dobrym miejscu.
Pamiętam, jak w maju podczas Mastercard OFF CAMERA powiedziała pani ze sceny: "Nie jestem przyzwyczajona do odbierania nagród, ale mogłabym się przyzwyczaić". To było bardzo poruszające.
- Tak, wszyscy później mówili, że to była całkiem dobra przemowa! I faktycznie - to była prawda. Mogłabym się do tego przyzwyczaić (śmiech). Kiedy wychodziłam wtedy na scenę, postanowiłam, że spojrzę na ludzi, wezmę głęboki oddech, żeby się uspokoić... Bo w środku byłam dosłownie burzą emocji. To było naprawdę przyjemne, ale też bardzo silne przeżycie. Zresztą, kiedy dowiedziałam się o tej nagrodzie, byłam akurat w Cieszynie, tuż przed Q&A po pokazie filmu "Sezony". Nagle okazało się, że nie pójdę na spotkanie z widzami, tylko muszę natychmiast jechać do Krakowa. Dostałam jakiejś totalnej histerii, emocjonalnego przeładowania. Pomyślałam: "Ja naprawdę wygrałam ten festiwal!". To było dla mnie coś ogromnie ważnego. Naprawdę.

Życzę, żeby takich nagród było jeszcze więcej. Uważam, że to była naprawdę piękna rola, a nagroda - absolutnie zasłużona. Sam film też mnie głęboko poruszył.
- Bardzo dziękuję. Wiesz... myślę, że ta nagroda mogła się wydarzyć właśnie dlatego, że jury było międzynarodowe. Gdyby to była tylko polska kapituła, to - szczerze mówiąc - mogłoby być trudniej. Pod wieloma względami. A tutaj to było międzynarodowe jury, naprawdę poważne i sprawcze. Pomyślałam sobie: "Kurczę, jestem szczęśliwa". Bo miałam poczucie, że to było obiektywne, bez żadnych podtekstów, sympatii czy układów. W Polsce... cóż, za mną specjalnie nikt nie stoi. Gram już 26 lat, pracuję nieprzerwanie, głównie w teatrze, ale nie czuję, żeby moja droga była posypana różami i lukrem - bo tak po prostu nie jest.
- Lubię swoją pracę. Lubię się mierzyć z tymi wyzwaniami. I co ważne - coraz bardziej lubię siebie w tym zawodzie. A to wcale nie było takie oczywiste na początku. Zawsze grałam ciekawe role, ale raczej niewidoczne dla mainstreamu. Mój dyplom zaraz po szkole filmowej nie był zresztą teatralny, choć grałam wtedy Strindberga, Zabawę z ogniem. Moją pierwszą dużą pracą był włoski film, który po prostu spadł na mnie jak z księżyca. Grałam tam po włosku. To się wszystko zbiegło w czasie, bo równolegle studiowałam - byłam i w szkole filmowej, i w Akademii Muzycznej. Jestem śpiewaczką operową, choć nie ukończyłam tego kierunku do końca. Zresztą, śpiewanie operowe przestało mnie w pewnym momencie bawić. Lubię sobie czasem coś "zarzucić" wysoko, bo jestem sopranem koloraturowym, więc te dźwięki rzeczywiście lecą w górę - ale sam zawód śpiewaczki nie był dla mnie jakoś szczególnie pociągający. Może też dlatego, że wszyscy na moim roku byli ode mnie znacznie starsi. Szkoła filmowa była dla mnie znacznie fajniejszą opcją. I tak - to są takie zaskakujące "złote akcje", które gdzieś w życiu po prostu się zdarzają. I dobrze, że się zdarzają.
A jak wspomina pani swoje pierwsze dni w szkole filmowej? Bo słyszałam o różnych doświadczeniach.
- Wiesz, ja do szkoły filmowej dostałam się dwa razy. Za pierwszym razem, kiedy już mnie przyjęli, miałam taki przedsmak fuksówki. I pamiętam, że stałam na scenie do drugiej w nocy. Dostałam się wtedy bardzo wysoko - byłam na drugim miejscu na liście. Ale wyszłam stamtąd i rano zadzwoniłam do domu, mówiąc: "Nie pójdę tam nigdy w życiu". Dostałam się też równolegle do Akademii Muzycznej, więc wybrałam właśnie ją. To, co działo się wtedy w szkole filmowej, mnie po prostu przerastało. Pewnie dla innych to było normalne, może byli bardziej śmiali. Ale dla mnie nie. Ja mieszkałam na osiedlu wojskowym w Leźnicy Wielkiej - mała społeczność, jasne zasady. A tam? Tam nie było żadnych reguł. To, co dla nich było zabawne, mnie obrażało. Nie dlatego, że jestem przewrażliwiona, tylko że naprawdę to były sytuacje krępujące. Dla kogoś, kto dopiero się dostał i jest cały zbudowany z niepewności, to było po prostu nie do zniesienia.
- Po roku w Akademii Muzycznej stwierdziłam jednak, że jest mi tam po prostu nudno. I wtedy zdecydowałam się jeszcze raz spróbować. Moja nieżyjąca już profesorka, Barbara Wałkówna, powiedziała: "Zdawaj, zdawaj". Ja na to: "A może przyjmą mnie bez egzaminów, skoro już raz się dostałam?". A ona: "Nie, nie ma takiej możliwości". Więc znowu musiałam przejść przez cały egzaminacyjny maraton. Pamiętam ten trzeci etap - czytali nazwiska i myślę sobie: "Zepsułam to, nie dostałam się". Byłam chyba dwunasta czy trzynasta, na pewno pod koniec listy. Stałam wtedy na scenie - to był rok Bronisława Wrocławskiego i Zofii Uzelac - i leciały mi łzy. Ale to były łzy szczęścia. I znowu była ta fuksówka. Tyle że tym razem postanowiłam: "Przejdę to. Przewalczę to w sobie". I rzeczywiście - potem było już lepiej. Nigdy nikogo sama nie fuksowałam. Jestem bardzo wyczulona na wszelkie manipulacje, na toksycznych ludzi. Od razu ich odcinam. I dziś jestem już na tyle duża, że naprawdę mówię to, co myślę. I uczę tego też moje córki: "Nie podoba ci się coś? Powiedz to. Bez kamuflaży, bez chodzenia wokół. Po prostu stawiaj granice. I bądź sobą". Bo nie jesteś euro - nie każdy musi cię kochać. Ale ważne, żeby rano spojrzeć w lustro i móc sobie powiedzieć: "Tak, to jestem ja. Z tym wszystkim, co mam, z błędami, które popełniłam". Oczywiście - do tego się dorasta. Ale to jest, mam wrażenie, jedna z najfajniejszych rzeczy w życiu.
Gdyby mogła Pani powiedzieć coś Polkom, kobietom, które będą to czytać - jedno zdanie, jedno przesłanie - co by to było?
- Nie wiem, czy jestem dobrą osobą do przesłań. Ale mam jedno zdanie zapisane w telefonie: "Co byś zrobiła, gdybyś się nie bała?". I to zdanie jest właśnie pytaniem - ono mnie czasami otrzeźwia. Bo ja się boję. I działam. Mam mnóstwo wątpliwości, naprawdę - ale idę po swoje. Idę do przodu. Bo wiem, że strach to tylko emocja. To nie fakt. I nie można pozwolić, żeby nas zatrzymał. Nie można traktować go zbyt poważnie. My jesteśmy mistrzyniami w tworzeniu czarnych scenariuszy. Lubimy się bać, bo to nas ekscytuje - jak horror, jak dramat. "A on tak powiedział, czyli na pewno zrobi to i to..." - i nagle przeżywamy jedną sytuację tysiąc razy, ciągle ją mieląc. A przecież łatwiej byłoby pomyśleć coś dobrego. Ale z jakiegoś powodu mózg woli negatyw.
No właśnie. Jakoś tak łatwiej jest nam na co dzień pielęgnować pesymistyczne myśli.
- Tak! Bo to się tak łatwo napędza - "Na pewno mnie nie lubi, na pewno coś knuje...". I nie wiem, czemu sami sobie to robimy. Czemu sobie podcinamy skrzydła, czemu siebie podkopujemy. Może to sięga dzieciństwa, może potrzeba nam więcej takich "poduszek bezpieczeństwa" - jak w samochodzie - żebyśmy mogli się bezpiecznie przewrócić i nie bać. Ja staram się dać takie poduszki moim dzieciom. Ale one pewnie mają na ten temat zupełnie inne zdanie. Może kiedyś, za jakiś czas, spotkamy się w połowie drogi i powiedzą: "No dobra, część rzeczy zrobiłaś spoko, część była do bani".
Nie da się zrobić wszystkiego idealnie, ale do wielu rzeczy człowiek musi dojść sam - nawet jeśli rodzice chcą przekazać coś dobrego.
- Tak, tak. I myślę, że czasem lepiej, kiedy to przychodzi z zewnątrz. Wczoraj właśnie miałam taką rozmowę w klubie festiwalowym Pers - że bywają zdarzenia, które trwają tylko chwilę, ale zmieniają całe życie. I nie zawsze wiemy, kiedy to się dzieje. W moim życiu też było takie spotkanie. Miałam wtedy 14, może 15 lat. Zupełnie przypadkiem poznałam dziewczyny z ASP w Katowicach. Zaczęły opowiadać o swoim życiu, o tym, jak widzą świat - i wtedy pomyślałam: "Jezu, jaki ten świat jest szeroki. Ilu jest kolorowych ludzi! Warto w to iść, poznawać, odkrywać". To było takie pierwsze otwarcie drzwi.
Zastanawiam się, czy rola Oli w "Sezonach" też była takim właśnie momentem? Czy coś pani dzięki niej odkryła w sobie, coś nowego?
- Nie... Nie sądzę. Wiesz, u mnie ta praca bardzo dotyka emocji - ale nie jestem zbyt analityczna. Jestem zbudowana z emocji, cała. I kiedy gram, mocno w nie wchodzę, ale niekoniecznie później je rozkładam na części pierwsze. Więc nie mogę powiedzieć, że ta rola była dla mnie jakimś przełomem czy objawieniem - takim epokowym dotknięciem Palcem Bożym. Nie. Ale była ważna. Tylko nie w taki spektakularny sposób, o jakim czasem się mówi w wywiadach. Czasem po prostu robisz coś prawdziwego - i to wystarczy.
A czy to było trudne - z perspektywy aktora - grać kogoś, kto jednocześnie sam występuje w jakiejś roli?
- Nie, nie. To było właśnie bardzo znajome i bardzo bliskie. Po tylu latach w teatrze ma się to po prostu we krwi. Dla mnie to było naturalne. Teraz zresztą świadomie zrezygnowałam z etatu w teatrze. Pomyślałam sobie, że dużo się dzieje w moim życiu, ale też... już trochę mi się nie chce. Życie jest takie kolorowe, a ja nie chcę widzieć tylko kulis i sceny. Chcę wchodzić w różne kolory i światła, o różnych porach dnia, że tak powiem. Dlatego zajęłam się improwizacją. Mamy grupę Teatr Komedii Foksal i robimy różne spektakle. To jest świetne, bo nie wymaga aż tak intensywnych prób jak w klasycznym teatrze - nie trzeba się wszystkiego uczyć na pamięć od deski do deski.

Czy w takim razie praca przed kamerą pójdzie na bok?
- Absolutnie nie! To wszystko zaczęło się pięknie łączyć. Jesteśmy na etapie przygotowań do nowego filmu. Reżyseruje Michał Grzybowski, ale jeszcze nie mogę za dużo mówić o tym projekcie. To film bardziej wakacyjny, komediowy. Poza tym właśnie skończyliśmy też teatr telewizji - jesteśmy już prawie po wstępnym montażu. Wszystko idzie szybko, intensywnie.
Agnieszka Dulęba-Kasza o rodzinie: "Staramy się w naszym domu budować wszystko na partnerstwie i odpowiedzialności"
Pobyt na festiwalu MFF BellaTOFIFEST jest pracą czy jednak pozwala na chwilę wytchnienia?
- Wiesz co, to jest na pewno wspaniałe, że spotyka się tylu ludzi. To jest odpoczynek, chociaż... jak impreza kończy się o czwartej nad ranem, to jest to raczej odpoczynek z domieszką adrenaliny. (śmiech) Ale w tym roku zabraliśmy na festiwal dzieci - pierwszy raz. Przez to, że tak dużo pracujemy i często gdzieś wyjeżdżamy, uznaliśmy, że ważne, żebyśmy jednak pojawiali się jako rodzice częściej niż rzadziej. Więc zrobiliśmy taki początek wakacji: najpierw Toruń, potem Sopot, a dalej jeszcze kilka innych festiwali. I teraz nie wiemy, czy będziemy podróżować taborem całą rodziną, czy trochę rozdzielimy się i pojeździmy we dwójkę.
To właściwie bardzo fajne - rodzinne wakacje na festiwalu i przy okazji otwarcie dla dzieci trochę innego świata.
- Tak, chociaż one nie do końca to jeszcze doceniają, bo dla nich to codzienność. Pamiętam, jak mieszkaliśmy w Kaliszu, pracowaliśmy wtedy w teatrze, a nasz drugi dom był w Łodzi. One jako małe dzieci były przekonane, że każdy ma dwa domy - i że wszyscy rodzice są aktorami! Pytały inne dzieci: "A gdzie masz swój drugi dom?". (śmiech)
Jak one do tej pory to odbierały, taki styl życia?
- Na początku nie da się tego wytłumaczyć wprost. Ale nasze dzieci wychowywały się w teatrze - dosłownie. Po dwóch tygodniach od porodu wracałam do pracy. Zarówno przy pierwszej, jak i drugiej córce. Bo ja nie potrafię być tylko mamą. To oczywiście piękna rola, ale nie jest dla mnie najważniejsza. Staramy się w naszym domu budować wszystko na partnerstwie i odpowiedzialności - żeby umieć rozmawiać szczerze, ale też pokazywać, że pasja w życiu jest bardzo ważna. To są dzieci, które chodziły między dekoracjami, wiedzą, czym jest scenografia. Teraz malują się na Fridę Kahlo i mówią: "Frida malowała takie obrazy, a tutaj to wygląda jak Manolo, trochę jak Fiona!". One mają ten świat sztuki we krwi.
Sam fakt, że od dzieciństwa wiedzą, kim jest Frida Kahlo, jest naprawdę niezwykły.
- Oczywiście! One wiedziały, kim jest Frida, już jak miały sześć lat. Bo oglądaliśmy razem obrazy, czytaliśmy o niej. Ja bardzo lubię Fridę, więc siłą rzeczy one też to chłonęły. Wiedzą też, kim jest Marina Abramović. To jest takie wychowanie artystyczne - i myślę, że ono naprawdę dużo daje.
Zdecydowanie się z tym zgadzam. A jeśli któraś z córek chciałaby pójść w stronę aktorstwa - byłaby z tego powodu radość w domu czy raczej obawy?
- Wiesz, starsza córka powiedziała mi kiedyś: "Mamo, jak mi w życiu wyjdzie, to będę prawnikiem. A jak mi nie wyjdzie, to zostanę aktorką". (śmiech) Bardzo mnie to rozbawiło. A młodsza ma mnóstwo pomysłów na życie - od tego, że będzie weterynarzem, przez to, że zostanie karateką, bo trenuje, aż po scenarzystkę. Cały czas mówi swojemu ojcu: "Mam dla ciebie scenariusz, zaraz ci go opowiem" - i oczywiście główna rola zawsze przypada jej. (śmiech) Nie wiem, co z tego wyrośnie. Ale Ala już ze mną zrobiła słuchowisko w Empiku - "Spowiedź", reżyserowane przez Martynę Szymańską. To było nasze trzecie wspólne słuchowisko. Ludzie mówią: "Słuchaj, masz przecież córkę, może ona by też zagrała". I rzeczywiście, to się udaje. Klara zagrała ze mną moją córkę w "Napadzie" [w reżyserii Michała Gajdy - przyp. red.] - i naprawdę one są dobre. Jak już wejdą w rolę, to robią to bardzo naturalnie.
Wspaniałe jest to, że same tego chcą. Często jednak zdarzają się problemy z młodymi aktorami, którzy przychodzą na plan i wszystko robią "na siłę".
- Wiesz co, to bardzo zależy od rodziców. Kiedyś robiliśmy teatrotekę "Motyl" i Michał miał wybrane dzieci. Ale to było straszne - zachowywały się jak małe roboty. Uśmiech na komendę, rączki pokazane, tekst wyuczony i wyrecytowany bez życia. I ja mu wtedy mówię: "Słuchaj, weź Alę". A on na to: "Jak to Alę? Przecież to moja pierwsza teatroteka, stresuję się, a jeszcze mam wziąć córkę?!". A ja mu mówię: "Weź ją. Nie umie jeszcze dobrze czytać? To nauczy się na tym scenariuszu". I wziął. Zagrała świetnie. Mamy ten scenariusz do dziś w domu - jej pierwszy. I świetnie pracowała. Latała na linach, była czarownicą. Była zachwycona. Wyszło to naprawdę wspaniale.
Wizja wystąpienia w takiej roli brzmi wręcz jak wymarzone dzieciństwo - takie bajkowo-teatralne.
- Tak to może brzmi, ale nie jestem pewna, czy one to tak odbierają. Bo wiesz, ja się wychowywałam zupełnie inaczej - przy lecznicy weterynaryjnej. Pierwsze cztery lata życia spędziłam u dziadków, a mój dziadek był weterynarzem. Jak teraz o tym myślę, to właśnie to było moje wymarzone dzieciństwo: ogród, zwierzęta, zieleń. I ogromna wrażliwość. Dziadek zawsze mówił: "Ten, kto nie lubi zwierząt, nie jest dobrym człowiekiem". I ja się z tym absolutnie zgadzam.
Podpisuję się pod tym całkowicie. Mam jeszcze jedno, ostatnie już pytanie - MFF BellaTOFIFEST jest sygnowany hasłem "niepokorność". Co dla pani znaczy to słowo?
- Niepokorność to wolność. Dla mnie to coś wspaniałego. Myślę, że ja w ogóle jestem niepokorna z natury. Lubię szukać nieoczywistych rozwiązań - takich, które innym wydają się może dziwne albo głupie. Mam takie zdanie, że tylko martwe ryby płyną z prądem. A żywe - jak łososie - płyną pod prąd, żeby dotrzeć do celu. Nie podobają mi się standardowe rozwiązania. Nie lubię symetrii. Czasem coś ma być krzywo, nielogicznie, po swojemu. Lubię nie negować swojej wyobraźni. Iść za instynktem. Tego nas się często oducza. Bo przecież "tak nie wypada". Ale wiesz co? To stwierdzenie - "nie wypada" - już od dawna nie jest aktualne. Wyrzuciłam je ze swojego słownika. I z głowy.
Zobacz też:
Polska aktorka wraca w głośnej komedii. "Chcemy opowiedzieć coś istotnego"










