"Dziadku, wiejemy!" to film Olgi Chajdas, który celebruje jedną z najpiękniejszych więzi - relację dziadka i wnuczki. Produkcja pokazuje, jak wyjątkowa relacja może odmienić życie całej rodziny i stać się początkiem niezapomnianej przygody. Ta pełna humoru i ciepła opowieść łączy w sobie ducha "Indiany Jonesa" dla młodego widza z głębokim przesłaniem o radzeniu sobie z emocjami, szczerości i zrozumieniu w kontaktach z dziećmi i nie tylko.
"Dziadku, wiejemy!" to także opowieść o niezwykłej podróży, która zaczyna się ucieczką dziadka (Jan Peszek) i jego wnuczki Jagody (debiutująca Anna Nowak) z domu spokojnej starości, a prowadzić ma do Światła Morza - statku, o którym dziadek tyle Jagodzie opowiadał. A że ich śladem - oprócz mamy przerażonej zniknięciem córki (Agnieszka Grochowska), rusza także szajka złoczyńców oraz smok, bohaterowie będą musieli stawić czoła wielu emocjom.
Film był pokazywany podczas tegorocznej edycji Międzynarodowego Festiwalu Filmowego BellaTOFIFEST w Toruniu. Podczas tego wydarzenia mięliśmy okazję porozmawiać z Janem Peszkiem, który odegrał rolę dziadka Jeremiego. W wywiadzie dla Interii aktor opowiedział o kulisach produkcji oraz międzypokoleniowym porozumieniu.
Jan Peszek o filmie "Dziadku, wiejemy!": "To, co nas przeraża, może się stać naszym sprzymierzeńcem"
Paulina Gandor, Interia: Bardzo się cieszę, że możemy porozmawiać o filmie "Dziadku, wiejemy!" na MFF BellaTOFIFEST. Wydaje mi się, że to ciekawy temat - nawet w skali światowej - by pokazać relację między dziadkami a wnukami. To nie jest popularny wątek - znacznie częściej widzimy w filmach relacje rodziców z dziećmi, a przecież te nawiązywane z dziadkami również są wyjątkowa.
Jan Peszek: - Tak, też nie przypominam sobie filmu, który by się na poważnie zajął taką relacją. Te relacje między dziećmi a rodzicami są... powiedziałbym, "programowe", obowiązkowe wręcz - bo są u podstaw wychowania. I przez to najczęściej bywają bardziej skomplikowane. Tymczasem relacja wnuczki z dziadkiem albo wnuka z dziadkiem jest często dużo lżejsza, mniej napięta - bo dziadkowie, choć oczywiście odgrywają dużą rolę, to jednak nie ponoszą już tej bezpośredniej odpowiedzialności za wychowanie, dyscyplinę, edukację... To tworzy zupełnie inny rodzaj więzi. Czasem bardziej serdecznej, czasem bardziej intuicyjnej. I przez to tak mocno potrafi poruszyć.
Dziadkowie dodatkowo też bardzo lubią rozpieszczać.
- Lubią, dokładnie. Bo mają ten komfort, że niczego już nie muszą. A rodzice - nawet podświadomie - mają wpojony obowiązek: zapewnić dziecku jak najlepsze życie, nie popełniać błędów własnych rodziców... i tak dalej. To ogromna presja. Gram teraz w sztuce teatralnej, w której wcielam się w dziecko, i ta sztuka podejmuje właśnie ten temat - że idealne, bezbłędne wychowanie dziecka jest po prostu niemożliwe. Wszystkie terapie, podręczniki, porady... oczywiście czasem pomagają, ale w ograniczonym zakresie. Bo każda relacja - rodzic-dziecko czy dziadek-wnuk - jest szalenie indywidualna.
- Ja sam miałem niezwykle bliską relację z dziadkiem. Zaczęła się, gdy miałem sześć lat i trwała długo. Wtedy oczywiście nie rozumiałem, że dziadek mnie właściwie "edukuje" - ale on przekazywał mi wartości, które do dziś uważam za bezcenne. Ćwiczył we mnie silną wolę, uczył niezależności i odwagi. Był zupełnie bezpruderyjny - a dla mnie, wychowanego w domu ortodoksyjnie katolickiego ojca i bardzo wolnej, niezależnej matki, to było... no, ciekawe doświadczenie. Ich relacja była burzliwa, ale inspirująca. Dziadkowie natomiast byli uosobieniem harmonii. Szczęśliwi, wolni, bez napięć. Stefania i Stefan - do dziś pamiętam, jak pisało się do nich listy: do Stefanostwa. Babcia była z ziemiaństwa pomorskiego, dość chłodna w obejściu, wyniosła - ale dziadek, chłop z pochodzenia, był pełen życia. Uosobienie afirmacji istnienia. Totalna radość. I to jego podejście, ta otwartość - bardzo szybko mnie ukształtowały. Przyjąłem to jako dziecko całkowicie naturalnie. I nie mówię tego, bo to miało jakikolwiek wpływ na moją obecność w obsadzie filmu. Ale ten temat - ta relacja - naprawdę rezonuje ze mną głęboko.
To niezwykłe, że można z kimś nawiązać tak inspirującą więź, która mimo upływu lat wciąż jest ważna i wpływa na życie. Co jeszcze w takim razie urzekło pana w scenariuszu i zachęciło do udziału w filmie?
- Z całą pewnością ta osobista nić, którą sam noszę w sobie - opowieść o moim dziadku i o tym, jak ważna była jego obecność w moim życiu. To był poboczny, ale bardzo silny wątek - i myślę, że to właśnie on sprawił, że ten temat od razu we mnie zarezonował. Bo mój dziadek był po prostu człowiekiem wolnym. Cokolwiek byśmy nie rozumieli przez "wolność" - i nawet jeśli to pojęcie bywa trudne do uchwycenia - to on naprawdę taki był. A sam scenariusz od pierwszego czytania wydał mi się bardzo dobrze skonstruowany. Miał piękną narrację, poruszającą historię i opowiadał o czymś rzadko spotykanym - relacji międzypokoleniowej między dziadkiem a wnuczką. Co więcej, pokazywał ich oboje jako ludzi, którzy z różnych powodów czują potrzebę... ucieczki. Wnuczka - bo dojrzewa, buntuje się, nie czuje się rozumiana w domu. Dziadek - bo czuje się źle traktowany przez rodzinę i źle się czuje w domu spokojnej starości, który z założenia miał mu przynieść spokój. No i do tego dochodzi kwestia jego przeszłości - niezamkniętej, nierozliczonej. Choroba, która nagle zostaje zdiagnozowana, przyspiesza decyzję: to ostatni dzwonek, żeby coś sobie i światu wyjaśnić. I nagle okazuje się, że oboje - niezależnie, tej samej nocy - decydują się na ucieczkę. I spotykają się przypadkiem. A potem ruszają razem w drogę.

- Przygody, które im się przydarzają, to nie tylko fabularne atrakcje - one pokazują, kim naprawdę są, co myślą, jak czują. I, co ważne, nie ma tu taryfy ulgowej - ani wnuczka nie traktuje dziadka jak starego, biednego człowieka, ani dziadek nie infantylizuje wnuczki. To jest dojrzała, partnerska relacja - taka, jaka może się zdarzyć tylko wtedy, kiedy ludzie traktują się poważnie, niezależnie od wieku. To mnie właśnie poruszyło - i to bardzo. Bo tak też staram się funkcjonować w życiu. Mam wnuczkę Zofię - dorosłą już kobietę - i nasza relacja też nie opiera się na czułostkach czy przesadnej trosce. Ale wiemy, że zawsze możemy na siebie liczyć. I to jest coś, co bardzo szybko odczytałem z tego scenariusza. Zresztą to samo dotyczy mojej pracy pedagogicznej. Ze studentami staram się nie budować relacji hierarchicznej, tylko partnerską. Jeśli traktuję ich poważnie, jak równych sobie, to oni automatycznie więcej z siebie dają - a ja mogę więcej od nich wymagać. To się po prostu lepiej sprawdza. I to samo pokazuje ten film - że prawdziwa relacja zaczyna się od wzajemnego szacunku, a nie od wieku, funkcji czy obowiązku.
To również bardzo czuć w tym filmie, taką niespotykaną otwartość w relacji bohaterów.
- Tak, absolutnie. Ta otwartość pojawia się w scenariuszu automatycznie - w języku, w relacjach między postaciami. I co ważne, ten scenariusz jest zupełnie pozbawiony kokieterii. Nie ma tu tej drażniącej maniery, która często pojawia się w filmach o dzieciach - takiego "ulgowego" traktowania, jakby dzieci należało oszczędzać, zmiękczać im świat. Albo co gorsza - jakby dorosły miał obowiązek "przyłożyć oko" do dziecięcej perspektywy, udając, że ją rozumie. To mnie zawsze irytowało. Kiedy oglądałem z moimi dziećmi niektóre filmy, łapałem się za głowę. Dlatego ja od początku stawiałem na coś innego. Moim dzieciom czytałem Schulza, kiedy miały kilka lat. Tak, Schulza. I one to pamiętają do dziś. Nie widziałem sensu, żeby karmić je "Czerwonym Kapturkiem", skoro były gotowe na coś o wiele głębszego.
Czyli kluczem jest tu edukacja od najmłodszych lat, jak i też podejście do niej w sposób świadomy?
- Dokładnie. Nie chodzi o zrozumienie w takim racjonalnym sensie - dzieci intuicyjnie czują o wiele więcej, niż nam się wydaje. One mają niesamowicie bogatą intuicję, tylko my, dorośli, rzadko traktujemy je poważnie. A przecież bardzo często dzieci mają trafniejsze odpowiedzi na pytania, z którymi my się szarpiemy przez całe życie. Wystarczy je uważnie słuchać. I ten scenariusz właśnie to robi. Traktuje dziecko jako pełnoprawnego bohatera, partnera. A jednocześnie daje mu przestrzeń do przeżywania własnych emocji. Pojawia się w filmie smok - piękny, animowany - który najpierw uosabia lęk, coś niebezpiecznego, z czym bohaterka, Jagoda, nie potrafi sobie poradzić. Ale ten smok wcale nie jest tylko zagrożeniem. On jest znakiem ostrzegawczym, sygnałem dla niej samej: "Uważaj, idziesz w złą stronę". I z czasem ten smok staje się przyjacielem. Co więcej - to właśnie on, w finale, pomaga nie tylko jej, ale też jej mamie. Pomaga im się z tych emocjonalnych kłopotów wyplątać.
To bardzo piękna metafora. Bo pokazuje, że to, co nas przeraża, może się stać naszym sprzymierzeńcem - jeśli tylko nie będziemy przed tym uciekać.
A jak pan wspomina relację z Anną Nowak, młodą aktorką grającą w filmie rolę wnuczki? Czy to była taka wymiana - jak mówił pan wcześniej o studentach - "równego z równym"?
- Tak, zdecydowanie. Od razu to poczułem, właściwie już na pierwszym spotkaniu podczas zdjęć próbnych. Spotkałem się wtedy z dwiema dziewczynkami - jedna była już obeznana z kamerą, miała doświadczenie aktorskie, a druga była zupełnie "cywilna". Co więcej, wychowywała się przez jakiś czas w Stanach Zjednoczonych, na Florydzie i miała delikatny ślad innej melodii języka, choć w zupełnie akceptowalnych granicach. Ale nie to było najważniejsze. To, co mnie natychmiast uderzyło, to fakt, że ta dziewczynka - ta, która ostatecznie zagrała - nie miała w sobie absolutnie żadnej taryfy ulgowej. Ani wobec siebie, ani wobec mnie. A to jest bardzo rzadkie. Bo zazwyczaj ta "ulgowość" działa w obie strony - dorośli często traktują dzieci z przesadną czułością, czasem nawet z protekcjonalnością, a dzieci z kolei mają wobec starszych rodzaj emocjonalnej taryfy ulgowej. Tu tego nie było. To było dla mnie bardzo cenne - ona była wymagająca, bezpośrednia, niezwykle czujna. I, co najważniejsze, zupełnie inna niż większość dziecięcych aktorów, z którymi miałem do czynienia. Właśnie dlatego, że nie miała doświadczenia przed kamerą, nie stosowała żadnych wyuczonych chwytów, żadnych mechanizmów grania, które dzieci błyskawicznie chłoną i potem powielają. Ona po prostu była obecna. Żywa. Reagująca. Odpowiadająca. Prawdziwa. I być może właśnie dlatego niektórym może się wydawać surowa, może nawet apodyktyczna - jak na swój wiek. Ale ja uważam, że to jest jej ogromna siła. Taka bezkompromisowość, niezależność, która w tej roli, w tej postaci Jagody, była absolutnie niezbędna.
- Ta relacja nie jest cukierkowa. Nie jest słodka. Jest autentyczna - czasem napięta, czasem trudna, ale dzięki temu wiarygodna i mocna. Myślę, że to właśnie z tej prawdy wynika też siła finału filmu. Bo choć wizualnie mamy piękny obrazek - dziadek odpływa łódką gdzieś w dal - to dla dorosłego widza ten obraz jest bardzo czytelny: on odpływa z życia. Dzieci mogą ten koniec odbierać inaczej, bardziej dosłownie, ale dla dorosłych jest to symboliczne pożegnanie. I ta dwupoziomowość przekazu jest - moim zdaniem - jedną z najcenniejszych rzeczy w tym filmie. A wracając do pytania - czy się zaprzyjaźniliśmy? Nie wiem. Ale na pewno się zaakceptowaliśmy. I myślę, że to było coś więcej niż sympatia. To był wzajemny respekt. Ja - po raz pierwszy w pracy z tak młodą partnerką - poczułem respekt wobec niej. I, jak się potem okazało, ona czuła to samo wobec mnie. To była partnerska, pełnoprawna współpraca. I to właśnie - moim zdaniem - najlepiej świadczy o tej roli, o tym filmie i o niej jako aktorce.
To jest też kluczowe w tej produkcji, że nie ma żadnego rozgraniczenia wiekowego. Niby mówi się, że to film dla dzieci, ale tak naprawdę przesłanie jest dość uniwersalne dla każdego pokolenia. Dziecko, dorosły, osoba starsza - każdy może w tej opowieści odnaleźć.
- Zgadzam się absolutnie. Moja żona, która jest dzisiaj ze mną w Toruniu, ogląda ten film po raz drugi albo trzeci. I właśnie powiedziała, że za każdym razem znajduje w nim nowe tematy, które bezpośrednio ją dotyczą. A przecież jest dojrzałą kobietą, z ogromnym bagażem doświadczeń, z bardzo długą życiową historią. To pokazuje, że ten film zdecydowanie nie jest "tylko dla dzieci". On naprawdę działa na różnych poziomach i w różnych rejestrach emocjonalnych.
Wydaje mi się, że ten film mógłby być nawet wykorzystywany przez nauczycieli, edukatorów filmowych - właśnie jako narzędzie do budowania porozumienia międzypokoleniowego.
- Tak, i to byłoby bardzo wartościowe. Bo często - i to mówię także o sobie - zasłaniamy się schematami, traktując je jak takie nasze podświadome tarcze obronne. Wpadamy w myślenie według kategorii: "to jest film dla dzieci, a tamto dla dorosłych", jakby to były światy nieprzenikalne. A przecież życie tak nie wygląda. A już na pewno nie emocje. Teraz gram w musicalu, który napisała moja córka - oparty na książce, którą sama wcześniej stworzyła, zainspirowana naszą relacją ojca i córki. Ta opowieść czerpie z baśni Andersena "Królowa Śniegu". Córka gra Kaja - chłopca zranionego lodowym okruchem - a ja... gram Królową. Wydawało się to na początku zupełnie absurdalne. Ale dzięki świetnej dramaturżce, która potrafiła wyjść poza konwencje, powstało przedstawienie, które trafia zarówno do dzieci, jak i do dorosłych. I to nie jest "przypadkiem". To zostało tak świadomie skonstruowane - właśnie po to, żeby złamać pewne przyzwyczajenia. Bo sztuka, która przekracza granice i łączy pokolenia, jest - moim zdaniem - absolutnie bezcenna. Pokazuje, że nie musimy żyć w ciasnych ramach: co dla kogo, kiedy i jak. A jednocześnie uświadamia nam, jak często sięgamy po to, co znane i wygodne. A przecież najciekawsze rzeczy - te naprawdę poruszające - zaczynają się tam, gdzie kończy się komfort i zaczyna pytanie: co, jeśli spojrzę inaczej?
A czy w tej konkretnej roli - mimo wieloletniego doświadczenia i obecności na ekranie, deskach teatru - było coś, co okazało się zupełnie nowe? Czegoś się pan o sobie dowiedział, grając postać dziadka?
- Myślę, że każda rola, która niesie ze sobą jakąś wagę, coś odkrywa. Oczywiście pod warunkiem, że nie jest błaha. Ja staram się takich ról unikać - takich, które nie rezonują ze mną wewnętrznie, albo które nie dają mi możliwości, by coś powiedzieć od siebie, przez siebie. I z całą pewnością postać dziadka Jeremiego nie była błaha. Czy dowiedziałem się czegoś nowego? Może niezupełnie - żyję już dość długo i pewne rzeczy noszę w sobie od dawna. Ale ten film potwierdził moje intuicje. Między Jeremim a Jagodą - między dziadkiem a wnuczką - widać pokrewieństwo dusz. Oni w podobny sposób odbierają pewne sygnały, przeczucia, świat. I to właśnie tylko potwierdza moją głęboką wiarę, że wiek nie ma znaczenia dla prawdziwego porozumienia. Że nie chodzi o różnicę pokoleń, ale o to, jak się patrzy na drugiego człowieka. Często zabieramy sobie nawzajem prawo do głosu - tylko dlatego, że ktoś jest młodszy albo starszy. Z góry odbieramy mu kompetencje do wypowiedzi. A przecież często to właśnie dziecko potrafi trafniej odczytać rzeczywistość, głębiej ją poczuć.
- W tym filmie jest kilka takich scen - kiedy Jagoda, kierując się swoją intuicją, ma rację. A Jeremi - choć starszy, bardziej doświadczony - ustępuje. Nie dlatego, że jest słaby, ale dlatego, że wie, że nie warto trwać przy błędzie tylko po to, by mieć rację. To bardzo dojrzałe. Jest w tym filmie scena, którą bardzo lubię. Idziemy razem o zachodzie słońca i naśladujemy mewy - dosłownie: skrzeczymy jak ptaki. To całkowicie irracjonalny, pozawerbalny dialog. I właśnie w tej absurdalnej zabawie dzieje się coś głęboko prawdziwego - porozumienie, które dzieje się poza językiem. I nagle nie ma wieku, nie ma pokoleń - są tylko dwie istoty, które się rozumieją. To potwierdza moje przekonanie, że kategorie wiekowe są wtórne. One są jak półki - czasem bardzo od siebie oddalone - ale jeśli jesteśmy otwarci i wolni w myśleniu, to te półki mogą się spotkać. I wtedy pojawia się coś bardzo czystego. Nie chcę zdradzać za dużo z fabuły, ale w jednej ze scen Jagoda nagle instynktownie wyczuwa, że jej dziadek jest w niebezpieczeństwie. Jeszcze nie rozumie, co dokładnie się dzieje, ale rejestruje zagrożenie. I wtedy staje w jego obronie - niemal jak średniowieczny rycerz. Razem z kolegą, którego spotyka po drodze, tworzą parę obrońców - gotowych na wszystko. I ta ich bezgraniczna lojalność, czystość tej relacji - to coś niezwykle pięknego i poruszającego.
To chyba najpiękniejsze w byciu dzieckiem - ta nieograniczona wyobraźnia, odwaga, brak schematów. Jeszcze nie dotknęły życia tak, by je uformowało, jeszcze nie zdążyły się w nich zakorzenić ograniczenia i schematy, które my - dorośli - już niestety mamy.
- Zdecydowanie tak. To kultura czyni nas więźniami samych siebie. Bardzo często, chcąc sprostać jej oczekiwaniom, zapominamy o sobie. A ten film jest właśnie o tym - że wnuczka, ta mała dziewczynka, uzmysławia dziadkowi, kim naprawdę może być. Przypomina mu, że można być sobą, można się otworzyć. A dziadek w niej dostrzega niesamowity potencjał - na dobrego, świadomego człowieka. I to widać w każdym punkcie tej opowieści. Mam wrażenie, że Olga Chajdas - reżyserka - potraktowała tę historię bardzo serio, bez taryfy ulgowej. Nie infantylizuje dziecka, nie spłyca relacji. To bardzo dojrzałe kino.

Jan Peszek o aktorstwie i odwadze do życia: "Wolność jest absolutnie najważniejsza"
Czy to właśnie jest - według pana - najważniejsze przesłanie tego filmu? Czy może dostrzega pan jeszcze coś innego, na co szczególnie powinno się zwrócić uwagę?
- Tak, to przesłanie jest kluczowe. Ale myślę, że równie ważne jest to, że film łamie bariery - te wszystkie granice wyznaczające, co "wypada", a co "nie wypada". Te podziały są w gruncie rzeczy bardzo ograniczające i zwyczajnie beznadziejne. Bo jeśli podporządkowujemy się im bezrefleksyjnie, to przestajemy być sobą. A przecież bycie sobą - choć trudne - jest absolutnie fundamentalne. Dziś żyjemy w cywilizacji, która czyni z nas więźniów na każdym kroku. To cywilizacja przemocy - nie zawsze widocznej, często ukrytej. I większość ludzi nawet sobie tego nie uświadamia. Ja często mówię moim studentom: waszym najważniejszym zadaniem jest nie zapomnieć o sobie. Macie tworzyć sytuacje, które pozwolą wam poznawać samych siebie - przez siebie samych. Dopiero wtedy, kiedy zaczniemy rozumieć, kim jesteśmy - albo kim moglibyśmy być - przychodzi kolejny, bardzo trudny etap: pogodzić się z tym. Nie próbować być kimś innym.
- W aktorstwie to niezwykle ważne - bo najbogatszym zasobem aktora jest on sam. A tego szkoły aktorskie często nie uczą. Uczą technik, narzuconych wzorców, które należą do kogoś innego. A przecież każdy aktor musi znaleźć własny sposób istnienia, własną reakcję na świat i na drugiego człowieka. I dokładnie tak samo jest międzypokoleniowo. Jeśli naprawdę otworzymy się na dziecko - tak zupełnie serio, z uważnością i szacunkiem - ono odpowie tym samym. Dzieci potrafią myśleć abstrakcyjnie, zaskakująco, kojarzyć rzeczy, na które my już nie wpadamy, bo jesteśmy zablokowani przez te wszystkie "wypada - nie wypada". A przecież nie ma takich reguł. Te klatki, w które sami się zamykamy, tylko nas duszą. A ten film to przypomnienie, że możemy się z nich wyzwolić.
A gdyby miał pan przekazać jedną rzecz młodym osobom - nawet jedno zdanie - to co by to było? Szczególnie, że często kojarzony jest pan ze słowem "wolność", które w kontekście filmu pojawia się nieprzypadkowo.
- Wymaga pani ode mnie czegoś właściwie niemożliwego. Bo gdy moi studenci pytają mnie: "Panie profesorze, jak żyć?", to odpowiadam im: "fajnie". A oni wtedy mówią: "No dobrze, ale co to znaczy fajnie? Co to znaczy odrzucić rzeczy niefajne, żeby było fajniej?" i zaczynamy krążyć. Jeśli jednak miałbym coś zostawić, to powiedziałbym tak: wolność jest absolutnie najważniejsza. Bez niej nie ma sztuki, nie ma autentyczności, nie ma odwagi. I to nie jest tylko idea - to praktyka. To coś, co trzeba w sobie uruchomić i pielęgnować. Mnie uformowała polska awangarda - muzyczna i teatralna. A awangarda zawsze była ruchem wolnościowym. To była przestrzeń, gdzie burzyło się stary porządek, by móc tworzyć coś nowego. Żeby to robić, trzeba mieć odwagę. Nie wolno się bać. To właśnie dała mi awangarda: nauczyła mnie odwagi. Pokazała, że jeśli już się czegoś podejmuję, to muszę wyzbyć się lęku, niezależnie od konsekwencji. Lęk to ostatnie miejsce, w którym może funkcjonować artysta. Kiedy zaczyna tam przebywać, przestaje być twórcą - staje się kimś wewnętrznie uwięzionym. A często po prostu chorym.
"Wyzbyć się lęku" - to ważne, piękne, ale przecież też niejednokrotnie bardzo trudne.
- Tak, ale możliwe. Naprawdę możliwe. W życiu istnieje wiele sytuacji, które mogą nas do tego doprowadzić - do tego pierwszego momentu, kiedy przekracza się strach. I jeśli się to raz uda, choćby w najmniejszym wymiarze - w pracy, w sztuce, w codziennym wyborze - to potem to już się mnoży. To się rozchodzi na inne sfery życia. I nagle okazuje się, że można żyć i działać inaczej. Wolniej, bardziej świadomie, a przede wszystkim - odważnie.
Pojawiła się w naszej rozmowie wolność, odwaga, a ja chciałabym zapytać także o niepokorność, która od lat jest hasłem festiwalu BellaTOFIFEST. Czym dla pana jest to słowo i bycie niepokornym?
- Niepokorność to przejaw wolności. To niepoddawanie się narzuconym systemom, które wymuszają określone zachowania, reakcje, oceny - jednym słowem, wpływom kultury. Człowiek składa się z dwóch sił: natury i kultury, które ze sobą nieustannie walczą. Niepokorność to według mnie niezgoda na to, z czym się nie zgadzam - to działanie według własnych kryteriów.
Ostatnie już pytanie, nieco refleksyjne. Zdarza się panu rozmyślać o tym, jak chciałby pan zostać zapamiętany?
- To może zabrzmieć dziwnie, ale... to mnie zupełnie nie interesuje. W najnowszej sztuce, w której gram, mój bohater mówi coś takiego: "Umrę, może będą coś pisać, może zapomną. Mam to gdzieś". Życie jest właśnie takie - nieapetyczne, ale oparte na apetycie. To ostatnie zdanie to cytat ze scenariusza Scheffera. A jeszcze inną prawdę powiedziała moja babka Stefania: "Janeczku, życie jest wspaniałe i krótkie jak przeciąg". Trzy dni po wypowiedzeniu tych słów odeszła. Ten testament noszę w sercu i nigdy go nie zapomnę. To znaczy, że nie wolno marnować żadnej chwili, zwłaszcza tych dobrych, które życie nam podsuwa. Tych momentów jest bardzo dużo, tylko my często źle je selekcjonujemy - zajmujemy się rzeczami nieistotnymi i wtedy przegapiamy to, co naprawdę ważne. A życie podpowiada nam wiele świetnych rozwiązań. To wymaga pewnej uważności - nie koncentracji, ale uważności.
"Dziadku, wiejemy!", reż. Olga Chajdas, Polska 2025, dystrybutor: Next Film, premiera kinowa: 9 maja 2025 roku.
Zobacz też:
Szczere słowa polskiej aktorki. "Po prostu stawiaj granice. I bądź sobą"










