Nauczyciel Marty Anderson (Chiwetel Ejiofor) jest świadkiem niepokojących zjawisk. W centrum miasta tworzą się ogromne kratery, kawałki Kalifornii są pochłaniane przez ocean, znika światowa sieć internetowa. Staje się jasne, że nadchodzi koniec świata. A jednak jakaś informacja przebija się między kolejnymi wiadomościami o kresie dziejów. To podziękowania dla Chucka Krantza (Tom Hiddleston) za 39 świetnych lat.
Dlaczego na chwilę przed apokalipsą ten niewyróżniający się niczym szczególnym mężczyzna skupia na sobie całą uwagę? I kim jest właściwie Chuck Krantz? Odpowiedź na to pytanie poznajemy w dalszej części filmu. W skrócie – Chuck Krantz był chłopcem, który obejrzał ze swoją babcią na wideo klasykę filmowych musicali. Uczniem, który nauczył swoją szkolną grupę robić moonwalk. Mężczyzną, który dał się porwać chwili, i wraz z nieznajomą odstawił na środku ulicy taniec wszech czasów. Chuck Krantz kochał życie.
Od apokalipsy do afirmacji życia
"Życie Chucka" jest adaptacją noweli Stephena Kinga, natomiast za jego kamerą stanął Mike Flanagan. Po osobach autorów można odnieść wrażenie, że szykuje nam się horror. Nic z tych rzeczy. Historia Krantza jest, mimo początkowej katastrofy, Kingiem spod znaku "Stań przy mnie". Z kolei dla Flanagana, który od paru lat uchodzi za mistrza ekranowej grozy, to pierwszy film w nieco bardziej optymistycznym wydaniu. Chociaż "Życie Chucka" zaczyna się od końca świata, jego istotą jest afirmacja krótkiego czasu, jaki dano nam na Ziemi. Mimo kolejnych bolączek i tragedii, które na nas spadają.
Historia Marty’ego jest zaledwie wstępem do dziejów Chucka. Oczywiście w dalszej części narracji małe elementy zasygnalizowane w otoczeniu nauczyciela, pozornie bez znaczenia, zaczynają się spinać w jedną całość z losami Krantza. Nie zmienia to jednak faktu, że prolog rozciągnięty do rozmiarów pierwszego rozdziału cierpi na duże problemy z tempem. Chcielibyśmy przejść już do właściwej historii, tymczasem zagłębiamy się w rozpad świata Andersona. W oryginale Kinga także był on rozbudowany, ale na ekranie takie prowadzenie fabuły po prostu się nie sprawdza. Inna sprawa, że być może mamy do czynienia z materiałem niemal niemożliwym do sprawnego przeniesienia na język filmu – bo w kontekście całości trudno cokolwiek wyciąć z części, której głównym bohaterem jest Marty.
Nutka horroru
Na szczęście później jest o wiele lepiej, a Flanagan znajduje swój rytm. Fenomenalnie wypada miniatura z tańcem na ulicy. Z kolei losy młodego Chucka ujmują świetnym uchwyceniem młodzieńczego rozdarcia – między entuzjazmem gotowym na podbój świata i strachem przed zrobieniem czegoś wstydliwego. A także sportretowaniem pasji, która pomaga przejść przez najgorsze życiowe zawirowania.

Oczywiście King i Flanagan nie zapominają zupełnie o swoim horrorowym rodowodzie. Jest kilka momentów, gdy ciśnienie się podnosi, a na twarzach widzów pojawia się grymas niepokoju. Reżyser umiejętnie wplata w narrację te zmiany tonacji, które tylko podbijają stawkę. Tak jest między innymi w scenie, w której Chuck, wbrew zakazom dziadka (fenomenalny Mark Hamill) decyduje się zajrzeć do zawsze zamkniętego pokoju na poddaszu.
Chcę tańczyć z Tomem Hiddlestonem
Niektórych może zniechęcić naiwność i nachalny optymizm "Życia Chucka". Niemniej, taki miał właśnie być ten film – wskazujący na dobre momenty, gdy cały świat się wali, a przyszłość wydaje się niepewna. Wydaje się, że jest to czas, gdy szczególnie potrzebujemy takich opowieści. Poza tym przepraszam bardzo, ale gdy Tom Hiddleston odstawia swój "La La Land", to chcę tańczyć razem z nim.
7/10
"Życie Chucka" (The Life of Chuck), reż. Mike Flanagan, USA 2024, dystrybucja: Monolith Films, premiera kinowa: 1 sierpnia 2025 roku










