Za reżyserię i scenariusz filmu "Ella McCay", który od kilku dni można oglądać na platformie Disney+, odpowiada James L. Brooks. Spod jego ręki wyszła kultowa produkcja z Jackiem Nicholsonem w roli głównej - "Lepiej być nie może". Wyreżyserował także "Telepasję" oraz "Trudne słówka". Tamte filmy, w przeciwieństwie do jego najnowszego dzieła. można bez wahania nazwać udanymi, a z perspektywy czasu wręcz kultowymi. Niestety, "Ella McCay" nie ma najmniejszych szans dołączyć do tego grona.
"Ella McCay": plejada gwiazd w naprawdę kiepskim filmie
Akcja rozgrywa się w 2008 roku. Tytułowa Ella McCay (Emma Mackey) w jednej chwili trafia na sam szczyt politycznego świata, niespodziewanie obejmując stanowisko gubernatora swojego stanu. Z dnia na dzień musi odnaleźć się w nowej roli i zmierzyć z ogromną presją, a także małym skandalem obyczajowym. Równolegle rozwija się wątek rodzinny: relacje z bliskimi, dawnymi współpracownikami i partnerem zaczynają się komplikować, gdy życie prywatne coraz boleśniej zderza się z bezwzględną rzeczywistością polityki. To, co miało być spełnieniem marzeń, szybko okazuje się próbą charakteru.
U boku znanej z serialu "Sex Education" Emmy Mackey wystąpiła plejada gwiazd. Jamie Lee Curtis wciela się w postać ciotki Elli, Helen McCay. Jack Lowden gra męża bohaterki, Ryana Newella. Z kolei Woody Harrelson wciela się w ojca Elli, Eddiego McCaya. Patrząc na te nazwiska aż trudno uwierzyć, że tak znane twarze zgodziły się zagrać w tak złym filmie, jakim jest "Ella McCay".
"Ella McCay" zawodzi niemal w każdym elemencie
Głównym problemem "Elli McCay" jest potężny chaos scenariuszowy. Film próbuje jednocześnie opowiedzieć o politycznej karierze bohaterki, jej życiu rodzinnym, nierozliczonych traumach z przeszłości, a wszystko to podane jest w dziwnie ironicznym, często wymuszonym tonie. Obraz w reżyserii Brooksa sprawia wrażenie filmu dla nikogo, bo nie potrafi zdecydować, czym właściwie chce być. To jednocześnie dramat rodzinny, komedia i kino polityczne, ale żaden z tych elementów nie wybrzmiewa w pełni. Konflikty ledwie zarysowane, a poszczególne wątki niespodziewanie się urywają. W rezultacie zamiast wielowymiarowej opowieści dostajemy bardzo powierzchownie potraktowaną i poszarpaną fabularnie historię.
Kolejnym elementem, który potrafi przyprawić o ból głowy, jest nieznośna gra aktorska Emmy Mackey. To raczej wina scenariusza, a nie braków warsztatowych gwiazdy "Sex Education", bo talentu odmówić jej nie można. Problem w tym, że jej Ella ma właściwie jedną cechę osobowości: neurotyczność. Niezależnie od sytuacji pozostaje taka sama, jednowymiarowa. Choć film pokazuje wiele relacji i konfliktów, nie daje bohaterce przestrzeni na różne odcienie. Wszystko grane jest jednym tonem, który z czasem zaczyna ocierać się o karykaturę.
Niestety, filmu nie ratuje też obecność pozostałych gwiazd. Próbuję znaleźć jakiekolwiek wyraźne pozytywy "Elli McCay", ale nie jest to łatwe zadanie. Być może wątek relacji Elli z ojcem niesie w sobie pewien ładunek emocjonalny, jednak w momencie, gdy zaczyna się rozwijać, widz jest już zwyczajnie zmęczony narracyjnym chaosem. Wtedy nawet potencjalnie poruszające sceny przestają cokolwiek znaczyć.
4/10
"Ella McCay", reż. James L. Brooks, USA. Data premiery na Disney+: 5 lutego 2026 r.












