"Superman": heros w czasach niepewności
Już od pierwszych minut filmu jest jasne, że nie będzie to klasyczna opowieść o Supermanie. James Gunn w nowym, stworzonym od podstaw uniwersum DC, świadomie rezygnuje z historii o upadku Kryptona i nie celebruje odkrywania supermocy, a zamiast tego serwuje opowieść, w której bohater upada, by móc się odrodzić. Jak się możecie domyślać, to odrodzenie nie będzie łatwe.
David Corenswet, znany z ról w "Pearl" czy "Twisters", w tytułowej roli sprawdza się znakomicie. Jego Superman to postać zbudowana z kontrastów: z jednej strony klasyczny heros - spokojny, szlachetny, opanowany, z drugiej - zagubiony imigrant, który nie wie, co znaczy być sobą, kiedy od dziecka mówi mu się, kim powinien być. Z kolei Clark Kent to w jego wykonaniu błyskotliwy, ale nieco niezdarny dziennikarz. Taki, którego chce się przytulić, a nie tylko podziwiać.
Na tle tej nieoczywistej postaci wyraźnie błyszczy Rachel Brosnahan jako Lois Lane. To już nie tylko obiekt uczuć, ale równoprawna partnerka - inteligentna, ostra, ironiczna. Jej relacja z Clarkiem to jeden z najmocniejszych punktów filmu. Dialogi iskrzą, ale to, co najważniejsze, dzieje się między słowami, w spojrzeniach, zawahaniach, w intymności czyniącej z nich parę z problemami. I to właśnie wspólna batalia o sens, prawdę i odpowiedzialność staje się osią emocjonalną filmu.
Największym zaskoczeniem Lex Luthor, show kradnie pies Krypto
A jednak największym zaskoczeniem okazuje się Nicholas Hoult jako Lex Luthor. James Gunn zrezygnował z karykatury złoczyńcy i dał nam antybohatera na miarę XXI wieku. Luthor w jego wersji to narcystyczny technokrata, chłodny demiurg z ambicjami mesjańskimi. Nie grozi światu bronią jądrową, on chce go "uratować" według własnej wizji. Hoult gra go z ironiczną elegancją, balansując na granicy szaleństwa. To postać bardziej przerażająca niż wielu dotychczasowych superłotrów, bo aż nazbyt znajoma. W czasach, gdy miliarderzy wysyłają rakiety w kosmos i chcą zbawiać świat za pomocą algorytmów, Luthor staje się figurą naszych niepokojów.
Ostatecznie całe show kradnie pies Krypto. To on jest najzabawniejszym ekranowym pupilem od czasów Groota. Nie tylko bawi, symbolicznie przypomina też, że "bycie super" nie wyklucza bycia blisko swojego ukochanego partnera.
"Superman": co dziś znaczy być bohaterem?
W warstwie wizualnej Gunn (wyreżyserował m.in. film "Strażnicy Galaktyki" i jego sequel oraz "Legion samobójców: The Suicide Squad") wraca do estetyki klasycznego komiksu - stylizowane kadry, intensywna kolorystyka, cytaty z przeszłości: muzyczne nawiązania do Johna Williamsa, laserowe napisy z lat 70., cameo syna Christophera Reeve’a, czyli pierwszego Supermana.
Całość osadzona jest w nostalgicznej konwencji. Przy czym reżyser nie zatrzymuje się na powierzchni. Pod nią zadaje pytania: co dziś znaczy być bohaterem? Czy w świecie fake newsów i manipulacji medialnej czy politycznej można w ogóle mówić o "prawdzie"? Czy Superman powinien być wybawcą czy raczej liderem? Albo po prostu: sobą?
Ten wymiar polityczno-filozoficzny bywa wciągający, choć nie zawsze spójny. Gunn, twórczo odważny, chce powiedzieć w jednym filmie bardzo dużo: o wojnie, o tożsamości, o manipulacji informacją, o odpowiedzialności i kryzysie świata. Momentami ten nadmiar ciąży. Szczególnie widać to na przykładzie geopolitycznego wątku fikcyjnych państw Boravia i Jarhanpur. Inspirowany współczesnymi konfliktami miał być komentarzem, jest raczej teatralnym tłem. Zbyt wygodnym, by poruszać. Zbyt przeładowanym, by działać.
Czy nowy "Superman" okazuje się sukcesem? Na pewno jest to świetne widowisko, film aktorsko radzi sobie bardzo dobrze, zdecydowanie gorzej, jeśli chodzi o historię, bo tutaj zgrzyty się zdarzają. Ale trzeba to powiedzieć głośno: James Gunn nie poszedł na łatwiznę. Zadaje pytania o człowieka z nadludzkimi mocami, który nie wie, czy powinien być zbawcą czy zwykłym obywatelem.
7/10
"Superman" , reż. James Gunn, USA 2025, dystrybutor: Warner Bros., premiera kinowa: 11 lipca 2025 roku.












