Pożegnanie ukochanych bohaterów
Autorem scenariusza, podobnie jak w przypadku dwóch poprzednich części, jest twórca serialu i osoba, która stworzyła ten świat, czyli Julian Fellowes. Któż inny mógłby pożegnać bohaterów z takim ciepłem i nostalgią, jakich doświadczamy w "Wielkim finale". Trochę szkoda, że nie zawitamy już do Downton Abbey, bo z każdą częścią te wizyty były coraz ciekawsze i bardziej absorbujące. Wszystko jednak kiedyś się kończy, o czym przekonują się także bohaterowie. Tym starszym na czele z seniorem rodu Robertem Crawleyem (Hugh Bonneville) i odchodzącym na emeryturę kamerdynerem Carsonem (Jim Carter), przychodzi to z nieco większym trudem. Młodsi, pod batutą dziedziczącej zarządzanie posiadłością Lady Mary Talbot (Michelle Dockery), zdają się rozumieć i są pogodzeni ze zmierzchem arystokratycznego świata.
Lata 30. XX wieku, kiedy rozgrywa się akcja filmu, to czas zmian. Także tych obyczajowych, na czym Fellowes w dużej mierze oparł fabułę. Wystarczy raptem jedno słowo, by salony towarzyskie wyższych sfer zapłonęły. Tym słowem jest "rozwód", pojęcie, które najwyraźniej w tej pełnej hipokryzji rzeczywistości nie istnieje. Samo wypowiedzenie go sprawia, że damy w eleganckich sukniach niemalże mdleją z oburzenia, a starsi mężczyźni odbierają prawo do publicznych wystąpień.
Konsekwencją jest nie tylko wyproszenie z balu czy odwołana kolacja, ale przede wszystkim towarzyski ostracyzm. Zmierzyć się z nim musi zarówno Lady Mary, bo to ona poważyła się na niedopuszczalny w tej społeczności krok, ale i cała rodzina Crawleyów, dostając niejako rykoszetem. W dodatku po raz kolejny mierzyć się muszą oni z problemami finansowymi, które tym razem "zawdzięczają" głównie wujkowi z Ameryki (Paul Giamatti). Ciężki los arystokraty.
"To ludzie tak mieszkają"?
Muszę przyznać, że obserwowanie tego, jak familia jest nieprzygotowana do nowej rzeczywistości, jest całkiem zabawne. Zwłaszcza to zdziwienie, wręcz niezrozumienie, jakie rysuje się na twarzach, kiedy wychodzi na to, że mogą stracić większość swoich szlacheckich przywilejów, a hierarchia, jaką przez tyle lat budowali, może odejść do lamusa. Trudno dopuścić im w ogóle do siebie myśl, że w ich londyńskiej kamienicy, której już nie dają rady w całości utrzymać, mogą mieć innych niż rodzina lokatorów. "To ludzie tak mieszkają?!" - pada z ust seniora rodu Crawleyów.
Wisienką na torcie jest natomiast obraz poczucia paniki związanej z refleksją, że mogą już nie mieć służby, przez co m.in. będą musieli sami dla siebie gotować. Fellowes, do spółki z reżyserem Simonem Curtisem, dworują sobie z bohaterów w najlepsze, choć to raczej serdeczne żarty - pełne ciepła i sympatii, a nie krytyka.
Fabuła "Wielkiego finału" zmierza do jeszcze jednej, być może najważniejszej części, jaką jest wspomniane już pożegnanie bohaterów filmowej trylogii "Downton Abbey". Stąd w posiadłości Crawleyów sukcesywnie pojawiają się postaci, które w tym świecie odegrały mniejszą lub większą rolę. Począwszy od kolejnych członków rodziny, a do małych ona nie należy, przez służbę i ich bliskich, po gwiazdę filmową Guya Dextera (Dominic West). Brakuje tylko Maggie Smith, znakomitej brytyjskiej aktorki, od początku związanej z produkcją. Domknięcie trylogii to również wzruszające pożegnanie i hołd oddany zmarłej w 2024 roku ikonie kina.
7/10
"Downton Abbey: Wielki finał" (Downton Abbey: The Grand Finale), reż. Simon Curtis, Wielka Brytania, USA 2025, dystrybutor: UIP, premiera kinowa: 12 września 2025 roku.












