Reklama

"Ostatni pojedynek": Artystyczny blockbuster [recenzja]

Jodie Comer w filmie "Ostatni pojedynek" /Patrick Redmond © 2021 20th Century Studios. All Rights Reserved. /materiały prasowe

Ridley Scott wielokrotnie udowadniał, że świetnie radzi sobie z opowiadaniem kobiecych historii. Jeśli kochacie Ellen Ripley, Thelmę i Louise czy G.I. Jane, to już powinniście rezerwować bilet na świetny "Ostatni pojedynek".

Przepis na film według Ridleya Scotta? Odległa przeszłość, toksyczna męskość, jednostka musząca walczyć o szacunek i przetrwanie i zło, które zatruwa umysły politycznych przywódców. Właśnie z tego składa się ekranizacja książki Erica Jagera, do której scenariusz napisali Nicole Holofcener, Matt Damon i Ben Affleck. Składniki są może i dobrze znane, ale 83-letni reżyser doskonale wie, jak złączyć je tak, by powstało imponujące widowisko z wciągającą historią.

W "Ostatnim pojedynku" przenosimy się 1200 lat po wydarzeniach z "Gladiatora". Jest XIV wiek. W Normandii rycerz Jean de Carrouges (Matt Damon) bierze za żonę Marguerite (Jodie Comer). Ich małżeństwo do bajkowych nie należy - Jeanowi w głowie głównie wojny, a pod jego nieobecność żona musi radzić sobie z nudą i wredną teściową. Problemem jest też to, że para nie ma dziecka. Wszystko to jednak szybko okaże się nie mieć żadnego znaczenia. Koszmar zaczyna się w następstwie zainteresowania, jakim urodziwy giermek Jacques Le Gris (Adam Driver) obdarza Marguerite. Choć kobieta broni się przed jego atencją, Le Gris nie przyjmuje odmowy. Dopuszcza się brutalnego gwałtu.

Reklama

Jesteśmy w czasach, gdy fizyczne napastowanie kobiety zamiatało się pod dywan. A jednak Marguerite dopomina się sprawiedliwości. Informuje o wszystkim męża i razem składają donos do króla, który wyraża zgodę na tytułowy pojedynek na śmierć i życie. Zdaniem ówczesnych Bóg w takich sytuacjach zachowuje przy życiu tyko tych, którzy mówią prawdę. Jeśli wygra de Carrouges, to pomści żonę i siebie. Jeśli zaś zginie, to w męczarniach umrze również Marguerite, bo taka jest kara za kłamstwo.

Ridley Scott kapitalnie buduje napięcie towarzyszące oczekiwaniu na pojedynek. Pierwszy i drugi akt jego filmu jest niemal pozbawiony spektakularności. Większość akcji dzieje się w ciasnych komnatach i przy obecności małej liczby ludzi. Ta powściągliwość przynosi wymierny efekt, bo widz może poznać lepiej postaci, związać się z nimi emocjonalnie i skupić się na historii. A ta opowiadana jest z punktu widzenia każdego z trzech bohaterów.

Choć patrzymy na te same wydarzenia, to twórca zmienia perspektywę tak, że wydźwięk jest znacząco inny. Gdy oglądamy gwałt oczami Le Grisa, to ucieczka Marguerite do sypialni wygląda jak prowokacja i zaproszenie do dalszej zabawy. Dopiero gdy patrzymy tak jak ona, przekonujemy się, że w rzeczywistości przeżywa horror. Uznanie reżyserowi należy się za to, że chociaż jasno pokazuje, że oprawca mógł źle zinterpretować wysyłane mu sygnały, to nigdy go nie broni. Predator pozostaje predatorem. Co ciekawe, "Ostatni pojedynek" nie jest filmem, w którym bohaterowie podzieleni są na dobrych i złych. Jean de Carrouges wcale nie jest od Le Grisa lepszy. Sam gwałci swoją żonę - różnica polega na tym, że nie może go za to spotkać żadna kara, bo prawa kobiet w świecie przedstawionym nie istnieją.

Scott co rusz przypomina nam, w jak mizoginicznej rzeczywistości jesteśmy. "Gwałt nie jest zbrodnią na kobiecie, tylko na mężczyźnie, który wziął ją za żonę" - powie w czasie spowiedzi ksiądz. "Myślisz, że mnie za młodu nie gwałcili? Zagryzłam zęby i żyłam dalej" - doda teściowa. "To jej wina! Powiedziała, że Le Gris jest przystojny!" - zezna z kolei przeciwko Marguerite jej niedawna przyjaciółka. Trudno oglądać "Ostatni pojedynek" bez słusznego gniewu - na system, patriarchat, religie. I trudno nie dopatrywać się w nim komentarza do współczesności.

Marguerite, która decyduje się zeznawać przeciwko Le Grisowi, choć wszyscy jej to odradzają, przypomina protoplastkę #MeToo. Scott podziwia jej odwagę, ale nie daje się jej uwieść - jego film nie jest pomnikiem usypanym Marguerite de Carrouges. Priorytet ustawiony jest na jej historii, która opowiedziana jest z werwą i odpowiednim naciskiem na widowisko. Apogeum tego ostatniego następuje oczywiście w scenie pojedynku, który nakręcony jest rewelacyjnie dzięki niesamowitym zdjęciom Dariusza Wolskiego. Kamera jest ustawiona tak, jakby była stroną w pojedynku. Efekt jest magnetyzujący.

Ridleyowi Scottowi udało się więc po raz kolejny pożenić ogień z wodą. Jego film to świetna rozrywka z aktualnym i ważnym przesłaniem. Słowem: artystyczny blockbuster.

8/10

"Ostatni pojedynek" (The Last Duel), reż. Ridley Scott, USA 2021, dystrybutor: Disney, premiera kinowa:15 października 2021 roku.

INTERIA.PL
Dowiedz się więcej na temat: Ostatni pojedynek

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje