Smagane morską bryzą kino drogi z Gillian Anderson i Jasonem Isaacsem w rolach wędrowców po brytyjskim wybrzeżu. Co za widoki! Jako widz chcę dołączyć do tej wyprawy, chociaż na Wyspach nie obyło się bez skandalu, w bardzo brytyjskim stylu.
Na pewno nie chciałabym znaleźć się w sytuacji życiowej, w której wylądowali Raynor (Gillian Anderson) i Moth (Jason Isaacs), bohaterowie "Ścieżek życia". Co innego wyprawa, w którą wyruszają. Tej im po prostu zazdroszczę. Całą sobą. Bardzo! Tym bardziej, że szłam fragmentami szlaku, który wybierają i mam nadzieję, że kiedyś znowu na nim stanę. Póki co cieszę się widokami, które oni podziwiają okiem kamery prowadzonej przez Hélène Louvart. Aktorzy, autorka zdjęć, reżyserka Marianne Elliott i scenarzystka Rebecca Lenkiewicz zapraszają nas do świata pełnego słabości, ale i siły, naturalnie szczerego, prostego. Ludzkiego, bo przecież ludzką rzeczą jest upadać i wstawać.
Powiedzenie "szczęście w nieszczęściu" tylko częściowo odpowiada brytyjskiemu "blessing in disguise"; dosłowne tłumaczenie: "błogosławieństwo w przebraniu" brzmi marnie. Ale to te słowa najlepiej oddają sytuację Raynor i Motha. Błędna decyzja z przeszłości doprowadza ich, parę farmerów, do bankructwa i utraty wszystkiego, na co zapracowali, co posiadali i stworzyli, w tym wyremontowanego własnymi rękoma domu.
Małżonkowie nie mogą pomóc dorastającym dzieciom. Nie mogą pomóc sami sobie. W dodatku u Motha lekarze diagnozują rzadką chorobę neurologiczną z marnymi rokowaniami, za dobrymi jednak dla pomocy społecznej. Skoro Moth nie umrze w ciągu roku, to na mieszkanie może poczekać dwa lata - dowiadują się w urzędzie. Do dyspozycji mają tylko zasiłek: 40 funtów tygodniowo dla dwóch osób (czyli po niespełna 100 złotych na głowę).
Gdy do drzwi puka policja z nakazem eksmisji, wpadają w panikę. I na jeden szalony pomysł: wyprawę South West Coast Path. Najdłuższy szlak turystyczny w Wielkiej Brytanii, liczący około 1000 kilometrów kusi nie tylko malowniczymi pejzażami, ale szansą na pomyślenie co dalej. Nie mają pieniędzy, dachu nad głową, ale mają siebie, namiot, lekkie śpiwory, turystyczną kuchenkę gazową z garnuszkiem i przewodnik Paddy’ego Dillona. Doświadczenie w marszrucie, cóż: zerowe, nie licząc jednodniowej wycieczki, którą odbyli gdy mieli po 20 lat. Teraz bliżej im do 60-tki. Wsiadają do autobusu i wchodzą na szlak. Idą... idą... idą. I jak ja bardzo bym z nimi iść chciała.
"Ścieżki życia" to historia oparta na prawdziwej historii (o tym jeszcze za chwilę), spisanej przez samą Raynor Winn i wydanej pod tytułem "The Salt Path" (w Polsce: "Dzika cisza", wyd. Marginesy, 2023).
Nie pierwszy to raz, kiedy kino drogi sięga po wspomnienia piechurów i piechurek, którzy w sytuacji kryzysowej zostawiają za sobą wszystko: dobytek, znajomych i cywilizację, i wkraczają na teren głuszy i nieznanego. Zrobiła to brawurowo Reese Whiterspoon w "Dzikiej drodze" Jean-Marca Vallée na podstawie pamiętników Cheryl Strayed. W towarzystwie wielbłąda i psa zrobiła to też Mia Wasikowska w "Ścieżkach" Johna Currana według przeżyć Robyn Davidson. Przez zniszczony świat kroczy Viggo Mortensen w wyreżyserowanej przez Johna Hillcoata adaptacji poruszającej "Drogi" Cormaca Mccarthy’ego. Bałtycką plażą w środku zimy maszerują bohaterowie filmu Marii Zbąskiej "To nie mój film", para w środku kryzysu w związku. Dopiero co na ekranach naszych kin trafił rewelacyjny "Camper" Łukasza Suchockiego o czworgu przyjaciół, którzy ruszają camperem przez Europę.
Osobiście kocham takie kino, takie opowieści. Lubię chodzić i lubię też chyba patrzeć, słuchać i czytać jak chodzą inni. W drodze, nie odkrywam tu Ameryki, jest przecież siła. To czas, który pozwala myślom uciec od codziennego bombardowania bodźcami. Trzeba myśleć o kroku, można chłonąć to, co dookoła. To z kolei pozwala na reset myśli, uczuć, introspektywne spojrzenie wgłąb siebie, bez ciężaru terapeutycznej analizy, a jednak terapią będące. Nie dadzą tego żadne wakacje "all-inclusive". Trzeba z drogą zmierzyć się samemu. Nie zawsze musi ona mieć 1000 kilometrów, ale warto, żeby wymagała jakiegokolwiek wysiłku fizycznego. Tylko tak można zostać "osolonym", odkryć siebie na nowo.
W "Ścieżkach życia" droga jest momentami ekstremalna. Raynor i Moth walczą z żywiołami. Smaga ich wiatr, niskie temperatury, ulewy, fale porywają im namiot, lokalsi nie przebierając w słowach przypominają, że szlak to nie biwak. Są głodni, bo z 40 funtami można kupić herbatę, dwa razy ją zaparzyć, ale gdy na koncie zostaje funt, pensów 37, zaczyna być trudno... Ale idą dalej, bo i tak nie mają dokąd wrócić. Przede wszystkim muszą się wyciszyć i przepracować w swoich głowach i sercach stratę dawnego życia. Wiedzą, że do niego powrotu nie ma.
Czy my widzowie, razem z nimi przeżyjemy catharsis, doznamy jakiegoś olśnienia? Kto wie? Na pewno wyprawa Raynor i Motha może inspirować i nie dziwię się, że w projekt zaangażowała się Gillian Anderson. Czy trzeba pisać, że jest wspaniała: z potarganymi włosami, cerą pokiereszowaną pogodą, grymasami traumy, której doświadcza jej bohaterka? Wydaje się to oczywiste przy aktorce, która zasłynęła "po hollywoodzku" - rolą w "Z Archiwum X", ale która też od lat konsekwentnie wybiera nietuzinkowe propozycje na ekranie i w teatrze. Z daleka od blichtru i blasku jupiterów i czerwonych dywanów - skały klifów i ścieżki przez pastwiska bardzo do niej pasują. Razem z Jasonem Isaacsem swoją charyzmą potrafi przykryć pewne niedociągnięcia filmu. Jest on chwilami zbyt ckliwy, zbyt gładki może, najsłabiej wypada w scenach poza szlakiem, ale zarazem jest w nim sporo czułości, delikatności. Ten szlak i ta dwójka - przegrali, ale życie trwa.
Tu pojawia się pewien zgrzyt. Na Wyspach "Ścieżkom życia" towarzyszy skandal. Najpierw premierze towarzyszył zachwyt, ale od jakiegoś czasu mówi się o czym innym. Ważnym elementem książki i filmu jest miejsce, z którego zaczynają bohaterowie. Wygląda, że mają pecha, są niewinni, co szybko budzi sympatię wobec nich. Tymczasem mniej więcej od wakacji media angielskie rozpisują się o tym, że to jedno wielkie kłamstwo. Padają mocne oskarżenia.
Dziennikarka Chloe Hadjimatheou w artykule "The real Salt Path: how a blockbuster book and film were spun from lies, deceit and desperation" ("Prawdziwa historia 'Ścieżek życia': jak z kłamstw, oszustw i desperacji narodził się książkowy i filmowy przebój") dla "Observera" podważa wiele informacji przedstawionych w kinie i pamiętnikach Raynor. Twierdzi, że Winn nie jest prawdziwym nazwiskiem kobiety. Pojawiają się wątpliwości dotyczące stanu zdrowia Motha. Telewizja Sky nakręciła dokument "The Salt Path Scandal", podobny w tonie.
Nic z tych doniesień nie brzmi dobrze. Czy przekreśla jednak sam film? Niszczy jego przesłanie? Może ktoś powinien nakręcić inną historię, kolejny odcinek w serialu "Skandal w brytyjskim stylu"? A "Ścieżki życia" trzeba pozostawić tym, czym są. Nadzieją. Inspiracją. Prawda ekranu niemal zawsze mija się w mniejszym lub większym stopniu z prawdą życia. Jednocześnie o tej prawdzie życia potrafi powiedzieć bardzo dużo. Tak więc raz jeszcze: za nic nie chciałabym się znaleźć w sytuacji bohaterów (nie wnikając w to, co wydarzyło się u prawdziwych Raynor i Motha). Ale marszruta klifami. Sprawdzę, czy da się zdobyć gdzieś przewodnik Paddy'ego.
7/10
"Ścieżki życia" (The Salt Path), reż. Marianne Elliott, Wielka Brytania 2024, dystrybutor: Gutek Film, premiera kinowa: 2 stycznia 2026 roku.