Reklama

"Doktor Strange w multiwersum obłędu": Wyczaruj mi horror [recenzja]

Benedict Cumberbatch w filmie "Doktor Strange w multiwersum obłędu" /Walt Disney Co./Courtesy Everett Collection /East News

Największą obawą przed seansem nowych przygód Doktora Strange’a była możliwość wykorzystania konceptu multiwersum - czyli sieci alternatywnych rzeczywistości, zamieszkiwanych przez różne wersje bohaterów Marvela - do wysypu mniej lub bardziej cieszących fanowskie serduszko epizodów. W mediach społecznościowych co chwilę pojawiały się pękające od znanych nazwisk fałszywe listy płac. Na szczęście we właściwym dziele oszczędzono nam takich atrakcji. "Multiwersum obłędu" jest przede wszystkim skupione na dwójce głównych bohaterów, a dzięki sprawnej reżyserii Sama Raimiego okazuje się najlepszą odsłoną czwartej fazy Kinowego Uniwersum Marvela (MCU). Niemniej mam kilka "ale".

Pretekstem do skakania po alternatywnych światach jest pojawienie się Ameriki Chavez (Xochitl Gomez) - energicznej nastolatki, zdolnej do otwierania przejść między wymiarami. Ktoś ją ściga, by ukraść jej moce - a te w niepowołanych rękach oznaczają ogromne kłopoty. Ponieważ cała sprawa pachnie silną magią, Doktor Strange (Benedict Cumberbatch) prosi o pomoc Wandę Maximoff (Elizabeth Olsen) - dawną Avengerkę, która dochodzi do siebie po wydarzeniach z serialu "WandaVision". Międzywymiarową przygodę czas zacząć.

Reklama

"Doktor Strange w multiwersum obłędu": Najbrutalniejsza odsłona Kinowego Uniwersum Marvela

Początkowo "Multiwersum obłędu" miał zrealizować Scott Derrickson, twórca pierwszej części "Strange’a". Z powodu różnic kreatywnych opuścił on jednak stołek reżyserski, a jego miejsce zajął Sam Raimi. Fanom kina superbohaterskiego to nazwisko nie może być obce. Raimi dał nam trylogię Spider-Mana z Tobeyem Maguire’em w roli głównej, której dwie pierwsze odsłony były kamieniami milowymi dla gatunku (o trzeciej może zapomnijmy). 

Przygodom aroganckiego maga bliżej jednak do innych dzieł reżysera - dokładniej "Martwego zła" i "Wrót do piekieł". Raimi opowiada językiem horroru, wykrzywiając perspektywę, wędrując kamerą w głąb bohaterów, strasząc prostymi jump scare’ami oraz naginając kategorię wiekową PG-13 do granic przyzwoitości. W filmie nie ma efektów gore, ale nie dajcie się zwieść - to bez wątpienia najbrutalniejsza odsłona Kinowego Uniwersum Marvela, w dodatku okraszona typowym dla twórcy "Prostego planu" czarnym humorem.

Raimi żongluje podgatunkami kina grozy. Są tu elementy przywodzące na myśl "Ducha" Tobe’ego Hoopera, by zaraz przejść do filmów o opętaniu, bodyhorroru, a następnie kina zombie. Twórca "Martwego zła" umiejętnie ogrywa także taniość kojarzoną z filmowymi straszakami i nienaturalność komputerowych efektów, piętnowaną przy okazji niemal każdej kolejnej adaptacji komiksów Marvela. Wszystko w imię fajności. Widać, że Raimi bardzo dobrze bawił się na planie. Na szczęście podczas seansu widownia gra razem z nim. Reżyser miał także ciekawe pomysły na przedstawienie mocy kolejnych bohaterów. Magia Strange’a w końcu nie ogranicza się do strzelania świecącymi serpentynami.

Niestety, "Multiwersum obłędu" przestaje działać, gdy twórcy przypominają sobie, że ich film to część większej całości. Jedna z najsłabszych scen w teorii powinna być prezentem dla fanów komiksu. W praktyce okazuje się jednak łopatologicznym wyłożeniem zasad pewnego incydentu, który - co bardzo możliwe - powróci przy okazji kolejnego filmowego wydarzenia. Wypada to mniej więcej jak kąpiel i wizje Thora w "Avengers: Czasie Ultrona" zapowiadające "Wojnę bez granic" - równie toporne i tylko nieco bardziej czytelne. Gdy producenci zaraz oddają stery Raimiemu, narracja zdaje się tracić impet. Z czasem historia wraca na właściwe tory, ale trudno nie udawać, że w wyżej wymienionym momencie fabularny pociąg prawie się nie wykoleił.

Elizabeth Olsen kradnie show

Na szczęście nawet w słabszych momentach sytuację ratują aktorzy. America Chavez, chociaż pełni przede wszystkim funkcję fabularnego wytrycha, okazuje się na tyle sympatyczna, że chętnie zobaczę ją w kolejnych produkcjach. Benedict Cumberbatch ponownie sprawdza się jako największy arogant w pokoju, który musi przyznać, że czasem nie ma racji albo jest inne wyjście z sytuacji. 

Gwiazdą produkcji okazuje się jednak Elizabeth Olsen, która w Scarlet Witch wcieliła się już po raz siódmy (wliczając epizod z "Zimowego żołnierza"). Aktorka mogła rozwinąć skrzydła dopiero w "WandaVision", a "Multiwersum obłędu" kontynuuje jej tour de force. Udaje jej się wycisnąć więcej, niż wydawałoby się tkwić w komiksowym, często niekoherentnym scenariuszu. 

Olsen doskonale oddaje każdą emocję swej bohaterki, a lekki grymas lub tęskne spojrzenie mają u niej siłę krzyku bezradności. Jej Wanda bywa zabawna, zrozpaczona oraz - tutaj niespodzianka - naprawdę przerażająca. Wraz z finałem potwierdza ona swą pozycję najciekawszej postaci kobiecej MCU.

Mimo pewnych kompromisów powrót Raimiego do kina superbohaterskiego okazał się nader udany. Reżyser nie dał się zdominować medialnemu molochowi, tworząc dzieło autorskie, w ciekawy sposób godzące kino grozy z przygodami bohaterów w kolorowych trykotach. Udaje mu się odejść od sztampy nawet w finałowych momentach, które zwykle stanowiły najsłabszy element kolejnych części Kinowego Uniwersum. Mam cichą nadzieję, że nie będzie to jego ostatnia przygoda ze światem Marvela. W to, że nasi bohaterowie prędzej czy później powrócą, raczej nikt nie wątpi.

8/10

"Doktor Strange w multiwersum obłędu" (Doctor Strange in the Multiverse of Madness), reż. Sam Raimi, USA 2022, dystrybucja: Disney, premiera kinowa: 6 maja 2022 

INTERIA.PL
Dowiedz się więcej na temat: Doktor Strange w multiwersum obłędu

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL