"Głos Hind Rajab": ten film wstrząsnął widzami
Kaouther Ben Hania, tunezyjska reżyserka nominowana do Oscara za "Cztery córki", wróciła z filmem, który w 2025 roku wstrząsnął weneckim festiwalem. "Głos Hind Rajab" otrzymał rekordową dwudziestodwuminutową owację na stojąco, co było jednym z najdłuższych aplauzów w historii festiwalu. Festiwalowe jury nagrodziło go Srebrnym Lwem - Wielką Nagrodą Jury.
Film rekonstruuje ostatnie momenty życia sześcioletniej Hind Rajab, która 29 stycznia 2024 przez ponad trzy godziny błagała o pomoc przez telefon dyspozytora Palestyńskiego Czerwonego Półksiężyca. Tę wstrząsającą produkcję wsparli m.in. Brad Pitt, Joaquin Phoenix, Rooney Mary czy Jonathan Glazer.
W rozmowie reżyserka wspomina o bezsilności kina wobec ludobójstwa, sile autentycznego głosu ofiary, dehumanizacji w mediach społecznościowych i o kafkowskich procedurach, które znacznie utrudniają realną pomoc. Z Kaouther Ben Hanią rozmawia Kuba Armata.
Kuba Armata: "Głos Hind Rajab" miał światową premierę na ostatnim festiwalu w Wenecji, gdzie zdobył zresztą Srebrnego Lwa - Wielką Nagrodę Jury. Film niezwykle poruszył widzów, czego dowodem była dwudziestodwuminutowa owacja na stojąco po pokazie. Jakie to było uczucie?
Kaouther Ben Hania: - To było coś surrealistycznego. Wiedziałam, że kino potrafi wywoływać emocje, zwłaszcza że opowiadamy o świecie, który nas otacza. Do premiery wszystko to działo się jednak w zamkniętym kręgu. Skala aplauzu po weneckiej projekcji przebiła moje najśmielsze oczekiwania i trochę mnie przytłoczyła. Ciągle myślałam: kiedy to się skończy? W końcu obsługa sali zaczęła nas prosić o opuszczenie miejsc z uwagi na to, że za chwilę startuje kolejny seans. Można zatem powiedzieć, że owacje ustały, bo nas po prostu wyproszono (śmiech). To jednak było niesamowite doświadczenie.
Kino nie ma takiej mocy, by zatrzymać wojnę, ale co realnie może w tej sprawie zdziałać?
- To pytanie zadaję sobie bez przerwy. Przed realizacją filmu czułam głęboką bezsilność wobec tego, co dzieje się w Gazie. Czy kino zmienia świat? Moim zdaniem nie, ale jest w stanie zrobić inną, bardzo pożyteczną rzecz. Może zmienić sposób patrzenia na rzeczywistość. To powolna, stopniowa transformacja, która zadziała w dłuższej perspektywie. W Gazie codziennie giną ludzie. Jako reżyserka konfrontuję się z czystym złem tej sytuacji, jej bezsensem i okrucieństwem. Co więc kino może realnie zrobić? Przede wszystkim przywrócić człowieczeństwo. Mieszkańcy Gazy są dehumanizowani - kino może dać im twarz, imię, historię.
Film powstał w zaledwie dwanaście miesięcy, co zakładam, było podyktowane pilnością tego tematu i tym, co aktualnie dzieje się w Strefie Gazy.
- Mieliśmy potrzebę opowiedzenia tej historii jak najszybciej. Od strony emocjonalnej okazało się to bardzo wymagające, ale pod względem technicznym nie był to aż tak skomplikowany projekt: jedna lokacja, czterech aktorów, brak efektów specjalnych. Nie wymagało też wielomiesięcznych przygotowań. Wiedziałam z doświadczenia, że da się to zrobić sprawnie. Kluczowa okazała się wspaniała energia wokół filmu. Zaczęło się od rozmów z producentem Nadimem Cheikhrouhą. Potem dołączali kolejni ludzie - i z każdym tygodniem wszystko stawało się łatwiejsze.
Dlaczego dopiero film wywołuje u nas łzy i silne emocje, skoro śledzimy te wiadomości na co dzień? Czy to dowód na naszą znieczulicę, a może fakt, że kino wciąż potrafi przebić się przez tę skorupę i dotknąć nas naprawdę głęboko?
- To pytanie jest dla mnie kluczowe i wraca do mnie bez przerwy. Kino straciło centralną pozycję, jaką miało w XX wieku, na rzecz mediów społecznościowych - TikToka, powiadomień, ciągłego zappingu. Nie możemy się od tego uwolnić. Nadmiar informacji stał się mechanizmem amnezji i znieczulenia. Kino może odzyskać swą wyjątkową rolę - jako miejsce pamięci, takie, które daje czas na głęboką emocję i zbudowanie prawdziwego połączenia. Social media nie służą więzi - służą zapominaniu i skupieniu się na tym, co jest tu i teraz. Kino było, i mam nadzieję, że pozostanie, miejscem empatii. Widz identyfikuje się z bohaterem, przeżywa jego zmagania, odczuwa je wraz z nim. To autentyczne połączenie i empatia, które social media potrafią bardzo poważnie uszkodzić. One stały się przestrzenią na pozorowane gesty, zazdrość, negatywne emocje. Nie twierdzę, że kino jest ostatnim bastionem prawdy, ale przynajmniej daje czas na to, by przeżyć coś naprawdę głęboko.
W twoim poprzednim filmie "Cztery córki" eksperymentowałaś z hybrydą dokumentu i fabuły. Tutaj stosujesz podobny zabieg, łącząc autentyczne nagrania z rekonstrukcją. Jedna z najmocniejszych i najtrudniejszych decyzji, także etycznie, to włączenie prawdziwych taśm z głosem Hind Rajab. Dlaczego zdecydowałaś się zostawić autentyczny głos dziewczynki, zamiast obsadzić aktorkę, która ten głos podłoży?
- Zadawałam sobie to pytanie wielokrotnie jeszcze przed rozpoczęciem pisania scenariusza. Rozważałam wszystkie możliwe, zanim podjęłam ostateczną decyzję. Kluczowe było dla mnie to, co wydarzyło się na samym początku. Skontaktowałam się z matką Hind - powiedziałam, że bez zgody rodziny filmu nie będzie. To nie miałoby sensu. Matka Hind to niezwykła kobieta - ucieleśnienie odporności i siły. Powiedziała mi wtedy: "Nie chcę, żeby głos mojej córki został zapomniany". Te słowa były dla mnie decydujące. Zrozumiałam, że zastąpienie jej głosu byłoby niesmaczne i wulgarne. Rozumiem, że dla części widzów może to być trudne, niewygodne doświadczenie. Film nie miał jednak na celu zapewnienia widzowi komfortu, bo takiego komfortu nie mają ludzie w Gazie. W tej decyzji jest pewna doza bezwzględności, ale właśnie na tym to polega. Na uhonorowaniu głosu Hind, postawieniu go w centrum narracji, a potem znalezieniu właściwej formy do opowiedzenia jej historii.
W przypadku podłożonego głosu byłoby pewnie inaczej.
- Mogłam przesłuchać dziesiątki dziewczynek i obsadzić którąś z nich, żeby powtarzała słowo w słowo, co mówi Hind. Ale po co? Jaki w tym sens? Dla mnie to byłoby zwyczajnie niesmaczne. Głos Hind Rajab jest dostępny w internecie dla każdego. Zastąpienie go tylko po to, żeby widzom było "wygodniej" i mniej szokująco, wydawało mi się niewłaściwe. Kluczowe było dla mnie zachowanie i przekazanie tej pierwszej, pierwotnej emocji. Zawsze, kiedy zaczynam nowy film, wracam do pierwszego momentu, który mnie poruszył, gdy słyszę daną historię. A pierwszym, co poczułam, gdy usłyszałam nagranie, była paraliżująca bezsilność. Przez ułamek sekundy miałam wrażenie, że Hind woła właśnie do mnie. Dlatego jej głos musiał być w centrum, a historia musiała być opowiedziana z perspektywy dyspozytorów Czerwonego Półksiężyca - ludzi, do których naprawdę wołała o pomoc. Oni najpełniej oddają tę bezsilność i gniew, które czuje dziś tak wiele osób na świecie. Gaza błaga o ratunek.
Rozmawiałaś z pracownikami Czerwonego Półksiężyca?
- Byłam z nimi w stałym kontakcie. Przeprowadziliśmy długie, szczegółowe rozmowy - opowiedzieli mi dokładnie, co wydarzyło się tamtego dnia. Wiele detali w filmie pochodzi bezpośrednio z ich relacji. Najbardziej wstrząsnęła mną ich procedura koordynacji - ta kafkowska, absurdalna machina. Byłam zszokowana, jak trudno, a momentami wręcz niemożliwe jest spełnić wszystkie wymogi, by móc wysłać pomoc. Nawet gdy się je wypełni, nic nie jest tak naprawdę gwarantowane. Ponieważ kino jest medium wizualnym, zależało mi na tym, żeby widz nie tylko usłyszał o tej procedurze, ale mógł ją zobaczyć i poczuć na własnej skórze. Dlatego powstała scena, w której dyspozytor rysuje mapę i krok po kroku wyjaśnia, co trzeba zrobić. Mnie też tak instruowano.
Świadomie zrezygnowałaś z pokazywania przemocy w sposób bezpośredni. Jedynie ją słyszymy i widzimy jej skutki, co jest jeszcze bardziej przerażające.
- Decyzja była oczywista od pierwszego odsłuchu nagrania - cała groza była już w dźwięku, w głosie Hind. Obrazy przemocy zalewają media społecznościowe, a ludzie pozostają obojętni. Dlatego świadomie wybrałam inną drogę. Widzimy przestrzeń otwartego biura pracowników Czerwonego Półksiężyca, a jednocześnie tworzy się drugi obraz, wynikający z tego, co słyszymy. Dźwięk wypełnia pustkę i sprawia, że wyobraźnia widza pracuje o wiele mocniej.
Jak poradziłaś sobie z zachowaniem odpowiedniego balansu pomiędzy filmową fikcją a tym, by pozostać wierną faktom i prawdzie tego dnia?
- Nie było to trudne - i mówię to ze smutkiem. Historie z Gazy są ponad fikcją. Chcesz horror? Gaza. Wojnę? Gaza. Thriller? Gaza. To poziom dramatyzmu i absurdu, którego nie wymyśliłby nawet najbardziej utalentowany scenarzysta, a jednak dzieje się naprawdę. Ta konkretna historia miała strukturę gotowego scenariusza: zabójstwo kuzyna jako zapalnik, eskalacja, finał z karetką zbombardowaną pięćdziesiąt metrów od samochodu Hind. Rzeczywistość niestety dostarczyła wszystkiego.
Realizując ten film, miałaś wsparcie takich osób, jak Jonathan Glazer, Joaquin Phoenix, Brad Pitt czy Rooney Mara. Czy coś się zmienia w postrzeganiu sytuacji w Gazie, zwłaszcza w środowisku filmowym?
- Mam nadzieję, że tak. Nadszedł najwyższy czas. Ludobójstwo trwa już tam niemal dwa lata. To systematyczna, okrutna czystka. Naprawdę liczę, że nasze spojrzenie i postawa wreszcie się zmienią na bardziej zdecydowaną.
Kiedy i w jakich okolicznościach oni dołączyli do projektu?
- Po zmontowaniu filmu mogliśmy zacząć pokazywać go szerszemu gronu. Jednym z producentów jest James Wilson, który jest stałym współpracownikiem Jonathana Glazera. Pokazał mu nasz film. Jonathan był pod wielkim wrażeniem i wyraził chęć wsparcia projektu jako producent wykonawczy. Podobnie rzecz miała miejsce z Bradem Pittem czy Joaquinem Phoenixem. Zdecydowali się wesprzeć "Głos Hind Rajab" swoim nazwiskiem. To przede wszystkim gest solidarności i widoczności. Dla mnie ma on ogromne znaczenie. Takie wsparcie jest kluczowe, bo pozwala skierować uwagę na film i dotrzeć do szerszej publiczności. Te nazwiska mogą przyciągnąć widzów, którzy normalnie nie zainteresowaliby się arabskojęzycznym filmem artystycznym.












