Film otwiera ujęcie słynnych nowojorskich wież World Trade Center i informacja, że oto mamy rok 1998. Jest 4 nad ranem, a Hank Thompson (Austin Butler) kończy właśnie swoją zmianę w obskurnym barze na Lower East Side na Manhattanie. Odbiera go dziewczyna (Zoë Kravitz), ale zanim dotrą do jego mieszkania, na klatce napatoczą się na mieszkającego po sąsiedzku Russa (Matt Smith) - brytyjskiego punkowca z imponującym, jaskrawym irokezem, który poprosi Hanka o kilkudniową opiekę nad kotem. Dzień po wyjeździe Russa szukać będzie dwójka skinheadów z Europy Wschodniej. Bolesne spotkanie z nimi to dopiero początek kłopotów Hanka, który wplątany zostaje w rozgrywkę między rosyjskimi handlarzami narkotyków, żydowską mafią i nowojorską policją...
"Złodziej z przypadku" niczym gangsterskie filmy Guya Ritchie'ego
Jeśli miałbym wskazać filmowe słowo roku, byłaby to Nostalgia, która z miną wytrawnego, stałego bywalca rozsiadła się w kinowych fotelach i z popcornem w dłoni oraz miną zwycięzcy przygląda się wynikom oglądalności. Widać to zarówno w Stanach Zjednoczonych, gdzie tryumfy święciły m.in. aktorska wersja "Lilo & Sticha", "Jurassic World: Odrodzenie" czy "Superman", jak i w Polsce, gdzie wakacyjnym hitem okazał się "Vinci 2" Juliusza Machulskiego, a na podbój jesiennego box office'u szykuje się mocno najntinsowy "Zamach na papieża" Władysława Pasikowskiego.
Na sentymentach do kina grają też serwisy streamingowe, nie tylko proponując nam coraz to nowe opowieści z doskonale znanymi bohaterami (ostatnio choćby serial "Obcy: Ziemia"), ale też dzieła stylem i klimatem nawiązujące do lat 80. czy 90. (jak mający premierę w wakacje "Sojusznicy" Ilyi Naishullera). W ten schemat wpisuje się również "Złodziej z przypadku" - najbardziej komercyjny film w dorobku Darrena Aronofsky'ego, który dużo bardziej niż wcześniejsze dzieła twórcy "Wieloryba" czy "Reqium dla snu", przypomina gangsterskie "Porachunki" i "Przekręt" Guya Ritchie'go przeniesione w realia nowojorskiego półświatka niczym z filmów braci Safdi czy Martina Scorsese (w epizodzie pojawia się tu zresztą znany z kreacji w "Po godzinach" Griffin Dunne).
Wcielający się w Hanka Austin Butler, który jeszcze nie tak dawno grał na ekranie Elvisa, tym razem kojarzy się raczej z Bradem Pittem, który ćwierć wieku temu w "Przekręcie" czarował cygańskim slangiem i bokserską posturą. Hank to niespełniony baseballista, którego obiecującą karierę przerwała kontuzja i który zagłusza bolesne wspomnienia imprezami z kumplami, niespecjalnie rozmyślając o przyszłości. Jego boiskowa szybkość i spryt okażą się zresztą bezcenne, gdy przyjdzie mu kilkakrotnie salwować się ucieczką przed gangsterami. Jednak przyparty do ściany, koniec końców będzie musiał stawić czoła kłopotom, które okażą się dużo poważniejsze niż kwestia mistrzostwa jego ukochanej drużyny San Francisco Giants.
W starającą się wyciągnąć Hanka z tarapatów ratowniczkę medyczną Yvonne wciela się Zoë Kravitz, która po roli Seliny Kyle w "Batmanie" Matta Reevesa oraz nominacji do Emmy za serial "Studio" wydaje się wchodzić w bardzo obiecujący okres aktorskiej kariery. A partnerują im m.in. nagrodzona Oscarem za "Gdyby ulica Beale umiała mówić" Regina King, znany z serialu "The Crown" Matt Smith, a także Liev Schreiber i Vincent D'Onofrio jako niezwykle zabawna dwójka chasydzkich braci-gangsterów (kolejne mrugnięcie okiem do fanów Nowego Jorku to obsadzenie w epizodycznej roli ich jidisze mame Carol Kane - nominowanej w 1976 roku do Oscara za znakomitą kreację w "Ulicy Hester" Joan Micklin Silver) oraz... kot Tonic, znany miłośnikom horrorów z niedawnego "Smętarza dla zwierzaków".
Idealna propozycja dla tych, którzy szukają w kinie wytchnienia
Podobnie jak w przypadku ubiegłorocznej oscarowej "Anory" Seana Bakera, kontrowersje budzi zaproszenie do udziału w filmie rosyjskich aktorów - Nikity Kukushkina i Yuria Kolokolnikova. I choć gdy w jednej ze scen bohater określa narodowość napastników jako ukraińską, nowojorska policjantka wyprowadza go z błędu mówiąc, że to rosyjska mafia, trudno oprzeć się wrażeniu, że hollywoodzki flirt z putinowską Rosją trwa w najlepsze.
Równocześnie jednak fakt osadzenia ekranowej historii w końcówce lat 90. ubiegłego wieku można potraktować jak swoisty eskapizm wyrażający chęć powrotu do czasów nie tylko sprzed rosyjskiej napaści na Ukrainę, ale też sprzed wojny z islamskim terroryzmem. Do czasów, gdy Donald Trump jawił się wyłącznie jako groteskowa postać z "Kevina samego w Nowym Jorku" Chrisa Columbusa czy "Celebrity" Woody'ego Allena, i wszyscy z nadziejami wypatrywaliśmy nowego stulecia. Dziś okazuje się, że wielu z nas poturbowało ono równie mocno, jak gangsterzy Hanka Thompsona.
Jak na dzieło odwołujące się do najntinsów przystało, ścieżkę dźwiękową "Złodzieja z przypadku" wypełniają ówczesne hity. I choć brak tu wspomnianych Beastie Boys, to zamiast nich usłyszymy doskonale znane utwory Madonny, Davida Bowie, Garbage, Kinga Daimonda, La Bouche, Neila Sedaki czy Portishead. A całość uzupełnia zagrana z punkowym pazurem muzyka brytyjsko-irlandzkiej formacji Ideals.
Przypominający zabójczym tempem przejażdżkę słynnym roller coasterem Cyclone z lunaparku na Coney Island "Złodziej z przypadku" to idealna propozycja dla tych, którzy szukają dziś w kinie wytchnienia od codzienności. A że film Aronofsky'ego jest adaptacją pierwszej z trzech powieści Charlie'ego Hustona opowiadających o perypetiach Thompsona, to niewykluczone, że i na kinowym ekranie rozgości się on na dłużej. Nostalgia ma go na oku.
7/10
"Złodziej z przypadku" (Caught Stealing), reż. Darren Aronofsky, USA 2025, dystrybutor: UIP, premiera kinowa: 29 sierpnia 2025 roku.










