Tylko tu można spotkać znajomych z branży, pogadać przy zastawionych stolikach, a przy okazji pośmiać się z żartów prowadzących (do historii przeszły słynne, czasami wyjątkowo uszczypliwe docinki Ricky'ego Gervais, który był gospodarzem ceremonii aż pięciokrotnie). Dodam od siebie, że też lubię Złote Globy właśnie za to, że tam aktorzy mogą nareszcie być sobą.
Wbrew pozorom w tym zawodzie taka okazja zdarza się niezwykle rzadko. Aktorzy bowiem żyją z tego, że na co dzień stają się kimś zupełnie innym. Pantoflarz i safanduła zamienia się w twardziela, dżentelmen w łajdaka, a brzydal ma szansę zostać amantem. Albo odwrotnie, bo w Hollywood i takie przypadki się zdarzały. Nawet największe gwiazdy przyznają się do tego, że uwielbiają przebieranki, maskarady i metamorfozy. I są w stanie poświęcić dla roli naprawdę wiele.
Aktorzy żyją z tego, że na co dzień stają się kimś zupełnie innym
Przypomina mi się sytuacja z oscarowej gali w 1994 roku, gdy Tommy Lee Jones otrzymał złotą statuetkę za rolę w "Ściganym" i wmaszerował na scenę ze lśniącym gładko czerepem. Wszystkim zaparło dech! Aktor w tamtym czasie dopiero dobiegał pięćdziesiątki i trudno było uwierzyć, że tak wcześnie wypadły mu włosy. Tommy Lee, dziękując Akademii Filmowej za uznanie, oznajmił z kamienną twarzą: "W takiej sytuacji można powiedzieć tylko jedno: tak naprawdę nie jestem łysy". Okazało się, że hollywoodzki przystojniak kręcił właśnie film biograficzny "Cobb" poświęcony amerykańskiemu baseballiście Ty Cobbowi i postanowił maksymalnie upodobnić się do tytułowego bohatera, dlatego zdecydował się zgolić imponującą czuprynę. Stracił wówczas nieco ze swego męskiego uroku, na szczęście prowadząca galę Whoopi Goldberg pocieszyła go chwilę później ze sceny: "Nie martw się, Tommy Lee. Czy masz włosy, czy nie, i tak jestem twoja". Nawiasem mówiąc, tamtego wieczoru biedaczysko nie mógł zbyt długo opijać zasłużonego sukcesu, ponieważ następnego dnia rano musiał pojawić się z powrotem na planie. Cóż, taka praca...
A skoro mowa o poświęceniu i Oscarach, to nie sposób pominąć determinacji Brendana Frasera, który przed trzema laty zdobył nagrodę Akademii za rolę w filmie Darrena Aronofsky'ego "Wieloryb". Jakież to było wówczas zaskoczenie! Aktor, który niegdyś rozkochał w sobie tysiące kinomanek jako smukły poszukiwacz przygód w "Mumii", przedzierzgnął się w opasłego, monstrualnego grubasa. Efekt był porażający, choć Brendan ujawnił, że jego szokujący wygląd stanowił przede wszystkim dzieło charakteryzatorów. Każdego dnia na planie aktor musiał nosić specjalny pogrubiający kostium, który ważył ponad sto kilo (!).
"Co wieczór po zakończeniu zdjęć kręciło mi się w głowie z wyczerpania. Gdy wreszcie mogłem zdjąć to wszystko z siebie, czułem się lekki jak piórko. To doświadczenie pomogło mi nabrać szacunku dla osób, które naprawdę muszą zmagać się ze swoimi ciałami. To wyjątkowo silni ludzie, zarówno fizycznie, jak i psychicznie" - podsumował Brendan Fraser.
Występ w "Wielorybie" okazał się zbawienny dla jego kariery, która w ostatniej dekadzie wyraźnie zwolniła tempo. Artysta, który niegdyś należał do czołówki Hollywoodu, praktycznie zniknął z kina po całej serii komercyjnych wpadek, po czym zadomowił się w telewizji i serwisach streamingowych. Dopiero dzięki Aronofsky'emu zyskał okazję, by powrócić na wielki ekran. I nie zmarnował szansy! Od 16 stycznia możemy oglądać go w komedii obyczajowej "Rodzina do wynajęcia". Tym razem aktor nie eksperymentował już z wyglądem (może to i lepiej...).
Ta premiera zainspirowała mnie do tego, by kolejny raz wspomnieć o gwiazdach Hollywoodu, które uwielbiają zmieniać się nie do poznania. Chciałabym podejść do tego tematu od innej strony. Dość często słyszymy, że ten czy ów artysta przybrał lub zrzucił ileś kilogramów, rzadko natomiast pojawia się pytanie: jaka jest cena tego rodzaju zabiegów? Czy można dowolnie manipulować własnym ciałem bez niekorzystnych efektów dla zdrowia? I czy takie metamorfozy nie wpływają również na psychikę?
Jak manipulowanie ciałem wpływa na gwiazdy Hollywood
Wyobraźmy to sobie: jesteśmy aktorem, dostajemy ciekawą rolę, która wymaga od nas radykalnej zmiany wyglądu. Wszystko jest w porządku, dopóki pracujemy na planie, ale kiedy mamy wolny czas i chcemy na przykład pójść na spacer, zaczyna robić się trochę niezręcznie. Tom Hardy opowiadał mi niegdyś o swoich przeżyciach: "Kiedy grałem w 'Bronsonie', ludzie bali się do mnie podejść na ulicy. Pamiętasz, jak wtedy wyglądałem? Napakowany, łysy facet z wielkim wąsem. Moja ówczesna dziewczyna była wtedy w ciąży. Kiedy szliśmy razem chodnikiem, wyglądało to przedziwnie". Cóż, nie dziwię się Tomowi, że niekomfortowo się czuł z wizerunkiem zabijaki, ponieważ - odwołam się do słów, które osobiście od niego usłyszałam - nie należy on do ludzi, którzy lubią się bić, tylko do takich, którzy siedzą w domu z dzieckiem i oglądają "Strażaka Sama".
Co ciekawe, zupełnie inne podejście przejawia Bradley Cooper. Cały świat kojarzy go przede wszystkim ze zniewalającej męskiej urody, raz na jakiś czas jednak aktor robi sobie przerwę od wizerunku amanta. Tak było w przypadku filmu biograficznego "Snajper", w którym zagrał Chrisa Kyle'a, strzelca wyborowego. Musiał wówczas radykalnie zwiększyć masę mięśniową, Kyle bowiem był kolosem ważącym ponad sto kilo. Gdy zapytałam Bradleya, jakie to było uczucie, odparł z szerokim uśmiechem: "Wspaniałe! Ludzie odnoszą się do człowieka zupełnie inaczej. Chyba onieśmiela ich ta góra mięśni. Najzabawniejsze jest to, że kiedy przybrałem na wadze, mało kto był w stanie mnie rozpoznać. Mogłem chodzić, dokąd chciałem. Bardzo przyjemna odmiana". Chwilę później jednak aktor spoważniał, przyznając, że nauka strzelania wyjątkowo źle wpłynęła na jego stan psychiczny: "Podczas kręcenia filmu używaliśmy tylko ślepych naboi, ale i tak czułem się dziwnie za każdym razem, kiedy musiałem celować do kogoś z karabinu. Dosłownie żołądek wywracał mi się na drugą stronę".

Wysoką cenę zapłacił także Joaquin Phoenix, wcielając się w komiksowego Jokera. Wydawałoby się, że aktor ma już za sobą doświadczenie ekstremalne - realizując niby-dokumentalny film "Jestem, jaki jestem", przez dwa lata (!) udawał wykolejeńca, także publicznie, narażając na szwank swoją reputację. Do historii przeszedł jego występ w programie Davida Lettermana, w którym Joaquin bełkotał coś bez ładu i składu, aż w końcu gospodarz, kończąc wywiad, stwierdził: "Przykro mi, że nie mogłeś być dziś tu z nami". Wielu recenzentów, w tym nawet guru amerykańskich krytyków filmowych, Roger Ebert, dało się nabrać, sądząc, że upadek aktora naprawdę miał miejsce. Dopiero po premierze wyszło na jaw, że był to prowokacyjny, artystyczny eksperyment, a Phoenix od początku do końca panował nad sytuacją.
"Udało mi się osiągnąć największy sukces z możliwych, jeżeli oczywiście pod pojęciem sukcesu rozumiemy całkowite zniszczenie swojej kariery. Ale o to właśnie od początku chodziło" - stwierdził Phoenix. Mam przy tym wrażenie, że trochę przesadził, ponieważ "Jestem, jaki jestem" przyniósł mu sławę aktora gotowego do wyjątkowych poświęceń, a wraz z nią przyszły kolejne znakomite role i nominacje do Oscara. Czy taki występ można było przelicytować? Jak się okazuje - owszem. Joaquin Phoenix brawurowo wcielił się w Jokera i omal nie przypłacił tej kreacji zdrowiem psychicznym. Aby przekonująco zagrać osamotnionego, dręczonego frustracją artystę, schudł 25 kilo.
"Kiedy moja waga spadła do pożądanego poziomu, miałem wrażenie, że poruszam się w zupełnie inny sposób: lżej, płynniej. Z jednej strony ma się poczucie kontroli nad swoim organizmem, z drugiej trzeba bardziej na siebie uważać. Człowiek staje się osłabiony, bardziej podatny na obrażenia" - opowiadał mi Joaquin po premierze filmu. "Teraz, kiedy wspominam to z perspektywy czasu, zastanawiam się, jak ja to, k..., zrobiłem? Przecież to było tak wyczerpujące, że powinienem podczas zdjęć paść na twarz! Prawda jest taka, że na planie w ogóle nie odczuwałem zmęczenia". Później jednak przyznał, że trudy realizacji odcisnęły się na jego psychice: "Kiedy chudnie się tak dużo w tak krótkim czasie, zaczyna się wariować". Być może jednak Oscar (że o Złotym Globie nie wspomnę), który trafił w jego ręce za rolę w "Jokerze", pomógł mu wrócić do zmysłów.
Zazwyczaj makijażyści chcą, by aktorki były młodsze i ładniejsze
Podwójnym sukcesem, czyli nagrodą Akademii oraz Globem, zakończyło się także poświęcenie, na które zdobyła się Charlize Theron w filmie "Monster". Zjawiskowo piękna gwiazda zamieniła się - trudno to inaczej określić - w tytułowe monstrum. Nie dość, że odżywiała się głównie śmieciowym jedzeniem, przez które przytyła aż 15 kilo, to jeszcze stosowała specjalne kosmetyki, by nadać swojej skórze niezdrowy, zniszczony wygląd.

Na tym tle właściwie niewielkie wrażenie robi decyzja Nicole Kidman, która w filmie "Godziny" wcieliła się w Virginię Woolf i z tej okazji pozwoliła, by charakteryzatorzy oszpecili ją sztucznym nosem. Gdy miałam okazję zamienić z nią kilka słów, stwierdziła żartobliwie: "Tego rodzaju zabieg to w środowisku filmowym rzadkość. Zazwyczaj makijażyści robią wszystko, by aktorki wydawały się młodsze i ładniejsze". Ku mojemu wielkiemu zdziwieniu Nicole nie wydawała się jednak przejęta tym, że na ekranie zamiast olśniewać urodą, jak to ma w zwyczaju, prezentowała się... jak by to dyplomatycznie ująć... nieco inaczej.
"Bardzo podobał mi się ten szlachetny profil. Dość szybko przyzwyczaiłam się do swojej nowej twarzy. Wchodziłam do charakteryzatorni, siadałam na fotelu, zamykałam oczy na dwie godziny, a gdy je otwierałam, byłam już Virginią. To była wspaniała przemiana". Cóż, gdybym to ja otrzymała Oscara (oraz, jakżeby inaczej, Złoty Glob) za taką rolę, też bym pewnie była jak najdalsza od narzekania. Nie jestem jednak przekonana, czy chciałabym przy tej okazji rezygnować z własnego wyglądu. Ktoś mógłby posądzić mnie o nadmiar próżności, ja jednak przede wszystkim mam w pamięci słowa, które powiedział mi wspomniany już wcześniej Tom Hardy. Wspominając swoje ekranowe metamorfozy, poskarżył się w pewnym momencie: "Patrzę na swoje odbicie w lustrze i nie poznaję tego faceta. To po prostu nie jestem ja!". Skoro takiemu doświadczonemu aktorowi zmiana wizerunku tak bardzo potrafi dać się we znaki, to cóż mają powiedzieć inni?
Czasem poświęcenie dla roli przynosi efekty: nagrody, popularność, uznanie... Wszystko jednak ma swoje granice. Nawet najbardziej ekscentryczni gwiazdorzy prędzej czy później kończą eksperymentować z wyglądem. Jeśli o mnie chodzi, słusznie. Przyznaję z ręką na sercu, że o wiele bardziej wolę oglądać Brendana Frasera w jego naturalnym wydaniu niż w ambitnej, ale wizualnie odpychającej roli w "Wielorybie".
Cieszę się już na myśl o premierze "Rodziny do wynajęcia", zwłaszcza że niedawno pojawiły się doniesienia, jakoby Brendan nosił się z zamiarem nakręcenia czwartej części "Mumii". Jeśli miałby przy tym wrócić do wizerunku z trzech poprzednich filmów, to mogę się z tego tylko cieszyć. Co prawda w jego wieku (aktor skończył niedawno 57 lat) byłaby to nie lada metamorfoza, może nawet większa niż rola w pogrubiającym kostiumie. Ale przecież... czyż nie na tym właśnie polega ta praca?
Yola Czaderska-Hayek, Hollywood, 20.01.2026












