Seans dla zakochanych: "Casablanca" czy "Przeminęło z wiatrem"?
Na samym szczycie niezmiennie znajdują się dwa klasyczne tytuły: "Casablanca" i "Przeminęło z wiatrem". Niby nic w tym nadzwyczajnego, bo to znakomite i ponadczasowe produkcje, tyle tylko, że w obydwu przypadkach trudno mówić o szczęśliwym, spełnionym uczuciu. Nie są to opowieści, które kończyłyby się słowami "I żyli długo i szczęśliwie". Rick Blaine i jego ukochana Ilsa przed ostatecznym rozstaniem pocieszają się przynajmniej: "Zawsze zostanie nam Paryż", ale co ma począć nieszczęsna Scarlett O'Hara, gdy Rhett Butler odchodzi w siną dal, rzucając na pożegnanie: "Szczerze mówiąc, moja droga, mam to gdzieś"?
Nawiasem mówiąc, podejrzewam, że gdyby ktoś wybrał się w przeszłość wehikułem czasu i powiedział odtwórcom głównych ról w obu filmach, że przejdą do historii jako ikony romantycznej miłości, prawdopodobnie wszyscy dostaliby gwałtownego ataku śmiechu. Humphrey Bogart, przyzwyczajony do grania małomównych twardzieli, na planie czuł się straszliwie niekomfortowo i jak sam przyznawał: "Ja się na tej całej miłości zupełnie nie znam". Na domiar złego kręcenie wspólnych scen z Ingrid Bergman psuło mu samopoczucie, ponieważ był od niej zauważalnie niższy. Gdy znajdowali się razem przed kamerą, aktor musiał stawać na stołku, którego na szczęście nie było widać w kadrze.
Jeszcze gorzej wyglądała współpraca Vivien Leigh i Clarka Gable'a. Aktorka wielokrotnie wspominała, że realizacja scen pocałunków była dla niej istnym koszmarem, ponieważ jej ekranowy partner odznaczał się wyjątkowo nieświeżym oddechem. Cóż, Gable palił wówczas trzy paczki papierosów dziennie, a jeśli wierzyć anegdotom z planu, zdarzało mu się także przed ujęciami jeść czosnek. Rzeczywiście, w takich warunkach trudno o przyjemność z całowania, choćby i miało się do czynienia z hollywoodzkim amantem.

"Wichrowe wzgórza": obsesyjne, niszczycielskie uczucie. Jak Jacob Elordi karmił na planie Margot Robbie
Nic to jednak! Obydwa filmy są dzisiaj synonimami wielkiego, niegasnącego romansu. Podobnie jak "Wichrowe wzgórza", które również niewiele mają wspólnego z miłością nadającą sens życiu. Mroczna powieść Emily Brontë opisuje raczej obsesyjne, niszczycielskie uczucie, które nie przynosi nic dobrego. Burzliwa relacja odrzuconego przybłędy Heathcliffa i kapryśnej Katy, która dla wygody wychodzi za mąż za innego, ściąga nieszczęście nie tylko na tych dwoje, ale i na całe ich otoczenie. Nie zliczę, ile razy przeniesiono już książkę na ekran, zwłaszcza że adaptacje powstawały w rozmaitych krajach: w Japonii, we Francji, w Meksyku…
W Heathcliffa wcielili się tak znakomici aktorzy, jak Laurence Olivier, Richard Burton, Ralph Fiennes czy Tom Hardy. A ostatnio do tego grona dołączył Australijczyk Jacob Elordi, nominowany w tym roku do Oscara za "Frankensteina" Guillermo del Toro. W najnowszej ekranizacji "Wichrowych wzgórz", która trafia na ekrany tuż przed Walentynkami, partneruje mu zjawiskowa Margot Robbie w roli Katy.
Nic mi jak dotąd nie wiadomo o ewentualnych niesnaskach tej pary. Wprost przeciwnie, oboje zapewniają, że na planie współpracowało im się znakomicie. Być może dlatego, że są rodakami, a może połączyły ich trudy realizacji. James Elordi wygadał się, że ich zwyczajny dzień pracy zaczynał się o piątej rano, gdy ramię przy ramieniu, niczym towarzysze broni, zasiadali w charakteryzatorni. Z pewnością mieli wówczas sporo czasu na prywatne pogaduszki. Margot Robbie z kolei przyznaje, że w jej przypadku droga do serca prowadzi przez żołądek, w związku z czym jej filmowy partner wyjątkowo ją wzruszył, gdy podarował jej paczkę pełną australijskich smakołyków, którą przywiózł z kraju jego ojciec.
"Ze mną nie ma problemu, wystarczy dać mi jeść" - uważa aktorka. I wiem dobrze, że nie żartuje, ponieważ pamiętam, że kiedy rozmawiałam z nią dziesięć lat temu (jak ten czas leci!), mówiła mi to samo: "Nie przestrzegam żadnych diet. Z prostego powodu: brakuje mi samokontroli. Nie byłabym w stanie narzucić sobie żywieniowego rygoru. Zaraz by mnie kusiło, żeby zjeść coś, czego mi nie wolno". A gdy zapytałam ją o ulubione danie, odparła: "Bo ja wiem?... Hamburgery". Nawiasem mówiąc, nie mam pojęcia, jak ona to robi, że przy tak niezdrowym trybie odżywiania się wciąż wygląda tak dziewczęco i świeżo.
Ale mniejsza o kulinaria. Skupmy się na tym, co w Walentynki najważniejsze, czyli na miłości. W przypadku "Wichrowych wzgórz" płomienne uczucie nie wydostało się poza karty scenariusza, zdarzają się jednak sytuacje, w których aktorom odgrywającym zakochanych rzeczywiście zaczynają żywiej bić serca. Czasem odbywa się to z korzyścią dla filmu. A bywa, że - niestety! - wprost przeciwnie.

Legendarny związek Elizabeth Taylor i Richarda Burtona narodził się na planie "Kleopatry"
Przypomnijmy choćby owiany legendą związek Elizabeth Taylor i Richarda Burtona, który narodził się na planie "Kleopatry" Josepha Mankiewicza. Zaczęło się ponoć od sceny zgoła nieromantycznej. Gdy rozpoczęły się zdjęcia, uzależniony od alkoholu Burton pojawił się w pracy w stanie, mówiąc dyplomatycznie, mocno wczorajszym. Ledwo się poruszał, trzęsły mu się ręce - po prostu obraz nędzy i rozpaczy. I proszę sobie wyobrazić, że tym właśnie ujął boską Liz! Gwiazda w odruchu współczucia wystarała się dla niego o mocną kawę i zaczęła go pielęgnować, żeby doszedł do siebie. A potem, ujmując rzecz potocznie, samo już poszło.
Opowieści o wielkiej miłości dwojga aktorów przedostały się do wiadomości publicznej, co w znacznym stopniu wpłynęło na kształt "Kleopatry". Mankiewicz wyobrażał sobie tę opowieść jako dwuczęściowy projekt. W pierwszej odsłonie królowa Egiptu romansować miała z Juliuszem Cezarem, w którego wcielał się Rex Harrison. W drugiej - z Markiem Antoniuszem, czyli z Burtonem właśnie. Ówczesny szef studia 20th Century Fox, Darryl F. Zanuck, wybił ten pomysł reżyserowi z głowy. Wyjaśnił mu, że nikt nie przyjdzie do kina na pierwszą część, bo wszyscy będą chcieli zobaczyć na ekranie parę kochanków, których połączyło uczucie prawdziwe, a nie tylko opisane w scenariuszu.
Mankiewicz zmontował zatem dwie historie w jedną - na własną zgubę, ponieważ "Kleopatra", jak wiadomo, przeszła do historii jako jedna z największych klap w historii Hollywoodu. A burzliwe małżeństwo Elizabeth Taylor i Richarda Burtona rozpadło się po dwunastu latach. Najlepiej wyszedł na tym przedsięwzięciu Rex Harrison, ponieważ jako jedyny spośród obsady zapracował na nominacje do Oscara i Złotego Globu.

Tom Cruise wciąż zakochany... w innej kobiecie. Daniel Craig dyskretny jak James Bond
Romanse na planie filmowym to w Hollywood żadna nowość. W ciągu ponad półwiecza miałam okazję napatrzeć się na gwiazdorów zmieniających partnerki jak rękawiczki - i każdy w rozmowie zapewniał mnie, że tym razem to naprawdę poważne uczucie, miłość życia, związek z przyszłością.
Tom Cruise na moich oczach rozpływał się z zachwytu nad urodą i charakterem Nicole Kidman, którą poznał na planie "Szybkiego jak błyskawica". Potem zaś w krótkich, oględnych zdaniach informował: "Dołożyłem wszelkich starań, aby Nic wraz z dziećmi miała bezpieczną przyszłość". Podczas tej samej rozmowy przyznawał otwarcie, choć nadal dość wstrzemięźliwie, że jest już w nowym związku, tym razem z Penélope Cruz, z którą nakręcili razem "Vanilla Sky": "Spotkaliśmy się na planie po to, by wykonać naszą pracę, a nie po to, by przeżyć historię miłosną. To wydarzyło się później". A potem już zupełnie puściły mu hamulce, bo po tym, jak związał się z Katie Holmes, dosłownie promieniał: "Zakochałem się! Przydarzyło mi się coś wspaniałego, jestem szczęśliwy i chcę się podzielić tym faktem z całym światem". No cóż, jak skończyła się ta historia, chyba nie trzeba przypominać…
Na przeciwnym biegunie usadowiłabym Daniela Craiga, odtwórcę roli brytyjskiego arcyszpiega Jamesa Bonda. Muszę przyznać, że poza ekranem jest równie tajemniczy, co agent 007. Próbowałam kiedyś pociągnąć go za język, by zdradził cokolwiek na temat związku z przepiękną Rachel Weisz. Zagrali przecież razem w horrorze "Dom snów" i dosłownie chwilę później byli już małżeństwem. Niestety, Daniel nie puścił pary z ust. Zasugerowałam mu nawet, że nadawałby się na asa wywiadu. Zaprzeczył: "Wprost przeciwnie. Można we mnie czytać jak w otwartej księdze. Tylko że niektórych rozdziałów nie udostępniam. Na pewno nie wyciągniesz ze mnie nic, co dotyczyłoby mojego prywatnego życia czy mojej rodziny". I rzeczywiście słowa dotrzymał. Cóż, czasami nawet Yola musi dać za wygraną.

Tom Hanks: jego życie rodzinne jest wyjątkowo stabilne
Przyznaję z ręką na sercu, że gdy mam do czynienia z jednej strony z nadmierną, ostentacyjną wylewnością, a z drugiej - ze skrytością, która graniczy niemal z obsesją, najlepsze wrażenie robi na mnie… jak by to ująć… po prostu normalność. Czyli sytuacja, w której mój rozmówca bez krygowania się gawędzi sobie ze mną na każdy możliwy temat. I w tej kategorii bez wahania oddaję palmę pierwszeństwa w ręce Toma Hanksa.
Jest to tak uroczy, pozbawiony wszelkiej pretensjonalności człowiek, że z nieukrywaną przyjemnością cieszę się z każdego naszego spotkania. Nawet kiedy ma ono oficjalny charakter, bo na przykład przeprowadzam z nim wywiad z okazji premiery kolejnego filmu, Tom zawsze wita mnie z szerokim uśmiechem jakbyśmy znali się co najmniej od czasów dzieciństwa. I wiem, że gdy zapytam go, co słychać w jego małżeństwie, nie zamknie się w sobie ani też nie zaleje mnie lukrowanym słowotokiem, tylko po prostu rzeczowo odpowie. Może dlatego, że jego życie rodzinne jest wyjątkowo stabilne, bez żadnych wstrząsów, skandali…
Aktor więc nie ma się czego wstydzić, nie musi też czegokolwiek ukrywać. Zapytałam go nawet kiedyś, jakim cudem udaje mu się zachować tę domową stabilność w połączeniu z profesją, która bywa wyjątkowo niestabilna. Odpowiedział: "Mamy taki prywatny żart: jesteśmy rodziną profesjonalistów w mieście, które stało się jedną wielką korporacją". Tu dodam dla jasności, że Rita Wilson, lepsza połowa Toma Hanksa, jest zarazem jego koleżanką po fachu. Oni również poznali się w pracy, choć w odróżnieniu od innych aktorskich par zbliżył ich do siebie nie film, lecz serial telewizyjny. Konkretnie sitcom "Bosom Buddies" z lat 80., dziś chyba całkiem już zapomniany.
"Moja żona, wychodząc za mnie, wiedziała, że nie wiąże się z dentystą ani specjalistą od inwestycji" - powiedział mi Tom, poważniejąc na chwilę. - "A dzieci przyzwyczaiły się, że tata ma trochę dziwną pracę i na przykład chodzi po domu ze śmieszną fryzurą albo farbowanymi wąsami. Często go nie ma, bo jeździ po świecie, a potem, jak już jest, to siedzi i nic nie robi, i wtedy wydaje się, że trwa to strasznie długo". No i jak go nie pokochać za ten humor i dystans do siebie?

Okazujmy sobie czułość, ale pamiętajmy o humorze i dystansie
Być może to jest właśnie to, czego życzyłabym wszystkim zakochanym parom w Walentynki: by owszem, okazywać sobie czułość, ale z drugiej strony pamiętać o humorze i dystansie. Nie wiem, jak inni, ale kiedy ja będę oglądać w kinie tragiczne losy Heathcliffa i Katy w "Wichrowych wzgórzach", gdzieś z tyłu głowy dźwięczeć mi będzie zdanie, które usłyszałam z ust Jamesa Elordiego: "Margot obżera się jak prosię". Wyjęte z kontekstu brzmi może niezbyt elegancko, w rzeczywistości jednak aktor żartował sobie z apetytu filmowej partnerki z autentyczną czułością i zrozumieniem, wiedząc przy tym, że tego obżarstwa po niej w ogóle nie widać. Takie docinki mogą prawić sobie tylko osoby, które wyjątkowo dobrze się znają, tolerują i wiedzą, jak wiele są w stanie sobie nawzajem wybaczyć.
Celebrujmy zatem podczas święta zakochanych te mądre, głębokie więzi oparte na bliskości i zaufaniu. A te destrukcyjne, burzliwe jak z "Wichrowych wzgórz" lepiej niech pozostaną tylko na ekranie.
Yola Czaderska-Hayek, Hollywood, 13.02.2026












