Reklama

Patryk Vega: Moja kariera dopiero się zacznie

Patryk Vega na premierze "Pitbull" (2021) / Artur Zawadzki/REPORTER /East News

- Funkcjonuję w mrocznej triadzie, którą jest megalomania, narcyzm i psychopatia. Ważne, aby nie popaść w wywyższanie się i nie dać się porwać próżności - mówi w rozmowie z Interią Patryk Vega. Twórca nie przestaje zaskakiwać - 30 września na ekrany polskich kin trafi jego autobiograficzna "Niewidzialna wojna" i będzie to jego ostatni... polski film. Reżyser zdradził, że pracuje właśnie nad filmową biografią Władimira Putina.

Patryk Vega to jeden z najbardziej kontrowersyjnych i jednocześnie kasowych polskich reżyserów. Jego film oraz serial "Pitbull" z 2005 roku jest uważany za jedną z najbardziej realistycznych opowieści o pracy polskiej policji. Spotkał się z ciepłym przyjęciem krytyków i widzów. Kontynuacje serii: "Pitbull. Nowe porządki""Pitbull. Niebezpieczne kobiety" z 2016 roku oraz "Pitbull" z 2021 roku miały gorsze recenzje, ale stały się wielkimi sukcesami komercyjnymi. "Niebezpieczne kobiety" zgromadziły w kinach 2,8 mln widzów, trafiając na listę najbardziej komercyjnych polskich filmów po 1989 roku.

Reklama

Vega lubi prowokować i podejmuje od lat nośne społecznie tematy. W "Botoksie" rozliczał patologie służby zdrowia, a w "Polityce" uderzał w czołowych polskich polityków. W dwóch częściach "Kobiet mafii" pokazał natomiast przemoc, rodem z amerykańskiego kina klasy B. Reżyser nie ukrywa też swojego nawrócenia na katolicyzm, co widać nie tylko w "Służbach specjalnych" (2014), w ostatnich filmach jak "Small World", "Pętla", "Miłość, seks & pandemia" oraz w ostatnim "Pitbullu", gdzie pojawiają się wyraźne cytaty z Biblii, a każdy z tych filmów ma wymienionego w napisach końcowych opiekuna duchowego - ks. dr Waldemara Maliszewskiego.

Patryk Vega zapowiada, że autobiograficzna "Niewidzialna wojna" jest jego ostatnim polskim filmem i karierę będzie kontynuował na rynku międzynarodowym. Produkcja trafi na ekrany polskich kin 30 września 2022 roku.

Łukasz Adamski: Obsadzenie aktora, który zagrał Romana Polańskiego u Quentina Tarantino w roli samego siebie to odważny zabieg. Można odebrać to jako nakarmienie ego. Nie ukrywasz przecież, że nazwisko zmieniłeś na cześć Vincenta Vegi z "Pulp Fiction".

Patryk Vega: - Nie chodzi o karmienie ego. Obsadzanie aktorów jest u mnie instynktowne. Ja przez całą karierę budowałem obsadę w oparciu o instynkt. Zdarzało się, że widziałem jakiegoś aktora przez kilka sekund na ekranie czy scenie i czułem, że chcę, by ta osoba kogoś u mnie zagrała. W przypadku "Niewidzialnej wojny" miałem pomysł, by "iść po warunkach" i starałem się znaleźć kogoś, kto fizycznie byłby do mnie podobny. To był błąd. Mój zawód sprowadza się do tego, by szukać postaci, będącej jak najdalej od nas. Trzeba zacząć od wnętrza tej postaci, a nie od tego, co dany aktor oferuje zewnętrznie. Ja nie widziałem Rafała nigdzie przed "Pewnego razu... w Hollywood" Tarantino. Miałem poczucie, że to będzie dobry kandydat do roli. To było instynktowne.

O to właśnie pytam. Skoro Zawierucha zagrał u twojego ulubionego Tarantino ikonicznego polskiego reżysera, to instynkt ci powiedział, że chcesz go mieć w swojej roli. Dla fana Tarantino to wcześniejszy prezent pod choinką.

- Naprawdę o sobie w tym przypadku nie myślałem. Zastanawiałem się nawet, czy to Rafał nie będzie miał problemu z wepchnięciem w szufladę, bo znów gra polskiego reżysera. Ja z tym problemu nie mam.

Dlaczego skierowałeś kamerę na samego siebie? Wiem, że teraz jest moda wśród reżyserów, by opowiadać o sobie. Sorrentino, Branagh, a u nas Koterski czy ostatnio Lech Majewski - wszyscy oni wracają do własnego dzieciństwa w mniej lub bardziej zawoalowany sposób. Ty jednak poszedłeś po bandzie i nakręciłeś swoją biografię. Ten film ma zamykać etap kariery?

- Zrozumiałem, że nie będę w stanie stworzyć wielkiego filmu w polskich realiach budżetowych. Kiedy organizuję komercyjne finansowanie (bez środków publicznych czy PISF) filmu, widzę, że nie ma możliwości w naszych realiach rynku, bym stworzył film, który będzie dopieszczony w każdym szczególe. Dlatego zamykam ten polski rozdział i będę robił rzeczy anglojęzyczne z międzynarodową obsadą. Chcę robić kino przeznaczone do światowej dystrybucji. "Niewidzialna wojna" wydaje się być najbardziej sensownym zamknięciem takiego życiowo-filmowego rozdziału.

- Ten film nie jest jednak kalendarium moich sukcesów. Pojawiają się w nim tylko dwie sceny premier moich filmów. Nie stawiam sobie żadnego pomnika i nie maluje laurki. To byłoby idiotyczne. To jest film o niewidzialnej wojnie, jaka się dokonywała w moim życiu. To opowieść o podróży między mrokiem, a światłem. Chciałem pokazać, że można z ciemności się wydostać. Ten film ma być pokazaniem mechanizmu wyjścia z "doła" i otrzymania drugiej szansy. Pod tym względem jest to uniwersalna historia, w której każdy może się przejrzeć. Osobnym piętrem opowieści jest "amerykański sen", który tak pociąga młodych ludzi. Ja osiągnąłem to, co osiągnąłem bez koneksji. Ba, nie skończyłem nawet szkoły filmowej. Chciałbym, aby moja historia była w tym wymiarze inspirująca. Warto wierzyć w swoje marzenia.

- Nie zapominaj jednak, że to jest dla mnie film trudny. On pokazuje bolesne rzeczy nie tylko z mojego życia, ale też jest trudny dla mojej matki i żony. Moja mama popłakała się po 50 stronach tego scenariusza, bo pewne rzeczy ze swojego życia wyparła, a ja je przypominam. Jak doszła do końca scenariusza, zrozumiała, że bolesne sceny są tam z konkretnego powodu.

Mnie ciekawi jak zareagowała na to, że gra ją Anna Mucha, która w twoim zeszłorocznym filmie "Miłość, seks i pandemia" tworzy postać, mówiąc delikatnie, bardzo perwersyjnej i rozwiązłej kobiety. Nie oburzyła się, że obsadziłeś tą samą twarz w jej roli? Nie nakrzyczała: "Patryk, coś ty narobił!"?

- Wręcz przeciwnie! Była od początku zachwycona, że Ania ją gra. Mama bardzo lubi Anię jako aktorkę. Ania, budując rolę, spędziła z moją mamą sporo czasu, nie tylko oglądając zdjęcia czy rozmawiając o wszystkich sytuacjach z życia. One po prostu się ze sobą skumplowały, co pomogło Ani obronić tę postać.

- Dzisiaj wiele rzeczy z mojego życia może wydawać się zabawnych, ale wtedy tak nie było. Wzięliśmy z mamą kredyt, by kupić kradziony samochód. Mafia wołomińska zabrała mi pieniądze i nie przekazała samochodu. Co zrobiła moja mama? Poprosiła o pomoc koleżankę, która znała gościa z mafii i zasugerowała, by tego, który nas okradł, wywieźć do lasu i wyegzekwować dług. W dzisiejszym świecie, gdy słyszysz o takich historiach, to odczuwasz szok. Ktoś mógłby nazwać moją matkę osobą zdeprawowaną i złą. Ale lata 90. rządziły się innymi prawami. W filmie łatwiej zrozumieć wybory mojej mamy właśnie dzięki temu, jak Ania oddała jej postać. Ania jest moim zdaniem wybitną aktorką i stała się w ostatnim czasie moim kapitalnym partnerem filmowym. Dała postaci mojej mamy coś od siebie. Wzbogaciła ją i wyniosła ponad to, jak ją napisałem. Świetnie mi się z nią pracowało już od czasu "Pitbulla" i uważam, że jej przekleństwem była paradoksalnie uroda. Wepchnięto ją do szufladki cukierkowych ról, nie dostrzegając talentu.

"Niewidzialna wojna" jest kolejnym filmem, którym odbijasz od tego, co zapewniało ci największy sukces komercyjny. Ja postawiłem w recenzji jednego z twoich filmów tezę, że w dużym stopniu zarżnąłeś swoją kurę znoszącą złote jajka. Zrobiłeś to w imię własnych przekonań. Przecież  Gebels w ostatnim "Pitbullu" mówi cytatami ze Starego Testamentu. "Pętla" to opowieść o Synu Marnotrawnym. "Miłość, seks..." to przypowieść o siewcy. Na wielu pokazach miałem wrażenie, że widownia już tego nie kupuje. Chcą gliniarzy i bandziorów o twarzy Tomasza Oświecińskiego.

- Ja nie chcę ciągle kręcić tego samego filmu. Wypracowałem sobie relacje z Hollywood, dystrybutorami i agencjami aktorskimi. Czas na nowe wyzwania. One dają mi to, czego nie czułem od czasu debiutanckiego "Pitbulla". Czuję radość z przyjścia do pracy. Miałem poczucie wypalenia się przez gonitwę za kolejnymi projektami. Pisząc scenariusze nieraz w 20 dni można dojść do ściany. To było odtwórcze - kopiuj/wklej i brak emocji. Teraz zamierzam robić jeden film rocznie. Może nawet rzadziej, by móc wreszcie go dopracować.

- Kwestia wiary w moich filmach jest naturalna. Wiara jest integralną częścią mnie. Jako człowieka i artysty. Ja poszukuję swojego języka, który krystalizuje się z każdym kolejnym filmowym doświadczeniem. Mam poczucie, że potrafię się komunikować z masową widownią, ale jednocześnie nie chcę rezygnować w moim kinie z tego, co jest dla mnie szalenie istotne. Teraz będę kontynuował tą drogę w wymiarze międzynarodowym. Ekscytowałem się elementami kina Tarkowskiego, ale zawsze chciałem trafiać do szerokiej widowni.

W Polsce masz swoją niezależność. Bez względu jak krytycy oceniają twoje filmy, masz miejsce w historii polskiej popkultury jako twórca zupełnie odrębnego kina. Za oceanem może być problem z taką niezależnością.

- Wiele lat temu uzmysłowiłem sobie, że nie jestem w stanie pracować pod kimś czy nawet równolegle z kimś. Nie potrafię funkcjonować jako element zespołu. Mogę jedynie zarządzać nim. Zbudowałem świat biznesu na własnych zasadach. W tym świecie o wszystkim decyduję wyłącznie ja. W przypadku światowych produkcji nie będzie inaczej. Przy biografii Putina dedykowanej dla globalnej dystrybucji również nie podlegam jakimkolwiek naciskom i o wszystkim decyduję ja.

- Mnie interesuje polifonia, polegająca na tym, by każdy widz mógł doświadczyć rozrywki i jednocześnie, by dostał ważne dla mnie treści. Ja stworzyłem sobie świat, który jest piaskownicą na moich zasadach. Nikt nie jest w stanie mi niczego narzucić, nawet w wysokobudżetowym kinie przeznaczonym do światowej dystrybucji.

Czym jest dla ciebie "Niewidzialna wojna"? Katharsis czy egzorcyzmem? A może jednak narcyzmem?

- Dla mnie ten film jest świadectwem. W życiu wierzącego nie ma ważniejszej rzeczy niż świadectwo swojego postępowania. Nie zrobiłbym tego filmu, gdyby nie potrzeba tego świadectwa. Wielu ludzi mi mówiło, że historie z mojego życia nadają się na film. Ja wiem, że jestem narcyzem i megalomanem, ale nie nakręciłbym o sobie dramy. "Niewidzialna wojna" jest świadectwem, choć mam świadomość, jak ciężkim w odbiorze dla mojej żony. Ale ja to musiałem po prostu zrobić.

Nie wycinaj w autoryzacji wyznania, że jesteś narcyzem i megalomanem. Pomogę ci w coming oucie i przyznam, że ja też mam w sobie sporo narcyzmu. To problem naszego środowiska. Problem spory, bo przecież narcyzm i egotyzm też rzucają spory cień i są autodestrukcyjne.

- U mnie problem jest jeszcze szerszy, ponieważ funkcjonuję w mrocznej triadzie, którą jest megalomania, narcyzm i psychopatia. Ważne, aby nie popaść w wywyższanie się i nie dać się porwać próżności. Ja próbuję siebie postrzegać w oczach Boga jako największego grzesznika. W ten sposób sprowadzam się do właściwszego poziomu, uciekając przed mroczną triadą.

Nie bałeś się, że kręcąc film o sobie, zjedzą cię zbyt osobiste emocje? Jak się reżyseruje swoje lustrzane odbicie?

- Inaczej robi się film, w którym odtwarzasz rzeczywistość, którą masz schowaną pod powiekami, a inaczej historię, którą kreujesz od zera. Było mi łatwiej odtworzyć sytuacje, które naprawdę się wydarzyły. Nie musiałem ich kreować i wymyślać. Na planie, gdzie jest ogromne skupienie i adrenalina, najważniejszym było po prostu sprawne przeprowadzenie widza przez moją historię. Miałem dwa metafizyczne momenty, gdy ekranowy Patryk Krzemieniecki mówi, że nie istnieje i staje się Patrykiem Sebastianem Vegą. Wtedy docierało do mnie, że kręcę film o sobie. To było ciekawe. Funkcjonowałem w dwóch światach. Ja najbardziej lubię moment, gdy mogę film oddać zaufanemu montażyście, który sklei pierwszą wersję. Wtedy mogę pracować nad filmem od ogółu do szczegółu. Potem, dokładając muzykę, efekty, kolorując film, nadajesz mu kształt. Oglądając "Niewidzialną wojnę" pierwszy raz na dużym ekranie, zobaczyłem, co zostało dołożone, ale nie tylko do filmu. To było dołożenie - od moich utalentowanych kolegów - artystycznego spojrzenia na moje życia.

Jesteś specjalistą od wyciągania aktorów i szczególnie aktorek z szuflad. Małgorzata Kożuchowska czy właśnie Anna Mucha są tego najlepszym przykładem.  W "Kobietach mafii" czy w "Pitbullach" pracować z tobą chciały największe polskie gwiazdy. W ostatnich filmach nie miałeś już takiego gwiazdozbioru na plakacie. Od "Botoksu" stawiasz właśnie na nieograne w kinie sensacyjnym aktorki.

- Cieszę się, że wielu aktorów i aktorek, które u mnie debiutowały, potem zrobili wielką karierę. Ale równie wielką radość daje mi sięganie po aktorów, spętanych narzuconym wizerunkiem. To wynika z tego, że nie mając w Polsce gigantycznego budżetu, szukam ekscytacji w doświadczeniu z człowiekiem.  To bywa niebezpieczne, bo pracując z artystami, których nie znasz dobrze osobiście, może okazać się, że w trakcie pracy nad filmem relacja zamieni się w koszmar. Ogon może zacząć merdać psem, gdy jesteś na takim etapie zdjęć, że nie możesz już aktora zwolnić i musisz jakoś do końca dojechać. Jednak ta adrenalina i dreszczyk niepewności pomagają mi z rano iść do pracy.

Skoro robisz podsumowanie, to powiedz mi, który swój film uważasz za największą porażkę? Czy jest film, którego nie powinieneś nakręcić, bo nie czułeś jego tematu?

- Mnóstwo rzeczy mi nie wyszło! Powiem więcej - ja nie jestem z żadnego swojego filmu do końca zadowolony. Antonioni powiedział, że jak nakręci kiedyś film, którego nie będzie chciał poprawiać, to przestanie być reżyserem. Mnie zresztą najbardziej zawsze budowały porażki. Nie sukcesy finansowe, ale sytuacje, gdy dostawałem kopa w dupę. Te kopniaki wzmocniły mi kręgosłup i uodporniły mnie na walkę ze światem. Ja miałem tyle fakapów w karierze, że wielu na moim miejscu, by się poddało. To, że przetrwałem kryzysy, powoduje, że nie boję się konfrontacji mojej biografii ze światem. Ja mam poczucie, że w karierze nie zrobiłem nic wielkiego. Moja kariera filmowa się dopiero rozpoczyna. To był mój poligon doświadczalny. Robiąc film w 13 dni zdjęciowych, mówiłem moim przeciwnikom, którzy mieli pieniądze z PISF na 65 dni zdjęciowych, żeby dali mi taki sam czas i ja im pokażę, co potrafię. Jestem najbardziej kasowym reżyserem na piątym co do wielkości rynku w Europie, a kręciłem przecież filmy w chorych warunkach ekonomicznych. Porażki dały mi najlepsze wskazówki, czego mam nie robić.

No więc jakich swoich filmów być dziś nie zrobił?

- Konwencją, w której się nie odnalazłem, jest komedia, jak "Ciacho". Żarty przy stole z kumplami nie wyglądały dobrze na ekranie. Żałuję zrobienia w takim wymiarze serialu "Twarzą w twarz", który zostały przez TVN zamieniony w hybrydę "Magdy M." z kinem sensacyjnym. Nie powinienem robić "Klossa", bo nie interesowała mnie II wojna światowa.

A "Polityka"? Ja lubię twoje próby wprowadzenia do polskiego kina exploatation w "Kobietach mafii", ale jak potem nakręciłeś film o politykach, to łapy mi opadły bardzo nisko. W naszym wywiadzie po "Botoksie" mówiłeś, że nie interesujesz się polityką.

- Nie powinienem brać się za temat polityczny, bo jak miałem opowiedzieć pasjonujący film o tej tematyce w sytuacji, gdy sam nie byłem nawet na wyborach od 18 roku życia. Tak samo było też z "Last Minute", gdzie zamiast realistycznego kina w stylu "Pitbulla", ale o ludziach na wakacjach all inclusive, bawiłem się komedią romantyczną. Niestety "Miłość, seks & pandemia" pokazała mi też, że obyczajowe kino dla kobiet nie jest moim światem. Chciałem spróbować różnych gatunków, ale to kino gangsterskie i policyjne jest moim konikiem. Nie oznacza to, że będę robił takie kino do końca życia. Teraz studiuję mechanikę kwantową, na bazie której skonstruowałem mój najnowszy serial, który zrobię po nakręceniu biografii Putina.

Pewnie nie możesz o tej biografii nic powiedzieć, więc zapytam o twoje największe osiągnięcie filmowe.  Co chcesz mieć wyryte na filmowym nagrobku?

- To wielki epicki film rozgrywający się na przestrzeni 60 lat. Od dzieciństwa Putina aż do agresji na Ukrainę. Nie myślę o swoim nagrobku. Dla mnie, jako katolika, nie ma kompletnie żadnego znaczenia, co zostanie po mnie na ziemi po śmierci ciała, bo to jest tylko faza przejściowa do prawdziwego życia.  Uważam, że nic dotąd jeszcze nie zrobiłem. Wszystko było poligonem ćwiczebnym przed tym, co właśnie rozpoczynam. Moja kariera również dopiero się zacznie.

Rozmawiał Łukasz Adamski

INTERIA.PL
Dowiedz się więcej na temat: Patryk Vega

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy