Anson Boon od zawsze chciał zostać aktorem. Gdy zbliżały się jego siedemnaste urodziny, zwrócił się z prośbą do bliskich, by sprezentowali mu kamerę. Choć nie miał żadnych kontaktów w branży filmowej i początkowo czuł się zagubiony, z pomocą przyszedł mu Internet. Poświęcił wiele godzin na oglądanie klipów instruktażowych, które różni agenci castingowi zamieszczali na platformie YouTube. To zainspirowało go, by spróbować swoich sił i nagrać próbkę swoich umiejętności.
Pierwszą znaczącą rolę stworzył w filmie "Bez pożegnania" (2019) w reżyserii Rogera Michella. W produkcji wystąpił m.in. u boku Susan Sarandon i Kate Winslet. Co ciekawe, Boon nawiązał tak bliską relację z aktorkami, że po zakończeniu pracy nad filmem zrobili sobie identyczne tatuaże (symboliczne czarne ptaki, które nawiązują do oryginalnego tytułu dzieła, czyli "Blackbird"). W tym samym roku pojawił się także na dalszym planie w nagrodzonym trzema Oscarami filmie "1917" Sama Mendesa. Przełomem w jego karierze okazał się biograficzny serial "Pistol" z 2022 roku w reżyserii Danny'ego Boyle'a, który opowiadał o początkach punkowej grupy Sex Pistols. Boon wcielił się w Johnny'ego Rottena i zyskał dzięki temu międzynarodową rozpoznawalność. Kolejną kluczową rolę stworzył już w 2025 roku, występując jako Eddie Harrigan w serialu SkyShowtime "Strefa gangsterów". W produkcji pojawił się razem z takimi gwiazdami jak Tom Hardy, Helen Mirren czy Pierce Brosnan.
"Dobry chłopiec": Anson Boon w najnowszym filmie Jana Komasy
Od 6 marca w polskich kinach możemy oglądać najnowszy film z jego udziałem. "Dobry chłopiec" w reżyserii Jana Komasy to opowieść, która wciąga od pierwszych minut w kalejdoskop wieloznaczności i prowokuje do głębokiej refleksji. Historia, która wodzi za nos czarnym humorem, a jednocześnie zadaje wiele trudnych pytań o granice moralności, nie dając jednoznacznych odpowiedzi.
Dziewiętnastoletni Tommy (w tej roli Boon) lubi swoje beztroskie, pełne używek i lekkomyślnej przemocy życie. Pewnej nocy zostaje porwany przez nieznajomego, Chrisa. Budząc się w piwnicy położonego na uboczu domu, Tommy trafia w sam środek dysfunkcyjnej rodzinnej dynamiki. Chris i jego tajemnicza żona Kathryn próbują uczynić z niego tytułowego "dobrego chłopca" poprzez wymuszoną i specyficzną resocjalizację. Ta przewrotna opowieść o wolności i kontroli pokazuje, jak zmuszony do czytania książek i uczenia się manier Tommy, myśli tylko o jednym - jak stamtąd uciec.
W filmie zobaczymy także nagrodzonego Złotym Globem Stephena Grahama ("Dojrzewanie"), Andreę Riseborough ("Birdman") oraz Monikę Frajczyk ("Zielona granica").
Niedługo przed premierą Anson Boon udzielił wywiadu dla Interii. 26-letni aktor opowiedział o kulisach produkcji i współpracy z polskimi artystami na planie. Ze szczegółami wyjawił także, jak przebiegał proces budowania tej niejednoznacznej roli, za którą otrzymał statuetkę dla najlepszego aktora podczas festiwalu filmowego w Rzymie.
Anson Boon o filmie "Dobry chłopiec" dla Interii: "Byłem zaintrygowany tą niesamowitą podróżą"
Paulina Gandor, Interia: Na początek - gratuluję naprawdę fantastycznej roli!
Anson Boon: - Dziękuję bardzo. Doceniam to. Cieszę się, że możemy porozmawiać.
Opowiedz mi proszę o początkach projektu. W jaki sposób ta przygoda się dla Ciebie zaczęła i jak udało Ci się zdobyć rolę?
- Propozycja przyszła do mnie mailowo, standardowo. Tak jak to często teraz bywa, nie dostałem pełnego scenariusza, kiedy brałem udział w castingu, bo oczywiście nikt nie chce, żeby cokolwiek wyciekło. Jest tak, że ktoś wybiera kilka fragmentów do odegrania. No i ja dostałem dwie takie sceny, obie rozgrywały się w piwnicy, gdzie przetrzymywany jest Tommy - moja postać. W tamtym momencie nie znałem reszty filmu ani kontekstu tej sytuacji, po prostu zaprezentowano mi dwa wycięte fragmenty. I wtedy moją reakcją było: wow. Gość uwięziony w piwnicy, przykuty do łańcucha zwisającego z sufitu i dziwna para patrząca na niego. Pomyślałem, że nigdy wcześniej nie czytałem czegoś takiego.
- Natychmiast pochłonął mnie ten temat, więc poszedłem na casting prowadzony przez świetną Ninę Gold. Usiadłem przed nią i pamiętam, że od razu, naturalnie ułożyłem ręce z tyłu, udając, że jestem skuty kajdankami. Nina zapytała mnie: "Anson, dlaczego tak usiadłeś?", więc odpowiedziałem, że wydaje mi się, że postać jest zakuta w łańcuch i muszę poczuć te ograniczenia. Ona odparła jednak, że nie muszę (śmiech). Jednak ciągnąłem temat dalej i powiedziałem, że czuję, że to jest ważne dla tej roli. Muszę poczuć, że cokolwiek by się nie działo i jak mocno bym nie był sprowokowany przez tę parę, nie jestem w stanie się uwolnić. Wszystkie sceny zagraliśmy w tej pozycji i to było dla mnie bardzo pomocne.
- Po tym pierwszym castingu mogłem już przeczytać cały scenariusz. Pamiętam, że otworzyłem go na stronie pierwszej, drugiej, trzeciej, czwartej, piątej, potem sto piątej. Bardzo szybko udało mi się go przeczytać do końca, historia niewiarygodnie mnie wciągnęła. Plus naprawdę uważam, że wykonano kawał świetnej roboty przy montażu tego filmu. To jedna z tych produkcji, które oglądasz, zgadując, co się tak naprawdę stanie aż do ostatnich 10 minut pokazu. Doświadczasz wtedy tych zwrotów akcji w taki sam sposób, jak ja, kiedy po raz pierwszy czytałem ten scenariusz.

Grany przez Ciebie Tommy jest bardzo pewnym siebie, porywczym nastolatkiem. Zastanawiam się więc, jakie masz do niego podejście, co sądzisz o nim jako osobie i o jego przemianie na przestrzeni całej historii?
- Pamiętam, że kiedy po raz pierwszy rzuciłem okiem na scenariusz, uderzyło mnie to, że tak naprawdę nie ma tutaj oczywistego protagonisty i antagonisty. Bardzo mi się to podobało. Jest Tommy, śledzimy historię jego oczami, widz jest z nim blisko przez ten cały czas. Robi okropne rzeczy na początku filmu, a mimo wszystko się mu kibicuje. Kiedy czytałem tę historię, powiedziałem sobie, chcę, żeby on stał się dobry, żeby mu się powiodło, żeby uwolnił się z tej strasznej sytuacji i piwnicy. On jednak ciągle mnie zawodził i robił złe rzeczy. A potem widzisz tę parę, która w gruncie rzeczy ma dobre zamiary, no ale sami robią różne okropieństwa, jak choćby trzymanie tego chłopca wbrew jego woli.
- Tommy był jednak dla mnie bardzo ważny. Ma w sobie dwa odmienne charaktery. Jest pierwszy, który się manifestuje na początku filmu, drugi na sam koniec. To są w zasadzie dwie zupełnie różne osoby, ponieważ on przechodzi przez ten proces. Możemy nazwać to rehabilitacją, indoktrynacją, więzieniem lub syndromem sztokholmskim, ale ostatecznie prowadzi go to po prostu do bycia zupełnie kimś innym na końcu tej drogi.
- Byłem zaintrygowany tą niesamowitą podróżą, którą mogłem odegrać. Nieczęsto aktor dostaje do zagrania takie role, jak ta. Bardzo mnie to wciągnęło i całkowicie poświęciłem się temu procesowi. W końcu sam stworzyłem siedem etapów rozwoju Tommy'ego, które pozwoliły mi przejść tę drogę od początku do końca.
Jak w takim razie przebiegał ten proces przygotowywania się do roli?
- Przede wszystkim, scenariusz był tak bogaty w detale, że czułem, że sam przemawia swoim głosem. Kiedy odczytywałem kwestie mojej postaci, robiłem to z manchesterskim akcentem, który różni się od tego, jakim ja sam na co dzień się porozumiewam. Nie byłem w stanie wskazać, dlaczego czuję, że Tommy mógł tak mówić, ale wiedziałem, że tak to powinno brzmieć. Po czasie, kiedy spotkałem współscenarzystę tego filmu [Naqqasha Khalida - przyp. red.] na jednym z letnich festiwali okazało się, że on właśnie pochodzi z Manchesteru. Niezależnie od tego, jak to napisał, w jakiś sposób udało mu się włożyć w tekst własny głos, co moim zdaniem było naprawdę wspaniałe.
- Żeby przygotować się do tej roli, postanowiłem pojechać do Manchesteru, spędzić tam weekend, wybrać się na jakąś imprezę i zobaczyć, jak to tam wygląda, ponieważ jest to zupełnie inne doświadczenie. Ludzie imprezują w Londynie w pewien charakterystyczny sposób, w każdym miejscu na świecie wygląda to nieco inaczej. W Manchesterze wytworzyła się wspaniała scena muzyczna; to miejsce ma bogatą historię i wiele grup się stamtąd wywodzi, są także świetne kluby techno itp., a w filmie Tommy jest bardzo zaangażowany w to dyskotekowe życie. Odwiedziłem kilka takich miejsc, zobaczyłem, jak ludzie się tam zachowują, jak się ubierają. Mój pierwszy dzień w pracy polegał właśnie na przymierzaniu kostiumów. Zawsze uważałem, że jest to bardzo pomocna rzecz w budowaniu postaci. W filmach kostiumowych nosi się dużo garniturów, znam też aktorki, które często wspominają o sukniach balowych czy gorsetach, a które nie są jednak częścią dzisiejszego życia codziennego. Dzięki temu filmowi nauczyłem się jednak, że we współczesnych produkcjach kostiumy również są bardzo ważne. Spędziliśmy dużo czasu, żeby zbudować image Tommy'ego i ten wygląd automatycznie pomógł w procesie przemiany. Po założeniu odpowiedniego stroju wszystko się zmienia. I tak powoli, dzień po dniu stawałem się Tommym, odnalazłem jego głos, styl, posturę, sposób poruszania się. Tak więc przymierzanie strojów było bardzo pomocne. Spędziliśmy też sporo czasu z Janem Komasą, pracując nad scenariuszem i analizując go szczegółowo.
- Czuję, że w przypadku przygotowań się do tej roli wykorzystałem wiele umiejętności, które wyniosłem ze szkoły, choć wcześniej nawet bym nie pomyślał, że kiedykolwiek mi się przydadzą. Przejrzenie tekstu linijka po linijce też było naprawdę pomocne, żeby zrozumieć, czym jest ta historia na różnych poziomach. To była naprawdę piękna podróż.
Choć rzeczywiście motywów w tej produkcji jest sporo, to jednak wolność wydaje się jednym z kluczowych; w końcu Twoja postać przez większość czasu jest więziona wbrew własnej woli. Wolność - co ten termin oznacza dla Ciebie jako aktora?
- Myślę, że kiedy jesteś aktorem i polegasz na swojej kreatywności i wyobraźni, żeby budować postać, to w pewnym sensie towarzyszy Ci takie prawdziwe poczucie wolności. Oczywiście, ma się też scenariusz, który w pewnym sensie jest twoim przewodnikiem; należy szanować wizję scenarzysty i kwestie, które dla Ciebie napisał. Wiele rzeczy można jednak budować w swojej wyobraźni, ubarwiać to, co zostało dla Ciebie napisane, kreować tę postać od podstaw. Czasami jest jednak łatwo poddać wszystko w wątpliwość i zadawać sobie pytanie, czy dobrze się interpretuje otrzymany tekst. To na pewno jest umiejętność, nad którą staram się pracować.
- Rozmawiałem dużo o tym z bardziej doświadczonymi kolegami po fachu, że zawsze się czegoś uczysz i rozwijasz w takich sytuacjach, a Twoja kreatywność się poszerza. Myślę więc, że to na pewno ma znaczenie - umiejętność zaufania swoim instynktom, poleganie na nich i cieszenie się tą twórczą wolnością, którą się posiada.
- Oczywiście w samym filmie, na jego początku, Tommy używał swojej wolności w niewłaściwy sposób. Myślę, jednak, że tak naprawdę to mówi dużo o uwadze i trosce lub, jak w przypadku Tommy'ego, o tym, co się dzieje, gdy brakuje tych czynników. On po prostu przez cały czas potrzebował uznania; dlatego kręcił te okropne filmiki, na których robił straszne rzeczy. Robił to tylko po to, żeby otrzymać jakąś reakcję od ludzi. Chce, żeby otoczenie go widziało, tworzy pewnego rodzaju clickbaity. Bez zdradzania zbyt wielu szczegółów - w trakcie widz poznaje urywek jego życia i zauważa, że tak naprawdę nikt nie zwraca na niego uwagi, nikt go też nie szuka. Może właśnie to jest powód jego złego zachowania i rozpoczęcia tej dziwnej gry. To jednak zostawiam już do oceny widowni.

Anson Boon o współpracy z Janem Komasą: "Bez wahania zrobiłbym to jeszcze raz, chociażby jutro"
Jako widzowie mamy okazję przyglądać się wewnętrznej przemianie Tommy'ego. W całym tym procesie ważną rolę pełnią książki i filmy. Jakie pozycje byś wymienił jako przełomowe dla Ciebie?
- Interesujące pytanie. Powiedziałbym, że jeżeli oglądam film, który staje się później ważny dla mnie i mojej pracy, to jest tak dlatego, że przede wszystkim czuję się zainspirowany grą aktorską. Przede wszystkim wymieniłbym tutaj produkcję Jana Komasy "Boże ciało", niesamowite dzieło. Wiesz, kiedy zaproponowano mi tę rolę, od razu zacząłem oglądać jego wcześniejsze filmy. Obserwując, jak dobrze w "Bożym ciele" Jan potrafił uchwycić i udokumentować życie młodego człowieka w kryzysie, stwierdziłem: "no tak, 'Dobry chłopiec' jest właśnie o czymś takim". Widząc to, stwierdziłem, że chcę wziąć w tym udział, być częścią tej wizji, bo ten gość naprawdę potrafi to wszystko pokazać.
- Podczas przygotowań wróciłem też do "Trainspotting". Jeden z naszych producentów, Jeremy Thomas, który jest legendą brytyjskiej sztuki filmowej, polecił mi kilka innych tytułów, które w pewnym sensie pasują koncepcją do "Dobrego chłopca". Widziałem "Romper Stomper" z Rusellem Crowe'm, "Fanatyka" z Ryanem Goslingiem i "Made in Britian" z Timem Rothem. To filmy z niesamowicie zagranymi, 'złymi chłopcami'. Jeremy wciąż mi powtarzał: "wiesz, Tommy to naprawdę niegrzeczny gość, musisz zobaczyć te produkcje, żeby wiedzieć, jak wcielić się w takiego". To zainspirowało mnie twórczo do stworzenia postaci opartej na tych rolach. Uważam, że filmy mają na mnie ogromny wpływ.
Wspomniałeś o Janie Komasie, więc muszę dopytać, jak wam się współpracowało?
- Och, świetnie! Bez wahania zrobiłbym to jeszcze raz, chociażby jutro. My obaj po prostu dzielimy ogromną miłość do tego filmu i scenariusza, która wykracza poza taką zwykłą chęć pracy. Wiesz, to jest taka produkcja, którą sam jako miłośnik sztuki filmowej chciałbym po prostu zobaczyć w kinie. Kocham produkcje z dreszczykiem, w których eksploruje się złożone postacie i ich dramaty, jak i również takie, w których są pewne eksperymentalne koncepcje, ale osadzone w rzeczywistości. Myślę, że właśnie takie rzeczy Jan bardzo dobrze robi w swoich dziełach.
- Wiesz, akcja została osadzona w Wielkiej Brytanii, ale to wszystko ma w sobie taką prawdziwą, europejską wrażliwość. Myślę, że europejscy twórcy są w tym bardzo dobrzy - w ożywianiu dramatu w nieoczekiwany i eksperymentalny sposób oraz w przekraczaniu granic dzięki tworzeniu naprawdę interesujących koncepcji. I ja uwielbiam oglądać takie rzeczy, a Komasie genialnie to wychodzi. Z przyjemnością znów wystąpiłbym w jednym z jego filmów.
Mam w takim razie nadzieję, że będziecie mieli okazję się jeszcze spotkać przy jakimś innym projekcie. Wracając do samego filmu, zdecydowanie jest to historia, która będzie prowokować do różnych dyskusji i przemyśleń po seansie. Chciałbyś, żeby widzowie wychodzili z kina z jakimiś konkretnymi odczuciami?
- Myślę, że nie chodzi o to, by u ludzi pojawiły się jakieś konkretne emocje. Bardziej zależy mi na tym, żeby po prostu rozmawiali o swoich odczuciach, ponieważ sądzę, że to sprawia najwięcej radości, kiedy oglądasz film a później ze znajomymi, rodziną czy Twoim partnerem dyskutujecie na jego temat, albo nawet kiedy sam ze sobą prowadzisz taki dialog i cały czas masz to w głowie, kiedy wyjdziesz już z kina. Uważam, że to wyjątkowa rzecz, kiedy taki film zostawia Cię z pytaniami i domysłami, kiedy myślisz o tym nawet parę dni później. Mam nadzieję, że "Dobry chłopiec" wywoła właśnie taki efekt, o którym mówisz, ponieważ ilu ludzi, tyle doświadczeń i przemyśleń.
Przykładowo, byłem zszokowany, kiedy pokazaliśmy "Dobrego chłopca" na Festiwalu Filmowym w Toronto i okazało się, jak wiele osób uważa go po prostu za... zabawny. Wiesz, kiedy go kręciliśmy i byłem przykuty do ściany w piwnicy, nie wydawało się to zbytnio śmieszne. Czułem, że to bardzo poważne i intensywne doświadczenie. A potem, kiedy ogląda się to na dużym ekranie, okazuje się mieć to w sobie coś z takiej kapryśnej, mrocznej bajki i czarnego humoru. Jako aktor nie jesteś w stanie przewidzieć takich rzeczy podczas kręcenia, bo jesteś po prostu skupiony na pracy.
- Myślę więc, że zamiast wskazywać ludziom, jak powinni się czuć, bardziej interesuje mnie to, jakie sami mają odczucia, kiedy wychodzą z pokazu. I mam nadzieję, że mają te, które przede wszystkim skłaniają do rozpoczynania rozmów. O tym jest tak naprawdę ten film; nie staramy się tutaj dyktować żadnej moralności ani uczyć niczego ludzi. Po prostu pokazujemy pewien eksperyment i obserwujemy reakcje.
A co sądzisz o samym zakończeniu? Oczywiście bez zdradzania detali.
- Przede wszystkim nie chodzi w nim o to, żeby uczyć, co powinno się robić, ani o to, żeby dawać przykład. Nie popieramy tu żadnego rodzaju resocjalizacji ani nic w tym rodzaju; to fikcyjna historia, która ma wyłącznie skłonić do dyskusji. Tak jak wspomniałem wcześniej, właśnie to przyciąga mnie jako miłośnika kina. Filmy takie jak ten sprawiają, że kwestionuję swoje dotychczasowe przekonania lub patrzę na sprawy z innej perspektywy. Na pewno nie jest to opowieść o moralności czy coś w tym rodzaju. Pokazujemy po prostu historię grupy ludzi z problemami i tego, jak ich przeszłość, zło i krzywdy, które wyrządzili, wpływają na ich życie. Nie mogę się doczekać, żeby usłyszeć, co ludzie o tym myślą.
Anson Boon jest zachwycony Polską. "Chętnie wrócę"
Przy "Dobrym chłopcu" pracowało wielu Polaków. Wśród nich byli między innymi Monika Frajczyk, Bartek Bartosik, Michał Dymek. Jestem więc ciekawa, czy w trakcie udało ci się dowiedzieć czegoś o Polsce lub nauczyć jakichś polskich słów?
- (po polsku) "Tak". Nauczyłem się, że najważniejszy zwrot na planie to "Poproszę woda", a po pracy "Poproszę wódka" (śmiech). "Dziękuję bardzo" oczywiście też.
- Właściwie nauczyłem się sporo polskiego i świetnie mi się pracowało nad filmem w Warszawie. Myślę, że jest to bardzo ważne dla struktury produkcji. Jak już wspomniałem, oczywiście akcja rozgrywa się w Wielkiej Brytanii i ma prawdziwie brytyjski charakter, jednak wydaje mi się, że sposób, w jaki ta historia została opowiedziana, jest bardzo europejski i polski. Mówiłem już o filmach Jana, w których on naprawdę nie boi się zgłębiać demonów dręczących zniszczonych młodych mężczyzn. Myślę, że to jest właśnie ten wyjątkowy klimat, który Komasa wnosi do filmu i mam nadzieję, że spodoba się Polakom, ponieważ reżyser jest bardzo szanowany w Polsce i ma tam wielu fanów.
- Wymieniłaś kilku polskich twórców, ale oczywiście był też Jerzy Skolimowski, nasz producent. Absolutny pionier w eksperymentalnym sposobie opowiadania. Miał dla mnie wiele bezcennych wskazówek w trakcie kręcenia filmu, które potrafiły postawić wszystko na głowie. To było bardzo ważne i ciekawie się w ten sposób eksperymentowało. Michał Dymek, nasz niesamowity operator, który pnie się na sam szczyt i to z właściwych powodów, ponieważ jest naprawdę niesamowity w tym co robi. Także chętnie wrócę i wystąpię w kolejnym filmie w Polsce, gdy tylko nadarzy się ku temu okazja.
Serdecznie zapraszamy, przyjeżdżaj częściej!
- Dziękuję bardzo.
Dotychczas miałeś okazję zagrać wielu zbuntowanych bohaterów. Wśród nich jest choćby Johnny Rotten (John Lydon), jeden z moich ukochanych muzyków, w którego wcieliłeś się w serialu "Pistol" Danny'ego Boyle'a.
- Ooo, ale super!
Tak, jestem ogromną fanką Sex Pistols i Public Image Ltd. (śmiech)
- Wspaniale! Uwielbiam to.
Koniec dygresji. (śmiech) Wracając - Rotten, Eddie Harrigan w "Strefie gangsterów", teraz taka rola. Zauważam tu pewien schemat. Czy to jest twój wybór, zbieg okoliczności czy jeszcze coś innego? Chciałbyś zagrać jakąś całkowicie inną postać w przyszłości?
- Zdecydowanie pociągają mnie buntownicze postacie. Myślę, że w tych rolach jest coś płomiennego, co zawsze lubię odkrywać i uważam, że fascynujące jest też to oglądać. Jednak z perspektywy aktora postrzega się tych wszystkich bohaterów jako zupełnie różne osoby. Buduje się te postacie od podstaw w swojej głowie lub jak w przypadku Johnny'ego Rottena, który oczywiście jest prawdziwą osobą, jest to nieco inne doświadczenie, ponieważ ma się do dyspozycji wiele materiałów źródłowych. Z całą pewnością chcę nadal kreować różne postacie, przekraczać granice siebie samego oraz wszystkich tych ról. Jednak tak jak powiedziałaś, "buntowniczy" to ładne słowo. Zdecydowanie lubię czytać scenariusze, które sprawiają wrażenie odważnych, oraz postacie, które wydają się buntownicze.
Wspomniałam też o "Strefie gangsterów", ten serial również bardzo mi się podobał.
- O, świetnie!
Jest obecnie bardzo popularny i wiadomo już, że powstanie drugi sezon. Jestem bardzo podekscytowana!
- Tak, właśnie go kręcimy. Teraz kiedy rozmawiamy, jesteśmy w trakcie realizacji drugiego sezonu.
Wspaniale!
- Przed nami jeszcze miesiąc pracy. Drugi sezon "Strefy gangsterów" zagości na ekranach jeszcze w tym roku, więc bądźcie czujni. [...] Mam nadzieję, że spodoba się tak samo, jak pierwszy sezon. Będzie jeszcze bardziej wybuchowo.

Nie mogę się doczekać! Jednak powiedz, spodziewałeś się, że ten serial odniesie aż taki sukces?
- Oczywiście byłem świadomy, że grają tu naprawdę wspaniali aktorzy - Tom Hardy, Pierce Brosnan, Helen Mirren, Paddy Considine…
...i Ty
- Oh, dzięki, to miłe. Wiesz co, ja po prostu jestem szczęściarzem. Mam to szczęście, być otoczony niesamowitym towarzystwem i takimi postaciami, jak reżyser Guy Ritchie czy scenarzysta Jez Butterworth. To miało wszystkie potrzebne składniki, żeby odnieść sukces. Jednak nigdy nie myślisz o tym, kiedy jesteś po prostu pochłonięty przez pracę. Nie zastanawiasz się nad końcowym rezultatem. Jako aktor wykonujesz swoją robotę każdego dnia, a potem myślisz, że wszystko da się zrobić podczas montażu. Czasami jesteś niesamowicie zaskoczony efektem końcowym. Tak jak mówiłem, na przykładzie "Dobrego chłopca", nie byłem w stanie przewidzieć kierunku, jaki ostatecznie obierze ta mroczna baśń. W przypadku "Strefy gangsterów" byłem pozytywnie zaskoczony, słysząc, jak wielu osobom się spodobał i do jak dużej części dotarł. To zawsze jest coś wyjątkowego.
Poza tym, co dalej? Szykujesz się do jakichś nowych projektów?
- W tym momencie siedzę głęboko w świecie "Strefy gangsterów". Wynurzam się z niego tylko po to, żeby pogadać o "Dobrym chłopcu", bo to film, który naprawdę kocham, no ale jestem jednak aktualnie skupiony przede wszystkim na pracy na planie. Będę potem pracował przy kilku kolejnych produkcjach, ale to tytuły, których nie ogłoszono jeszcze oficjalnie. Więc podobnie jak w "Dobrym chłopcu" - dam wam trochę czasu na zgadywanie, o co może chodzić. W przeciągu kilku tygodni i tak wszystkiego się dowiecie.
Kończy nam się czas, więc to już ostatnie pytanie. Z Twoich słów wynika, że praca nad "Dobrym Chłopcem" okazała się bardzo kształcącym doświadczeniem, nauczyła Cię wielu rzeczy. Które z nich są dla Ciebie najważniejsze i zostaną z Tobą na dłużej?
- Myślę, że ta wędrówka, której częścią stał się główny bohater, jest wręcz epicka. I to jest też coś, co poniekąd wiąże ten projekt z serialem "Pistol" i czasem, gdy grałem Johnny'ego Rottena, ponieważ on również odbywa taką podróż. To jednak oczywiście był dłuższy format, miałem aż sześć godzin, żeby to eksplorować. W tym przypadku musieliśmy się zmieścić w 110 minutach, żeby postać stała się na końcu zupełnie inną. I tak jak wspominałem, mogłem oprzeć się na niewiarygodnie szczegółowym i dopracowanym scenariuszu. Były tam wszystkie niezbędne wskazówki dla mnie, musiałem tylko je po prostu znaleźć i odblokować. W scenariuszu też znalazłem tyle tropów dotyczących miejsc, w których bohater dowiaduje się czegoś, co zmienia jego zachowanie i sposób postrzegania tej rodziny. Myślę więc, że analizowanie takiego scenariusza, próba ugruntowania tej koncepcji oraz uczynienie jej realistyczną i przystępną dla widzów - to była rzecz, której naprawdę się nauczyłem podczas pracy nad tym filmem.
"Dobry chłopiec" w reżyserii Jana Komasy w kinach od 6 marca.












