Reklama

Reklama

Małgorzata Foremniak: Na początku były okulary

W filmie "Sonata" Bartosza Blaschke - biograficznej opowieści opartej na historii Grzegorza Płonki, pochodzącego z Murzasichla chłopca, który przezwycięża słuchową niepełnosprawność, by spełnić marzenie o pianistycznej karierze - Małgorzata Foremniak wcieliła się w postać przybranej matki głównego bohatera. W rozmowie z Interią aktorka przyznała, że kluczowe dla roli w "Sonacie" okazały się... okulary. Opowiedziała także o wypadku, który pomógł jej przekonująco zagrać najmocniejszą emocjonalnie scenę filmu.

Małgorzata Foremniak w filmie "Sonata"

Mam wrażenie, że pani rola w "Sonacie" wykracza poza czysto aktorskie zadanie, stając się też w pewnym sensie wyjątkowo osobistym przeżyciem.

Małgorzata Foremniak: - To jest dla mnie bardzo ważny film. Żeby zbudować tę rolę, musiałam przeniknąć do świata niezwykłej rodziny Płonków. Małgosię Płonkę, postać, którą zagrałam, określiłabym mianem cichej, skromnej mistrzyni. Było to dla mnie bardzo duże wyzwanie - zbudować postać, mając obok żywego człowieka ze skomplikowanym światem intymnym. Musiałam więc wykreować coś, co z jednej strony będzie moje, a równocześnie spójne z prawdą o tej osobie i do tego w żaden sposób jej nie urazi. Ten film jest bowiem dla prawdziwych Płonków obnażeniem ich świata wewnętrznego. Musieli się wykazać niezwykłą odwagą otworzenia się przed ludźmi.

Reklama

- A wracając do mojej roli. Odcięłam się od mojego świata. By wejść w świat Małgosi Płonki, musiałam ją przeanalizować, zbudować ją w sobie od środka - krok po kroku, ruch po ruchu... Obserwowałam jak patrzy, jak się porusza. Szukałam tego, co ukryte, czyli charakteru i osobowości. Dużo też rozmawiałam z Małgosią. To były wspaniałe kobiece rozmowy.

Małgorzata Foremniak: Kobieta w okularach

Wspólnie z partnerującym pani Łukaszem Simlatem zamieszkaliście przez jakiś czas z Płonkami.

- I Małgosia, i Łukasz to są niezwykli ludzie, otwarci, ale i charakterni. Zarówno dla mnie, jak i dla Łukasza Simlata, który wcielił się w Łukasza Płonkę, zagadką było, jak nas odbiorą. Obawiałam  się tego pierwszego spotkania z Małgosią, ale kiedy spojrzałam w jej oczy, które mają szary kolor, zobaczyłam delikatną, kruchą osobę, która chodzi "w zbroi", ale ta "zbroja" wrosła już w jej ciało. To było jak nagłe uderzenie w środek serca. Pomyślałam sobie: "Nie wiem, co się będzie działo ale chcę to przeżyć  i oddać się temu całkowicie". Mieszkaliśmy u nich przez tydzień. Spotykaliśmy się, rozmawialiśmy. Byliśmy przy śniadaniu, przy obiedzie, kolacji, chodziliśmy na spacery. Staliśmy się obserwatorami ich życia, mogliśmy poczuć rytm ich codzienności, uwrażliwić się na słyszane przez nich dźwięki. W końcu otworzyli się na nas tak, jak my na nich.

Ważnym elementem pani roli jest fenomenalna charakteryzacja, zwłaszcza wielkie okulary, które - jak słyszałem - sprawiły pani oraz ekipie sporo problemów.

- Reżyser Bartek Blaschke próbował stworzyć ekranowe odpowiedniki małżeństwa Płonków. Przymierzaliśmy wiele kostiumów, bo chcieliśmy otrzymać wizualny kod do danej postaci. Odpowiedzialna za kostiumy Emilia Czartoryska przyniosła kilka propozycji okularów, a te, które noszę w filmie, przymierzyłam jako pierwsze; do tego ubrałam koszulę męską w kratę i barchanowe spodnie. Doszła jeszcze fenomenalna charakteryzacja Anny Gorońskiej. Wtedy pojawiła się postać kobiety w za dużym ubraniu i charakterystycznych powiększających okularach.

- Abym mogła w nich grać, musiałam jednocześnie nosić korygujące szkła kontaktowe. Wyraźnie widziałam tylko to, co było przede mną, a kiedy spoglądałam w bok, obraz był rozmyty. To dało niezwykły efekt zamknięcia - jak za szybą - i ułatwiło mi przeniesienie się do innego świata, do świata Małgorzaty Płonki. Bo zarówno Małgosia, jak i jej mąż żyją w zamkniętym świecie. To nie tylko Grzesio był zamknięty. Tak naprawdę oni wszyscy musieli się jakoś trzymać razem, żeby to wszystko przetrwać. A świat zewnętrzny w ogóle nie był sprzyjający. Wspólne bycie razem okazało się dla nich tarczą bezpieczeństwa. Te powiększające  okulary okazały się kluczowe. Jak tylko je wkładałam, od razu zmieniała mi się percepcja. Pomagały mi wczuć się w ich w świat.

Małgorzata Foremniak: Nie sądziłam, że będzie tyle śmiechu

Łukasz Simlat mówił na konferencji prasowej po pokazie filmu w Gdyni, że "Sonatę" charakteryzuje "niepolskie" poczucie humoru. Miał pewnie na myśli sytuację, w której ta niezwykle osobista, intymna i emocjonalna historia przełamywana jest lżejszymi, niemal komediowymi sekwencjami. Chodzi mi m.in. o scenę edukacji seksualnej między pani bohaterką a jej ekranowym synem czy wyzwalającą sekwencję w górach, gdy bohater Łukasza Simlata nie może się powstrzymać przed radosnym wykrzykiwaniem najpopularniejszego polskiego przekleństwa. Dużo improwizowaliście, ponieważ wydaje mi się, że tych momentów nie było w scenariuszu?

- Na planie tego filmu staliśmy się Płonkami. Wiele pomysłów generowanych było przez nas spontanicznie. Kiedy się organicznie wejdzie w postać, ciało zaczyna samo podpowiadać pewne rozwiązania. Grający Grzesia Płonkę Michał Sikorski tak wspaniale opanował język Grzesia, że kiedy były przerwy między ujęciami, to mu się myliło - raz mówił językiem Grzesia, a raz swoim. Wychodziły z tego różne śmieszne sytuacje, ale one stały się zabawne dopiero na taśmie. Kiedy je graliśmy, nie odczuwaliśmy tego w ten sposób.

- Tak jak w scenie edukacji seksualnej -  ja byłam po prostu Małgosią Płonką i rozmawiałam z synem, który niewyraźnie mówi. Mówiłam do niego jak Małgosia, zawsze głośniej i donośnie, żeby usłyszał. Tak samo Łukasz Simlat, tak samo Michał. Dla nas to było normalne. Dopiero później, uświadomiliśmy sobie, że język Płonków, kiedy nabierzemy do niego dystansu, może okazać się zabawny. Przekonałam się o tym podczas seansu na festiwalu w Gdyni, kiedy słyszałam, jak widzowie reagowali na ten film. To było niesamowite. Nie sądziłam, że będzie tyle śmiechu.

Małgorzata Foremniak: Wypadek na planie

Jest w "Sonacie" kilka wymagających emocjonalnie scen, ale przypuszczam, że najtrudniejsza okazała się ta, w której pani bohaterka zostaje popchnięta przez ekranowego syna. Następnie słyszymy pełen rozpaczy i żalu płacz cierpiącej i niezrozumianej kobiety.

- Gdy Grzesio mnie pchnął do strumienia, niechcący poślizgnęłam się i uderzyłam tak mocno w rękę, że byłam przekonana, że ją złamałam. Ale wiedziałam, że nie mogę przerwać tej sceny. To jest taki moment, gdy z jednej strony jesteś Małgosią Płonką, a z drugiej jesteś Małgosią Foremniak, która - jako aktorka - ma świadomość, że już nie będzie można tego powtórzyć, bo siada ekspozycja. To był ułamek sekundy,  miałam to wszystko w głowie i przeniosłam ten ból z Małgosi-aktorki na swoją ekranową bohaterkę. Ten ból dał mi takiego kopniaka, że mogłam wykrzyczeć wreszcie jej bunt i jej gorycz.

- Nie wiem, czy Małgosia Płonka kiedykolwiek wypowiedziała takie słowa. Myślę, że nie. Ale podpowiedziała mi je intuicja. Gdy skończyliśmy dzień zdjęciowy, moja ręka była spuchnięta, miałam potężnego krwiaka, ale wszystko dobrze się skończyło.

Czytaj więcej:

Małgorzata Foremniak o erotycznych scenach w filmie "Sługi boże"!

Małgorzata Foremniak: Nie lubię dużej ilości trupów

Małgorzata Foremniak: Kobieta w czerwieni

Więcej newsów o filmach, gwiazdach i programach telewizyjnych, ekskluzywne wywiady i kulisy najgorętszych premier znajdziecie na naszym Facebooku Interia Film.

INTERIA.PL
Dowiedz się więcej na temat: Małgorzata Foremniak | Sonata

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje