Albrecht Schuch należy do jednych z najbardziej utalentowanych niemieckich aktorów swojego pokolenia. W 2020 roku zdobył dwie statuetki Niemieckiej Nagrody Filmowej (Lola) za role w filmach "Berlin Alexanderplatz" oraz "Błąd systemu", przechodząc do historii jako jedyny aktor, który zwyciężył w dwóch kategoriach podczas tej samej ceremonii wręczenia nagród. Za rolę w obsypanym Oscarami "Na zachodzie bez zmian" zdobył nominację do BAFTA.
Już 22 sierpnia zobaczymy go na ekranach polskich kin w czarnej komedii austriackiego reżysera Bernharda Wengera "Paw zwyczajny". Schuch gra tam Matthiasa, agencyjnego przyjaciela "na wynajem", który w wyniku ciągłego udawania przeżywa tożsamościowy i emocjonalny kryzys. Podczas premiery filmu na 81. Festiwalu Filmowym w Wenecji mieliśmy okazję porozmawiać z Albrechtem Schuchem o aktorskiej higienie pracy, wychodzeniu z ról i przybieraniu masek - w życiu zawodowym, jak i prywatnym.
Zobacz zwiastun filmu "Paw zwyczajny".
Daria Sienkiewicz: Twój bohater codziennie gra kogoś innego - idealnego chłopaka, wzorowego syna czy błyskotliwego partnera biznesowego. Czy trudno było ci wcielać się w kilka różnych ról naraz?
Albrecht Schuch: - Szczerze mówiąc, nieszczególnie. To było raczej zabawne wyzwanie, które dało mi dużo radości z grania. O wiele trudniejszym zadaniem było dla mnie znalezienie w Matthiasie czegoś charakterystycznego, jakiejś charyzmy czy rysu osobowości. Dla mnie naturalne jest wchodzenie w różne postacie, bo zaraz po studiach przez długie miesiące ćwiczyłem swój warsztat w teatrze. A tam, zdarzało mi się grać nawet osiem różnych ról w jednym spektaklu. Każdy doświadczony aktor teatralny powie ci, że to coś normalnego, bo z każdym kolejnym występem stajesz się bardziej elastyczny. Dlatego, już na początku rozmów z Bernardem, reżyserem "Pawia...", zgodziliśmy się, że nie chcemy pokazywać widzom jakiegoś nadaktora, który efektownie przeskakuje z jednej roli w drugą. Matthias nie jest ani perfekcyjny, ani spektakularny, dlatego nie chciałem robić z jego codzienności żadnej aktorskiej pokazówki.
Chciałeś pokazać widzom jego "ludzką" stronę.
- Tak, nie chodziło o to, żeby ludzie mówili "Och, pan Albrecht Schuch zagrał to tak świetnie", albo "Przesadził, nie wierzę, że nauczyciel się tak zachowuje". Chodziło o coś więcej - o pokazanie człowieka, który tak bardzo zanurza się w różne role, że zapomina po pracy wcisnąć przełącznik i wrócić do prawdziwego siebie. Właśnie dlatego Matthias stracił kontakt z własnymi emocjami.
Zobacz również:
A czy ty pamiętasz zawsze o "przełączeniu się" i wyjściu z roli?
- Musiałem się tego nauczyć. Był moment w mojej karierze, kiedy czułem się w życiu naprawdę nieszczęśliwy. Zapominałem wówczas o oddzielaniu siebie od postaci. Na studiach uczono mnie, jak wejść głęboko w rolę; czerpać siłę z własnego wnętrza; pokazywać prawdziwe emocje, w tym łzy i ból. Ale nikt nie pokazał mi, jak z tego dołu wyjść i odnaleźć drogę do normalności. Praca zaczęła wpływać na moją codzienność i poczucie tożsamości. Czułem się zmęczony, miewałem epizody depresyjne, bez powodu krzyczałem na bliskich. Zdałem sobie sprawę, że noszę w sobie emocje, które nie należą do mnie. Wiedziałem, że podobny problem miało wiele znanych aktorów praktykujących aktorstwo metodyczne, ale nie miałem pojęcia z czym się mierzą, dopóki sam tego nie doświadczyłem. Tkwili w świecie, w którym wszyscy ich oklaskiwali, a nawet robili z ich cierpienia widowisko: "ten aktor cierpi, to znaczy więc, że jest genialny".
Dzisiaj częściej mówi się o depresji wśród aktorów, o tym, że ten zawód bywa autodestrukcyjny. Kiedyś cierpienie było dowodem autentyczności. Czujesz, że to przeszłość?
- Wielu żarliwych wyznawców "metody Stanisławskiego" uważało, że aktor musi cierpieć, by wykrzesać z siebie szczyptę geniuszu i poruszyć prawdziwie widzów. To niesłychanie niezdrowe podejście i dzisiaj, na szczęście, jesteśmy już tego świadomi. Problem z wyjściem z roli nie dotyczy w końcu tylko aktorów. Bardzo często mierzą się z tym osoby, na których spoczywa w zawodzie duża odpowiedzialność, jak np. nauczyciele i lekarze. Oni też muszą "grać" w pracy określone role i ważne jest, by wiedzieli, że tych ról nie wolno zabierać ze sobą do domu. Myślę, że kluczowe jest wyznaczenie jakiejś granicy.
W jaki sposób wyznaczyłeś swoją?
- Odnalazłem swoje rytuały. To może brzmieć banalnie, ale naprawdę wierzę w ich działanie. Mam ich kilka, różnią się od siebie, ale niemal wszystkie dotyczą wody. Pływając, czuję ulgę, dzięki czemu ta niechciana warstwa postaci po prostu ode mnie "odpływa". Akurat te rytuały, które zastosowałem przy postaci Matthiasa, wykorzystałem również w "Berlin Alexanderplatz", gdzie grałem Reinholda - postać bardzo mroczną, psychopatyczną i trudną do "porzucenia". Czasami najprostsze metody działają najlepiej, jak np. powiedzenie sobie na głos: "To koniec. Wracam do siebie, do mojej głowy. Do widzenia, Matthias!".
A czy próbowałeś może kiedyś duchowych warsztatów, jak Matthias?
- Ćwiczę jogę, ale raczej fizycznie i oddechowo. Nie ufam nauczycielom jogi, którzy do kasjera w sklepie mówią normalnym tonem, a na sali zmieniają głos na bardziej uduchowiony i tajemniczy. To nie dla mnie.
Bohater "Pawia zwyczajnego", w przeciwieństwie do twoich doświadczeń, zmaga się bardziej z uczuciem pustki, niż kumulacją emocji.
- Tak, to też może być duży problem, zwłaszcza, gdy podczas pracy nad filmem wchodzisz w tryb "parkowania" emocji, wnikając w umysł i system nerwowy swojej postaci. Nieważne, jak głęboki jest temat, o którym opowiadasz, czy jak mroczna albo zbyt radosna jest dana historia, zawsze istnieje niebezpieczeństwo utraty siebie. Bo jeśli przez kilka miesięcy jesteś zdołowany albo nadmiernie optymistyczny, to te sztuczne emocje zaczynają wypierać te prawdziwe. Można wtedy bardzo łatwo utracić wewnętrzną równowagę. Nagle czujesz się samotny, otępiały, pusty i zaczynasz udawać - każdego dnia. W dzisiejszych czasach każdy z nas dobrze to potrafi. Budujemy w internecie wyidealizowany obraz siebie, który chcemy sprzedać innym. Coraz trudniej przychodzi nam mierzenie się z prawdziwymi emocjami i przeciwnościami losu. Wszystko, co dotyczy relacji międzyludzkich wymaga pracy i wysiłku. To nie tylko uśmiechy i idealne zdjęcie na Instagramie, o czym łatwo zresztą zapomnieć.
Co było więc największym wyzwaniem w graniu Matthiasa?
- Sama wielowarstwowość roli była już wyzwaniem. Właśnie skończyłem pracę z Idrisem Elbą przy drugim sezonie "W powietrzu" i to było dla mnie wakacyjna przerwa dla umysłu. W thrillerze czy filmie akcji sytuacja jest raczej jasna, tzn. że nie trzeba za dużo myśleć o emocjonalnych rozterkach bohaterów. Wszystko działa na zasadzie akcji i reakcji, typu: ktoś podłożył bombę - co robimy? Oceniamy stawkę, opracowujemy plan i rozwiązujemy problem. Jasne, trochę teraz upraszczam, bo w niektórych przypadkach pojawiają się dodatkowe warstwy fabularne i emocjonalne, ale generalnie nie znajdziesz tam raczej tego całego "intelektualizowania". Gdy porównuję te doświadczenia, dochodzę do wniosku, że zagranie Matthiasa nie było wcale takie łatwe.
Zwłaszcza, że w scenariuszu Bernharda nie było zbytnio miejsca na improwizację, prawda?
- Niewiele, był dość sztywny, przez co czułem, że nie mam za dużo przestrzeni do eksperymentowania. Po licznych rozmowach o scenariuszu, doszliśmy z Bernhardem do wniosku, że rygorystyczna forma jest dla tej historii idealna. Nie da się tak jednak pracować przy każdym filmie, bo to ciągłe odmierzanie od linijki potrafi zabić całą magię opowieści. Rozmawiamy o "Pawiu..." bardzo poważnie, a przecież to także komedia.
To prawda, podchodziłeś do tej roli, jako komediowej?
- Tak, to była jedna z przyjemniejszych części pracy nad tym filmem - móc eksplorować ten skandynawsko-austriacki humor, który jest z natury dosyć subtelny i powściągliwy. Czasami bardzo trudno było mi na planie nie wybuchnąć śmiechem czy nie dać po sobie poznać, że jestem świadom absurdu odgrywanej sceny. Mam wrażenie, że właśnie wtedy komedia działa najlepiej: gdy jesteś częścią sytuacji. Uwielbiam też czarny humor pokroju Ricky’ego Gervaisa, zwłaszcza ten, który pokazał w serialu "After Life".
Która scena była dla ciebie najzabawniejsza do zagrania?
- Myślę o scenie, w której Matthias spotyka się z przyjaciółmi jego dziewczyny. Jeden z nich opowiada o kimś, kto został pobity w metrze. Matthias, słysząc tę przejmującą historię, próbuje odnaleźć w sobie "odpowiednią" reakcję. Ten jego wysiłek, by dopasować się do rozmowy, był dla mnie szalenie komiczny, zwłaszcza, że jego odpowiedź okazała się bardzo sucha, a przez to zabawna. Wszyscy na planie bardzo się z tego śmialiśmy.
Matthias, będąc uosobieniem konformisty, należy do bohaterów, za których trudno trzymać kciuki. Postrzegasz go jako "przegrywa"?
- Trudno go nazwać przegranym, bo on sam się tak raczej nie postrzega. Raczej powiedziałbym, że to "zwyczajny człowiek", a więc ktoś, kto codziennie doświadcza małych, zwykłych porażek. Granie postaci, która nie ma opinii, żadnego światopoglądu czy autorytetu było bolesne i drenujące, bo pierwszy raz wcieliłem się w kogoś, kto nie wnosi do sceny żadnej energii. Zwykle gram charyzmatyczne postaci, które wprost kipią od emocji. Matthias to pusta kartka.
Na szczęście przechodzi on w filmie przemianę. Kibicowałeś mu w tej drodze?
- Tak, chociaż bardzo bawiło mnie to, że im bardziej się starał, tym więcej kłód lądowało pod jego nogami. Chłopak z całych sił próbuje przeżyć swoje katharsis i nagle ktoś przerywa mu ten piękny, długo wyczekiwany moment, mówiąc: "Och, świetne przedstawienie, naprawdę dobra gra!". Nawet jego próba oczyszczenia zostaje uznana za fałsz. Uznałem to za naprawdę gorzkie.
"Paw" pokazuje, że związek z kimś takim, jak Matthias jest raczej trudny do zniesienia.
- Matthias chciał naprawić relację ze swoją partnerką, ale nie wiedział jak, a gdy próbował wrócić do życia w normalności, nie miał pojęcia, którą drogę obrać. Nie potrafił odróżnić miłości od pożądania, ani żyć w pojedynkę. Myślę, że to duży problem wielu rozstających się par. Umiejętności bycia ze sobą trzeba się nauczyć, nawet gdy jest się w relacji z drugą osobą. Jeśli nie masz poczucia własnego "ja", to nie umiesz być sam i wówczas skaczesz od jednej relacji do drugiej.

Myślisz, że rozpoznałbyś "przyjaciela na wynajem" w prawdziwym życiu?
- Spotkałem kilku w Wiedniu. Nietrudno ich rozpoznać, jeśli znasz metody ich "pracy". Istnieją np. badania i szkolenia z "neurolingwistycznego programowania", co upraszczając, działa podobnie jak praca aktora. Wygląda to tak, że osoba z którą rozmawiasz siada naprzeciwko ciebie i obserwuje, jak siedzisz. Naśladuje twoją postawę i gestykulację, dostosowuje do ciebie swój ton głosu, przez co, mimowolnie, zaczynasz czuć się z nim komfortowo. Ten "obcy" nagle wydaje ci kimś znajomym. W rzeczywistości to przemyślana manipulacja, której, przy odrobinie konsekwencji, może się nauczyć każdy. Na rynku wydawniczym istnieją nawet poradniki typu "Jak zdobywać przyjaciół", w których znajdziesz gotową instrukcję i plan działania. Uwierz mi, one naprawdę dobrze się sprzedają. Techniki wywierania dobrego pierwszego wrażenia działają świetnie i my wszyscy ich używamy, nawet podświadomie, zwłaszcza gdy staramy się kogoś sobą zainteresować. Prawdziwą sztuką jest pozostać sobą, mimo lęków i kompleksów. Samoakceptacja jest trudna, ale diabelnie ważna.
A czy Bernhard wywarł na tobie dobre wrażenie? Jesteście zgranym duetem?
- Zdecydowanie, Bernhard to wspaniały człowiek, jak i reżyser. Pracowaliśmy na równych zasadach, z szacunkiem do siebie i reszty ekipy, co uważam za pewną podstawę w branży filmowej. Miałem do czynienia już z różnymi filmowcami, ale to Bernharda uważam za wizjonera, przez to, jak bardzo jest precyzyjny i wymagający. Nie wiem, dlaczego akurat mnie wybrał do tej roli. Może uznał, że, tak jak Matthias, jestem emocjonalnym kameleonem? Pomyślał: "Sprawdźmy, co się stanie, jeśli zamkniemy go w klatce".
Brzmi trochę jak tortura.
- Dokładnie, to dobry tytuł do wywiadu: "Albrecht Schuch torturowany przez reżysera" (śmiech). A mówiąc serio, to przyjemność współpracować z kimś tak świadomym swojej wizji i wyobraźni.
O perfekcjonizmie reżysera świadczy też oprawa wizualna filmu. Czy minimalistyczna, acz stylowa scenografia była dla ciebie sprzymierzeńcem? Mieszkanie Matthiasa wydaje się pozbawione duszy, jak on sam.
- Tak, ta przestrzeń była niezwykle dystansująca i zimna, ale zarazem pomocna. Bawi mnie fakt, że ogromne okna w mieszkaniu Matthiasa były bardziej po to, by mógł się pokazać, niż coś przez nie zobaczyć. Choć z zewnątrz nie było nikogo, tylko drzewa, jego mieszkanie zdawało się krzyczeć: "Podziwiajcie mnie!". To pewnego rodzaju ekshibicjonizm. Mój bohater był jak paw: na każdym kroku obnosił się ze swoim kolorowym pióropuszem.
Oglądając "Pawia" myślałam trochę o twórczości Rubena Östlunda czy Yorgosa Lanthimosa. Gdyby Matthias był bohaterem "Lobstera", jak myślisz, w jakie zwierzę zamieniłyby się już po swojej przemianie?
- Świetne pytanie, swoją drogą "Lobster" to jeden z moich ulubionych filmów. Myślę, że Matthias wybrałby ptaka, który w przeciwieństwie do pawia - zbyt ciężkiego, dumnego i hałaśliwego - potrafi świetnie latać. Może... papuga? Naśladowałby czasami innych, ale miałby przy tym swoją osobowość, i piękne pióra. Idąc za tytułem filmu, byłby więc "cholernie zwyczajnym ptakiem", ale przynajmniej szczęśliwym.
Rozmawiała Daria Sienkiewicz









