Reżyser "The Ring" oraz trzech części "Piratów z Karaibów" po niemal dekadzie wraca do kin z dystopijną tragikomedią o zidiociałym społeczeństwie i pożerającej świat sztucznej inteligencji. Niemiecko-amerykańska produkcja "Baw się dobrze i przeżyj" w reż. Gore'a Verbinskiego jest najbardziej bodźcującącym sci-fi od czasów oscarowego "Wszystko wszędzie naraz". W tej gatunkowej mieszance prym wiedzie laureat Oscara Sam Rockwell w roli tajemniczego przybysza z przyszłości, który ma do wykonania bardzo ważne zadanie: uratować ludzkość przed totalną zagładą.
O lękach związanych z AI, czarnej komedii i dzisiejszej roli kina opowiedziała nam w Berlinie gwiazdorska obsada filmu: zdobywca Oscara Sam Rockwell, Michael Peña oraz Asim Chaudhry.
Podczas seansu "Baw się dobrze i przeżyj" na Berlinale widownia nie powstrzymywała się od żywych reakcji, a to wszystko za sprawą czarnego humoru, gatunkowego miksu i zaskakujących efektów specjalnych. Jestem ciekawa, co was pociąga najbardziej w tym szalonym scenariuszu Matthewa Robinsona?
Michael Peña: - Kiedy pierwszy raz przeczytałem scenariusz Matthew od razu usłyszałem w głowie głos Sama. W jego monologu otwierającym film jest mnóstwo humoru i seksualnej energii. To było naprawdę zabawne i bardzo inteligentnie napisane. Pracowałem już przy sporej liczbie projektów i rzadko zdarza się, żeby gotowy film był lepszy niż to, co wyobrażałeś sobie podczas czytania tekstu. A tutaj tak właśnie było.
Sam Rockwell: - Wydaje mi się, że każdy z nas po prostu kocha czarne komedie i satyry, a ten film wspaniale i zaskakujący łączy poważne tematy z żartem.
Asim Chaudhry: - Po pierwszej lekturze scenariusza doszedłem do wniosku, że całość przypomina mi trochę skrzyżowanie "12 małp" z "Simpsonami". Stwierdziłem, że ten film jest na tyle dziwny i atrakcyjny jednocześnie, że muszę w nim zagrać (śmiech).
Film faktycznie naszpikowany jest najróżniejszymi filmowymi referencjami. Macie jakieś swoje ulubione?
SR: - Za pierwszym razem pomyślałem o kultowym "Powrocie do przyszłości" i "Bandytach czasu", ale Gore i Robinson składają również hołd "Terminatorowi" i "Strefie mroku".
MP: - Dodałbym "Memento" i "Dzień świstaka".
W "Baw się dobrze i przeżyj" czuć zabawę i ducha zespołowości. Jak wspominacie pracę na planie?
SR: - Na początku przyznam, że nie najlepiej, bo zanim na plan dołączyły Zazie Beetz i Haley Lu Richardson, byłem głównie zajęty przygotowaniem do roli i siedzeniem po kilkanaście godzin w tym potwornym, ciężkim kostiumie (śmiech). Pod koniec zdjęć naprawdę się jednak zżyliśmy i byłem wręcz smutny, że nie spędziliśmy ze sobą więcej czasu. Zdjęcia kręciliśmy w centrum rozrywki w Kapsztadzie, coś na wzór "Jurassic Parku", więc mieliśmy do dyspozycji sporo miejsca na wygłup, zwłaszcza ostatniej nocy.
MP: - Wiesz, czasem aktorzy mówią w wywiadach: "Kocham tych ludzi, na planie zostaliśmy najlepszymi przyjaciółmi na świecie" i często kłamią w żywe oczy. Ale w naszym wypadku naprawdę tak było. Bawiliśmy się świetnie, ale niestety Sam kręcił sporo monologów bez nas i dlatego nie widywaliśmy się tak często, jak chcieliśmy.
SR: - To prawda, byłem trochę odseparowany. Siedem osób pomagało mi codziennie zakładać i zdejmować kostium, który miał swój własny system chłodzenia. Mimo to i tak ciągle się w nim przegrzewałem (śmiech).
MP: - Miał nawet człowieka z wentylatorem, który go chłodził.
ACH: - Myślę, że ta szaleńcza energia na planie pochodziła także od reżysera, czyli Gore'a Verbinskiego. Podczas nocnych zdjęć nazywaliśmy go "Night Shoot Gore". Zakładał kurtkę, palił cygaro i był w swoim żywiole (śmiech). Pierwsze dziesięć minut filmu, czyli monolog Sama, to prawdziwa sztuka, coś na kształt tanecznej choreografii czy baletu. Wszystko było w tej scenie precyzyjnie zaplanowane. Gore przykłada dużą wagę do strony wizualnej filmu - planuje każdy ruch kamery, długość ujęcia, umiejscowienie postaci w kadrze.
SM: - Było też dużo biegania. Gdy kręciliśmy sceny akcji reżyser pytał mnie: "Czy możesz biec szybciej?", a ja odpowiadałem "Serio? Spróbuj biec szybciej w tym kostiumie!".
Sam, przygotowywałeś się fizycznie do tej roli?
SR: - Trochę ćwiczyłem, ale nic nie mogło mnie przygotować na ten kostium. Ciężar był nierównomiernie rozłożony i jego elementy ciągnęły mnie w różne strony. Musieliśmy z tego powodu skrócić pelerynę. But miał nawet gwóźdź, który wbijał mi się w stopę. Z tego powodu przez rok musiałem nosić specjalną wkładkę. Krótko mówiąc: koszmar. Na szczęście miałem dublera od scen kaskaderskich, który świetnie sobie ze wszystkim poradził. Mimo trudów doceniam jednak koncept mojej charakteryzacji. Lubię myśleć, że ciężar kostiumu był metaforą poczucia winy bohatera, który powziął sobie za cel uratowanie ludzkości przed zagładą. Za każdym razem, gdy cofał się w czasie i misja nie szła po jego myśli, wyrzuty sumienia robiły się coraz większe, a jego "zbroja" cięższa. Moja postać już na starcie nosiła w sobie także ciężar traumy z dzieciństwa.
MP: - Potwierdzę, że Sam nie miał wersji premium tego kostiumu, a raczej budżetową. Tom Cruise nigdy by tego nie założył (śmiech).
A pamiętna scena skoku do kontenera na śmieci? Skakałeś ty czy twój dubler?
SR: - Akurat w tej scenie musieliśmy poradzić sobie sami. Prawie się z tego wycofałem, ale ostatecznie to zrobiłem (śmiech).
Sam, w wywiadach wspominasz, że nie szukasz wielkich głównych ról. Często pojawiasz się jako postać drugoplanowa, ale tutaj właściwie niesiesz film na swoich barkach.
SR: - Dziękuję za to, co mówisz, ale ja raczej postrzegam siebie jako kogoś, kto jedynie "spina" całość. Myślę o tym filmie, jak i mojej roli raczej w kategorii projektu zespołowego. To wielobarwna historia złożona z różnych epizodów i postaci, trochę jak w "Zniknięciach". Mamy tu naprawdę świetną obsadę i każdy dostaje na ekranie swoje przysłowiowe pięć minut.
ACH: - Ciekawe, bo ja w ogóle tak na to nie patrzę. Sam nawet jak gra drugoplanową rolę to kradnie całą uwagę dla siebie (śmiech). Ale zgadzam się, że każdy z nas ma w filmie swoje wyjątkowe sceny. Sam nas niejako prowadził, a my mu w tym kibicowaliśmy.
Verbinski w śmiały i zaskakujący sposób dotyka tematu zamachów nieletnich oraz strzelanin w amerykańskich szkołach. Co dla was oznaczał ten wątek?
SR: - Tak, film ma w sobie pewną polityczną myśl, choć nie chcieliśmy, żeby był moralizatorski. Przesłanie było proste: jedna strzelanina w szkole to już o jedną za dużo. Do tych tragedii dochodzi w Stanach Zjednoczonych "zbyt często". To naprawdę straszne.
MP: - Podobało mi się to, że scenariusz pozbawiony był dydaktyzmu. Był ryzykowny i kipiał czarnym humorem, ale równocześnie pokazywał konkretny wycinek z naszej rzeczywistości społeczno-politycznej. Trzeba przyznać, że Niemcy mieli jaja, żeby w ogóle zdecydować się sfinansować taki film.
ACH: - Zgadzam się, to świetna satyra. Czytasz scenariusz i myślisz: "To jest historia o strzelaninach w szkołach". A jednocześnie dostrzegasz w niej coś ironicznego i naprawdę zabawnego, i zaczynasz zastanawiać się: Jak, do cholery, Robinson zrobił z tego coś śmiesznego? To trochę jak z oglądaniem "Black Mirror" - śmiejesz się, choć temat jest bardzo poważny.
Gore w krzywym zwierciadle pokazuje także kolektywne uzależnienie od smartfonów, w tym zjawisko tzw. brain rotu. Czy praca przy tym projekcie sprawiła, że zaczęliście myśleć krytyczniej o waszej relacji z telefonem i social mediami?
SR: - Rozczaruję cię, ale nie używam ich zbyt dużo. Nie mam Twittera, Instagrama ani TikToka, ale za to sporo sms-uję. Staram się jednak tego nie robić, gdy chodzę po ulicy. Jestem niezłym rozmówcą i dysponuję sporą kolekcję gifów, które rozsyłam nałogowo znajomym. Jestem w tym mistrzem (śmiech).
MP: - Przyznam, że ja też prawie nie używam mediów społecznościowych, staram się żyć tym, co jest tu i teraz.
ACH: - Jestem trochę młodszy od tych panów, więc moja kariera zaczęła się właściwie na YouTube. Ostatnio zauważyłem ciekawą rzecz - wiele osób ma wgłębienie na małym palcu od trzymania telefonu. Nazywa się to "pinky dent". Mam wrażenie, jakbyśmy cofali się w ewolucji, nasze ciała dosłownie zmieniają się od codziennego używania technologii. Nie zdziwię się, jeśli przyszłe pokolenia będą się już z takimi rodzić, dlatego myślę, że czasami trzeba po prostu odłożyć telefon i żyć prawdziwym życiem.
To szczególnie ważne dziś, w czasach gwałtownego rozwoju AI. Czy jesteście gotowi na świat, w którym zastąpi was sztuczna inteligencja?
MP: - Urodziłem się gotów! A tak serio, nie sądzę, żeby to się wydarzyło. Kiedy prosisz sztuczną inteligencję o wygenerowanie żartu, zwykle wychodzi beznadziejny i pozbawiony puenty. Wszystko jest wtórne, bo bazuje na tym, co już istnieje.
ACH: - Myślę, że z AI jest coraz gorzej. Nie używam go często, ale lubię testować go do różnych rzeczy. Zaobserwowałem, że nieustannie popełnia błędy, a jego jakość pogarsza się, bo jest przeciążony. Z perspektywy ekologii i dobrostanu naszej planety używanie na co dzień sztucznej inteligencji jest naprawdę szkodliwe. Najgorsze jest to, że ludzie używają jej do okropnie głupich i prozaicznych rzeczy. Z drugiej strony AI może pomóc np. w leczeniu chorób albo analizowaniu ogromnych baz danych. Ale jeśli chodzi o twórczość i coś związanego z duszą, to nie wierzę, że może kiedykolwiek zastąpić ludzi.
Czyli nie martwicie się o przyszłość kina?
SR: - Wierzę, że ludzie nadal będą oglądać filmy w kinach. Postpandemiczny sukces frekwencyjny "Top Guna" i "Nie czas umierać" dawał sporą nadzieję, którą trzymam w sobie do dziś.
MP: - Myślę, że wszystko jest cykliczne i kino niezależne jeszcze wróci. Byłem ostatnio w Australii kręcić film. W przerwie ja i moja żona zaczęliśmy oglądać na laptopie "Frankensteina", ale po dziesięciu minutach seansu stwierdziliśmy, że musimy przerwać. Taki film po prostu trzeba zobaczyć na dużym ekranie. Guillermo del Toro mistrzowsko komponuje sceny. W niemal każdym kadrze na obrzeżach ekranu dzieje się coś ważnego lub symbolicznego. Tego typu detali po prostu nie wychwycisz, oglądając film w domu. Wspominam ten seans naprawdę budująco - mimo że "Frankenstein" jest dostępny na Netfliksie, w kinie było dużo ludzi, którzy chcieli przeżyć go właśnie w taki sposób.
ACH: - "Baw się dobrze i przeżyj" jest wizualnie bardzo ekspresyjnym filmem, który świetnie ogląda się na dużym ekranie. Myślę też, że komedia, zwłaszcza czarna, najlepiej działa w kinie, kiedy ogląda się ją z innymi ludźmi. Niektórych łatwiej rozśmieszyć, a gdy słyszysz, że ktoś obok ciebie ma ubaw po pachy, atmosfera się rozkręca i wszyscy zaczynają się dobrze bawić. Kino to przede wszystkim ucieczka od rzeczywistości. Ciemna sala, wspólne przeżywanie filmu - tego nie da się zastąpić oglądaniem serialu w domu. Sam regularnie chodzę do kina, najczęściej do londyńskiego Ealing Picturehouse, gdzie widziałem ostatnio "Hamneta". To było coś pięknego.

Ta myśl pięknie komponuje się z przesłaniem filmu. Skoro na co dzień uciekamy od rzeczywistości w media społecznościowe, to równie dobrze możemy uciec z social mediów do kina.
MP: - Tak! W dodatku w kinie wszyscy oglądają razem to samo, zamiast siedzieć osobno na swoich telefonach.
Mam wrażenie, że z filmu płynie jednak całkiem pesymistyczna myśl na temat losów ludzkości. Też macie wrażenie, że jako społeczeństwo jesteśmy skazani na porażkę?
SR: - Niewykluczone.
MP: - Myślę, że mamy po części przerąbane, ale humor i wspólnota są czymś, co pomaga nam przetrwać w trudnych czasach. Dorastałem w bardzo biednym domu - było nas dziesięcioro w dwupokojowym mieszkaniu w Chicago - a mimo to wspominam ten okres jako jeden z najszczęśliwszych w życiu. Warto doceniać to, co mamy.
ACH: - Ja też cały czas mam nadzieję, że prędko nie wyginiemy (śmiech).












