Rebecca Zlotowski to jedna z najciekawszych współczesnych twórczyń kina europejskiego, która konsekwentnie buduje swoją pozycję od czasu debiutu filmem "Piękny kolec" w 2010 roku. Rozgłos przyniósł jej także "Grand Central", a następnie kolejne projekty - od stylowego "Planetarium" z Natalie Portman, po kameralne i zmysłowe "Gorące lato z Sofią".
Reżyserka ma polskie korzenie. Jej ojciec urodził się w Polsce, a matka jest Marokanką.
Film "Ostatnia sesja w Paryżu" można od 20 marca oglądać na ekranach polskich kin.
Rebecca Zlotowski dla Interii. Gabinet terapeutyczny to miejsce w pewnym sensie "zakazane"
Z okazji premiery "Ostatniej sesji w Paryżu" porozmawiałam z Rebeką. Spotkałyśmy się w wyjątkowym miejscu, bo w samym sercu tytułowego Paryża. Reżyserka na wejściu przywitała mnie słowem "cześć". I choć sama po polsku nie mówi, przyznała, że nasi twórcy nieustannie ją inspirują.
Justyna Miś, Interia: "Ostatnia sesja w Paryżu" to mieszanka kryminału, dramatu psychologicznego, a także humoru. Jak rozpoczęła się twoja przygoda z tym filmem?
Rebecca Zlotowski: - Historia tego filmu zaczęła się od scenariusza, który przekazała mi Anne Berest - twórczyni, którą bardzo cenię i jednocześnie moja bliska przyjaciółka. Zawarta w nim opowieść była już w pewnym sensie kompletna, miała w sobie wszystko, co najważniejsze. Zakochałam się w bohaterce, ale w tamtym momencie nie widziałam jeszcze w tym materiału na film. Jednak w pewien sposób prześladował mnie tytuł "A Private Life" i nieustannie myślałam o Jodie Foster. Kiedy uświadomiłam sobie, że postać stworzona przez Lilian mogłaby być napisana właśnie dla niej, wszystko nagle stało się jasne. Pojawił się zarówno pomysł, jak i silna potrzeba zrealizowania tego filmu.

Czy możesz opowiedzieć więcej o obsadzeniu Jodie Foster? Czy wiązała się z tym większa presja, biorąc pod uwagę, że to jej pierwsza rola główna we francuskojęzycznym filmie?
- Myślę, że to była dla mnie pewna zagadka, dlaczego dopiero teraz zagrała taką rolę. Zastanawiałam się, czy to kwestia braku wyobraźni po stronie twórców, czy może po prostu ona nie chciała. Być może dostawała wiele propozycji i wszystkie odrzucała, a może miała zasadę, by nie grać w języku francuskim. W końcu jednak uznałam, że po prostu trzeba spróbować. Wysłałam scenariusz do jej agenta. Odpowiedziała - i tak powstał film.
A jak wyglądała wasza współpraca na planie?
- To było naprawdę wyjątkowe doświadczenie na wielu poziomach. Mam wrażenie, że Jodie Foster bardzo chciała zanurzyć się w realiach francuskiego kina. Nie próbowała walczyć z tym, że wszystko będzie inne - być może nawet bardziej "egzotyczne" z jej perspektywy. Mniejsza ekipa, bardziej bezpośrednia obecność reżysera na planie, brak dystansu. Ona była na to w pełni otwarta i chciała tego w całości doświadczyć. Nie ingerowała w scenariusz, nie chciała być współproducentką, nie stawiała dodatkowych warunków ani nie próbowała niczego narzucać. Po prostu była częścią tego procesu i w pełni go przeżywała.
Czy na planie było miejsce na improwizację, czy raczej ściśle trzymaliście się scenariusza?
- Trzymaliśmy się scenariusza. Jednym z powodów było to, że dla Jodie Foster opanowanie wszystkich kwestii po francusku było sporym wyzwaniem. Choć mówi tym językiem płynnie, przygotowywała swoje kwestie z dużą precyzją, niemal "muzycznie". Dlatego każda, nawet drobna zmiana oznaczała dla niej dodatkową pracę. Uznałam więc, że improwizacja nie jest w tym przypadku najlepszym rozwiązaniem. Zresztą sama rzadko improwizuję. Pracuję zazwyczaj w warunkach ograniczonego czasu i budżetu, dlatego cenię sytuacje, w których dokładnie wiemy, co i jak chcemy powiedzieć.

Jak udało się połączyć elementy suspensu z dramatem psychologicznym, tak aby utrzymać zarówno napięcie, jak i zawrzeć emocjonalną głębię?
- Szczerze mówiąc, nie wiem, czy w pełni się to udało, ale właśnie to było jednym z najciekawszych wyzwań i jednocześnie największych przyjemności przy pracy nad tym filmem. Dużą rolę odegrała muzyka. Już na etapie montażu było dla nas jasne, że film "płynie" - nie ma momentów, które by nużyły czy wybijały z rytmu, co czasem zdarza się przy montowaniu kolejnych wersji. Tego tutaj nie doświadczyliśmy. Ogromne znaczenie miała też współpraca z jedną z najlepszych montażystek w Paryżu [Géraldine Mangenot - przyp. red.]. Natomiast to właśnie muzyka okazała się kluczowa dla spójności filmu. To ona pozwoliła nam połączyć różne tonacje - lekkość, napięcie, momenty humoru i tajemnicy. W pewnym sensie to właśnie muzyka zbudowała ostateczny rytm i atmosferę opowieści.
Akcja filmu rozgrywa się głównie w mieszkaniu głównej bohaterki. Mam wrażenie, że łączy się to z tytułem "A Private Life" - to przestrzeń jednocześnie bardzo prywatna, a zarazem nie do końca intymna, bo pełni też funkcję gabinetu, w którym przyjmowani są pacjenci. Czy możesz opowiedzieć o tej przestrzeni i decyzji, by właśnie tam umieścić akcję filmu?
- To było w pewnym sensie konieczne, także z powodów realistycznych. We Francji wielu terapeutów rzeczywiście przyjmuje pacjentów w swoich mieszkaniach, to dość powszechne. Ale jednocześnie bardzo podobał mi się ten pomysł. Wspólnie ze scenografką, Katią Wyszkop, stworzyłyśmy przestrzeń, w której biblioteczka z książkami symbolicznie dzieli wnętrze na dwie części. Byłam wręcz obsesyjnie skupiona na tym rozwiązaniu, zbudowaliśmy je od podstaw, fizycznie dzieląc salon. To była ciężka konstrukcja, ale dawała dokładnie taki efekt, jakiego szukałam. To także subtelne nawiązanie do filmu "Gładka skóra" w reżyserii François Truffaut. W jednej ze scen widać mieszkanie, w którym salon i sypialnia są w zasadzie jedną przestrzenią, rozdzielaną jedynie ruchomym elementem. Bardzo podobała mi się ta idea: sfera intymna i społeczna przenikają się, nie ma między nimi wyraźnej granicy. I to było dla mnie ważne także tutaj. Kiedy idziemy do terapeuty, pojawia się naturalna ciekawość: co jest poza tym, co widzimy? Jak wygląda reszta mieszkania? Gdzie jest kuchnia, łazienka? Co kryje się za ścianą? Chciałam zagrać tą zbiorową ciekawością, tym pragnieniem zajrzenia głębiej, zobaczenia tego, co pozostaje ukryte.
Na ile istotne dla fabuły jest to, że bohaterka jest terapeutką? Czy mogłaby wykonywać inny zawód?
- Nie. Właśnie w tym tkwi sedno i pewna przewrotność filmu. Gabinet terapeutyczny to przestrzeń, do której zwykle nie mamy dostępu, której nie powinniśmy w pełni poznawać ani rozumieć. To miejsce w pewnym sensie "zakazane". Jednocześnie odwracamy tu klasyczny układ. Zazwyczaj skupiamy się na osobie mówiącej i tej, która słucha. Tutaj ta perspektywa zostaje odwrócona, co było dla mnie szczególnie interesujące.
Jakie są twoje plany zawodowe na przyszłość? Możesz coś zdradzić?
- Właściwie w tym samym czasie, gdy film "Ostatnia sesja w Paryżu" wchodził do kin i go promowałam, pracowałam już na planie serialu dla dużej platformy streamingowej. Akcja rozgrywa się w świecie paryskiej mody. To zupełnie inny projekt - z nowymi twarzami i jedną znaną aktorką, której na razie nie mogę ujawniać. To lekka historia, która opowiada o kulisach branży. Z jednej strony nas fascynuje i pozwala marzyć, a z drugiej potrafi być toksyczna.
A jeśli chodzi o inspiracje - czy inspirują cię polscy twórcy?
- Oczywiście. Polska to niezwykle ważne miejsce dla kina. Myślę tu o twórcach takich jak Roman Polański czy przede wszystkim Krzysztof Kieślowski, którego ogromnie podziwiam. Niedawno wróciłam do jego twórczości i obejrzałam "Amatora". To jeden z moich ulubionych filmów. Uwielbiam też "Pociąg" Jerzego Kawalerowicza - dla mnie niezwykle zmysłowy, tajemniczy i absolutnie ponadczasowy. Wykorzystywałam jego kadry jako inspirację przy pracy nad wcześniejszym projektem.
A inni twórcy, którzy cię inspirują?
- To zależy od momentu i projektu. Kino jest tak ogromną częścią mojego życia, że trudno wskazać jedną konkretną inspirację. Zauważyłam jednak, że ogromny wpływ mają na mnie reżyserki, takie jak Claudia Weill, Nancy Meyers, Claire Denis, Chantal Akerman czy Kathryn Bigelow. Ale inspirują mnie też twórcy tacy jak Ari Aster czy Paul Thomas Anderson. Ich swoboda i wielowarstwowość są niezwykle inspirujące.
O jakich tematach chciałabyś opowiadać w przyszłości?
- Nie wiem - i chyba nie chcę jeszcze tego zdradzać. Na początku pracy nad projektem trzeba go trochę chronić. Dopiero z czasem, kiedy się go rozwija, można sprawdzić, czy rzeczywiście jest wart opowiedzenia.












