Jerzy Karaszkiewicz musiał walczyć o przetrwanie
Jerzy Karaszkiewicz nie miał łatwego dzieciństwa. Według dostępnych informacji urodził się 1 stycznia 1936 roku, ale istnieją podejrzenia, że mógł przyjść na świat kilka lat wcześniej. Jego rodzice rozstali się, gdy był jeszcze małym chłopcem. Co więcej, gdy w 1944 roku wybuchło Powstanie Warszawskie, nikogo poza nim nie było w domu, przez co w pojedynkę musiał zmierzyć się z wieloma trudnościami.
"Mówił, że przeżył, bo czytał rannym powstańcom gazety, za co dostawał jedzenie. Umiał się przedrzeć przez barykady na działki, które były w miejscu, gdzie obecnie jest ulica Popiełuszki. Przynosił warzywa. Mówił, że cebule jadł wtedy jak jabłka. A po powstaniu trafił do obozu przejściowego w Pruszkowie, skąd wyciągnęły go zakonnice. Był maleńki i chudziutki. Dopiero potem wyrósł i zmężniał" - wspominała żona aktora, Elżbieta Karaszkiewicz, w książce "Jak u Barei, czyli kto to powiedział".
Jerzy Karaszkiewicz: skromny aktor z wielkim talentem
Gdy dostał się do PWST, trafił do grupy ze Stanisławem Tymem, Krzysztofem Kowalewskim czy Januszem Głowackim, z którymi później zdarzało się mu współpracować.
Karaszkiewicz zasłynął dzięki drugoplanowym rolom; oglądaliśmy go w "Rejsie", "Wszystko na sprzedaż", "Polowaniu na muchy" czy "Ogniem i mieczem". Największy wpływ na jego karierę miały jednak występy w filmach Stanisława Barei. To właśnie po rolach w komediowych produkcjach, jak "Miś" czy "Brunet wieczorową porą", przyklejono mu łatkę "miłego i nie za mądrego".
"Orłów intelektu nie grywam. Reżyserzy widzą mnie w rolach cwaniaczków, cinkciarzy, elementy. To moja tragedia. Wyszedłem z biedy, wykształciłem się sam. [...] Robiłem wieczorówkę, pracując fizycznie, blisko pijących kolesiów. Może pozostało mi coś z tego w twarzy? Filmowcy traktują mnie lekceważąco. Ich oczy wyrokują: 'Miły, nie za mądry. Szczyt oczekiwań to kierowca nyski'" - mówił w wywiadzie dla "Rzeczpospolitej".
Podczas tej samej rozmowy aktor przyznał, że przechodnie często zaczepiają go na ulicy dość specyficznymi słowami:
"Skąd my się znamy? Z więzienia w Rawiczu czy we Wronkach?".
"Mam wielki talent aktorski. I to jest jedna zaleta mojej osobowości. Drugą jest skromność. I ta skromność kazała mi zawsze tak grać, by nikt mojego talentu nie zauważył. Można więc powiedzieć, że osiągnąłem sukces. W teatrze zawsze byłem bardzo lubiany. Ci niezdolni przepadali za mną, bo nawet od nich byłem gorszy. Ci zdolni też czuli do mnie sympatię. Chwalili mnie po każdej premierze, bo widać było, że się starałem" - żartował z siebie w autobiografii "Pogromca łupieżu".
Elżbieta Karaszkiewicz była miłością jego życia. Rozumiała jego humor
Aktor poznał ukochaną za kulisami szczecińskiego Teatru Współczesnego, na scenie którego pod koniec lat 70. grał gościnnie w "Locie nad kukułczym gniazdem".
"Ja pracowałam w pracowni scenograficznej. Na bankiecie po premierze zapytał mnie, czy z nim zatańczę. Odpowiedziałam, że niekoniecznie, bo nie lubię tańczyć. Wtedy usłyszałam, że chciałby przetańczyć ze mną całe życie" - opowiadała Elżbieta Karaszkiewicz w wywiadzie dla "Retro".

"Był człowiekiem dobrym i uprzejmym, o niebanalnej inteligencji, przewrotnym poczuciu humoru i ostrym, ironicznym spojrzeniu na rzeczywistość. Tępił głupotę i prostactwo. Bezbłędnie wyczuwał fałsz. Pamiętał ludziom dobro" - wspominała.
Jerzy Karaszkiewicz zmarł nagle na zawał serca 17 grudnia 2004 roku. Wdowa po aktorze wciąż jednak nie pogodziła się ze śmiercią męża. Nie ma dnia, by o nim nie myślała.
"Zdarza się czasem tak, że coś mnie w nocy nagle wybudza. Wstaję, idę do kuchni, robię sobie herbatę, włączam telewizor i... w tym momencie na ekranie jest Jurek w jakimś powtarzanym właśnie w nocy starym filmie. Nie wierzę w żadne opowieści o tajemniczych zjawiskach, ale to mi się zdarzyło już co najmniej z dziesięć razy" - opowiadała Rafałowi Dajborowi.
Zobacz też:
Nawet nie wiesz, że znasz ją całe życie! Wyrosła na zjawiskową kobietę











