Reklama

"Ostatnie tango w Paryżu": Pornografia czy sztuka? Ten film wywołał skandal

Marlon Brando i Maria Schneider w filmie "Ostatnie tango w Paryżu" /United Artists / Entertainment Pictures /Agencja FORUM

"Przełom w filmie wreszcie nastąpił. Bertolucci i Brando odmienili oblicze jednej z dziedzin sztuki" - pisała w entuzjastycznej recenzji "Ostatniego tanga w Paryżu" nestorka amerykańskiej krytyki filmowej - Pauline Kael. Mija właśnie 50 lat od premiery skandalizującego obrazu Bernarda Bertolucciego

Premiera filmu - 14 października 1972 roku - miała być według Kael momentem "porównywalnym z owym wieczorem w 1913 roku, kiedy po raz pierwszy wykonano 'Święto wiosny' Strawińskiego, co zapoczątkowało muzykę współczesną".

"Obyło się bez zamieszek, nikt nie rzucał niczego w kierunku ekranu, ale trzeba zaznaczyć, że publiczność była w szoku, ponieważ 'Ostatnie tango w Paryżu' wywołuje ten sam rodzaj hipnotycznej ekscytacji co 'Święto wiosny'. [Mówimy o tej samej] pierwotnej sile, tym samym rozdzierającym erotyzmie" - rozpoczynała swoją nie mniej słynną recenzję Kael (inny z klasyków amerykańskiej krytyki filmowej Roger Ebert nazwał tekst Kael o "Ostatnim tangu w Paryżu" najsłynniejszą recenzją filmową w historii).

Reklama

Amerykański reżyser Robert Altman zanotował zaś: "Wyszedłem z seansu i zapytałem sam siebie: Czy będę miał śmiałość, żeby nakręcić jeszcze kiedyś film? Zarówno moje osobiste, jak i artystyczne życie już nigdy nie będzie takie jak dawniej".

Nowojorska premiera filmu wywołała jednak prawdziwą publiczną burzę. Wielu amerykańskich dziennikarzy uznało film Bertolucciego za "pornografię podszywającą się pod sztukę", w relacjach z premiery znalazły się też fragmenty o gremialnym opuszczaniu sali i wymiotowaniu w trakcie seansu. Dostało się też Bertolucciemu od feministek. Narodowa Organizacja Kobiet uznała "Ostatnie tango w Paryżu" za narzędzie "męskiej dominacji". Aura skandalu, towarzysząca pokazowi "Ostatniego tanga..." w Nowym Jorku, zaowocowała jednak dwoma okładkowymi artykułami, zamieszczonymi w najważniejszych amerykańskich magazynach: "Time" i "Newsweeku".

Seks i trwoga

O co cały ten ambaras? Pomysł filmu, opowiadającego o erotycznym związku owdowiałego Amerykanina Paula i młodej Francuzki Jeanne, zrodził się z sennej fantazji Bertolucciego, któremu przyśniło się, że widzi "piękną nieznajomą, kochającą się na ulicy z równie anonimowym mężczyzną". Kiedy włoski reżyser tłumaczył wcielającemu się w postać Paula Marlonowi Brando, na czym polega jego rola, użył dosadnego porównania: "Wyobraź sobie, że jesteś moim penisem, Jeanne jest zaś obiektem moich erotycznych pragnień".

Jednym z powodów obyczajowego wzburzenia były niezwykle realistyczne sceny erotyczne oraz idea bezimienności seksualnego aktu - "Ostatnie tango w Paryżu" było pionierską próbą zdiagnozowania ponowoczesnej seksualności: bohaterowie filmu pozostają dla siebie anonimowi, jedyne co ich łączy, to potrzeba zaspokojenia biologicznej potrzeby erotycznej. Przenikliwi recenzenci dostrzegli jednak od razu, że "jest w tym filmie mnóstwo seksu, ale nie on jest tu sednem" (Roger Ebert).

"To film o pragnieniu, o tym przemożnym głodzie kontaktu z sercem drugiego człowieka, który odczuwa główny bohater Paul. To mężczyzna, którego egzystencja została zredukowana do jednego wielkiego wołania o pomoc. Został tak [dotkliwie] okaleczony przez życie, że jedyny sposób, w jaki może wyrazić swoją rozpacz, następuje poprzez akty pierwotnego seksu" - pisał Ebert, porównując "Ostatnie tango w Paryżu" do znanego obrazu Ingmara Bergmana "Szepty i krzyki". "Co to wszystko znaczy? [Bertolucci, tak jak Bergman] mówi tylko, że ludzka dusza to terytorium, którego nie da się racjonalnie wytłumaczyć, brakuje nawet słów, by można było ją opisać".

Autobiografia Marlona Brando

Gwiazdą "Ostatniego tanga w Paryżu" był Marlon Brando, który właśnie skończył pracę na planie "Ojca chrzestnego" Francisa Forda Coppoli. Bertolucci początkowo chciał w roli Paula obsadzić francuskiego aktora Jean-Louisa Trintignanta, jednak to Brando, który widział wcześniejszy film reżysera - "Konformistę" - wyszedł z inicjatywą spotkania.

"Przez pierwsze 15 minut nie powiedział ani słowa, tylko patrzył na mnie" - Bertolucci wspomina pierwsze spotkanie z Brando, do którego doszło w Paryżu. "Potem poprosił mnie, abyśmy porozmawiali o roli. Byłem lekko zakłopotany, ale zacząłem opowiadać mu o idei postaci, którą chcę pokazać w filmie. Słuchał uważnie i od razu się zgodził. Nie poprosił nawet o scenariusz" - mówi Bertolucci.

Brando, mistrz filmowej improwizacji, nie potrzebował jednak scenariusza, ponieważ większość swych kwestii wymyślał na planie. Pozwolił mu na to reżyser "Ostatniego tanga w Paryżu". "Bertolucci stworzył strukturę, która wspierała ideę improwizacji. Wszystko jest gotowe, ale też wszystko jest przedmiotem negocjacji, cały film pulsuje więc pragnieniem odkrycia [nieznanego]" - pisała we wspomnianej recenzji Pauline Kael.

Brando improwizował również dlatego, że nigdy nie potrafił nauczyć się swoich kwestii. Zapisywał fragmenty swojej roli na małych karteczkach, które umieszczał w zasięgu wzroku, sprawiając Bertolucciemu niemały realizacyjny kłopot. Jak sfilmować daną scenę, żeby nie było widać notatek Brando? W jednej ze scen długiego monologu widzimy gwiazdora "Ostatniego tanga" jak wznosi oczy do góry. Chciał pokazać emocjonalną rozpacz swojego bohatera? Nie, po prostu czytał swą kwestię!

Improwizacja Brando miała jednak o wiele bardziej egzystencjalne konsekwencje. "Zamiast wczucia się w bohatera, poprosiłem go, by spróbował obdarzyć go sobą. Nie prosiłem go o nic innego, niż żeby był sobą. To nie przypominało kręcenia filmu, było raczej czymś w rodzaju psychoanalitycznej przygody" - wspomniał po latach Bertolucci.

W tym sensie rola Brando nabierała autobiograficznego znaczenia. "Czterdzieści lat życiowego doświadczenia Marlona Brando poszło na ten film" - mówi jego przyjaciel, aktor Christian Marquand. "To Brando opowiadający o sobie samym, będący sobą. Jego relacje z matką, ojcem, dziećmi, kochankami, przyjaciółmi - to wszystko odnajdziemy w kreacji Paula" - dodaje Marquand.

Nie odważne sceny erotyczne przesądziły więc o nominacji do Oscara, którą Brando uzyskał za rolę w "Ostatnim tangu w Paryżu", tylko intuicyjny autobiografizm jego kreacji. "To nie jest najlepsza rola w karierze Brando, ale z pewnością zawiera najbardziej przejmującą emocjonalnie scenę w jego dorobku. Kiedy wraca do hotelowego pokoju, gdzie czeka na niego ciało zmarłej żony, zaczyna rozmawiać z nią, używając języka nienawiści - słowa, które wypowiada stają się jednak jednym z najbardziej poruszających wyznań miłości, jakie mogę sobie wyobrazić" - notował Rogert Ebert.

Przeklęte masło

Najsłynniejszym i najbardziej skandalizującym momentem "Ostatniego tanga w Parużu" była jednak "scena z masłem". "Kelnerzy w restauracjach będą mi podawać masło z głupawym uśmieszkiem" - żalił się po premierze Brando. "Nigdy już nie używałam w kuchni masła. Tylko oliwę z oliwek" - mówiła potem odtwórczyni roli Jeanne - 19-letnia wówczas Maria Schneider. Bertolucci postawił na debiutantkę, ponieważ przypominała mu "Lolitę, tylko jeszcze bardziej perwersyjną".

"Scena z masłem", czyli skandalizujący moment analnego seksu, w trakcie którego bohater grany przez Brando wykorzystuje masło jako lubrykant, była pomysłem gwiazdora. "Tej sceny nie było w scenariuszu. Prawda jest taka, że Marlon ją wymyślił" - wyznała po latach Schneider. "Powiedzieli mi o tym dopiero przed kręceniem tej sceny. Byłam wściekła. Powinnam zawołać swojego agenta albo skonsultować się z prawnikiem, ponieważ nie możesz zmusić aktora do wykonania czegoś, czego nie ma w scenariuszu, ale w tym czasie jeszcze o tym nie wiedziałam" - przyznała Schneider.

"Marlon powiedział: 'Maria, nic się nie bój, to tylko film'. Ale w trakcie tej sceny, mimo że to, co robił Marlon, nie było prawdziwym [gwałtem], moje łzy były prawdziwe. Szczerze mówiąc czułam się upokorzona. W pewnym sensie zgwałcona zarówno przez Brando, jak i Bertolucciego. Po wszystkim Marlon nawet mnie nie przeprosił. Na szczęście, nakręciliśmy to za jednym podejściem" - wspomniała aktorka. Po latach także Brando przyznał, że "Ostatnie tango w Paryżu" było wielką manipulacją Bertolucciego, dodając, że nie ma pojęcia o czym jest ten film. "To chyba taka psychoanaliza Bernardo Bertolucciego. Chyba mu nie wychodziła" - gwiazdor powiedział Lawrence'owi Grobelowi.

Koniec "Święta wiosny"?

Film, który był międzynarodową koprodukcją, został zakazany w ojczyźnie reżysera aż do 1987 roku. Bertolucciego najbardziej zabolały jednak nie kolejne procesy, które czekały twórców i producentów obrazu, lecz odebranie mu przez włoskie państwo praw wyborczych. "Czułem się jak męczennik" - wyjawił po latach znany z wyrazistych lewicowych poglądów politycznych Bertolucci.

Nie lepiej przedstawiała się sytuacja filmu w innych krajach, gdzie przez długie lata "Ostatnie tango..." albo pozostawało na cenzurowanym, albo wyświetlane było wyłącznie w kinach studyjnych.

W USA obraz nie trafił do kinowej dystrybucji po tym, jak natychmiast ostemplowany został etykietką X, kojarzoną głównie z pornograficznymi obrazami (podobny los spotkał wcześniej "Nocnego kowboja" Johna Schlesingera oraz "Mechaniczną pomarańczę" Stanleya Kubricka). W 1981 roku wytwórnia MGM zdecydowała się jednak wprowadzić do kin ocenzurowaną wersję "Ostatniego tanga", której przyznana została kategoria R, oznaczająca, że widzowie poniżej 17. roku życia mogą obejrzeć film wyłącznie w towarzystwie osób dorosłych. Dopiero w 1997 roku, w związku z wprowadzeniem nowej kategorii NC-17 (tylko dla widzów powyżej 17. roku życia), film Bertolucciego mógł trafić na amerykańskie ekrany.

Mimo że dziś pozostaje kultowym obrazem, który był inspiracją wielu ważnych europejskich filmów: "Skazy" Louise'a Mallea', czy "Intymności" Patrice'a Chereau, to Roger Ebert - mając na myśli wpływ filmu Bertolucciego na obyczajowość Hollywood - uznaje "Ostatnie tango w Paryżu" za "sztandar rewolucji, która nie nadeszła".

"Film odstraszył potencjalnych naśladowców i zamiast stać się jednym z wielu filmów kategorii X zajmujących się seksualnością w sposób uczciwy, pozostał nieomal ostatnim. Hollywood zrobiło szybki nawrót w stronę filmów o nastolatkach, technice, bohaterach akcji i efektach specjalnych" - skonstatował znany krytyk.

Czytaj więcej:

Brad Pitt dusił własne dziecko? Jest odpowiedź!

Ruszył proces Kevina Spaceya. Aktor twierdzi, że jest niewinny

"Miłość na pierwszą stronę": Ja cię kocham, a ty pstryk [recenzja]

INTERIA.PL
Dowiedz się więcej na temat: Ostatnie tango w Paryżu

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama