Reklama

"Miłość na pierwszą stronę"

Reklama

"Miłość na pierwszą stronę": Ja cię kocham, a ty pstryk! [recenzja]

Jeśli za komedię romantyczną bierze się ultrakobieca reżyserka z pomysłem, musi wyjść z tego coś niesztampowego. I taka właśnie jest współczesna historia Kopciuszka, w której to bohaterka przejmuje inicjatywę i walczy o miłość nie za pomocą bajkowej magii, a girl power. Antyfanom tego gatunku mogę powiedzieć tylko jedno: po seansie sami przejdziecie na drugą stronę!


Maria Sadowska słynie z tego, że robi przenikliwe filmy o kobietach i jak nikt inny potrafi pokazać ich siłę. Tym razem na warsztat wzięła komedię romantyczną, która z pozoru wydaje się gatunkiem lekkim i przyjemnym. Jednak aby takim była dla widzów, potrzeba sprawnej ekipy, która zamiast odhaczając kolejne punkty, przeprowadza widza do z góry założonego happy endu - zainteresuje go historią, wprowadzi ciekawe drugoplanowe postaci, nawiąże do znanych popkulturowych dzieł, a nawet, zakpi sama z siebie! To wszystko u Sadowskiej ma miejsce i właśnie dlatego doskonale broni się przed byciem "kolejną polską komedią romantyczną".

Reklama

W "Miłości na pierwszą stronę" mamy klasyczną historię miłosną opartą na przyciągających się przeciwieństwach. Ona, Nina - Kopciuszek pochodzący ze świata zwykłych śmiertelników, początkująca paparazzo, samodzielna matka, porzucona przez zdradzającego partnera. On, Robert - książę z bajki, syn prezydenty, z szaloną "narzeczoną" u boku, przystojny, z pasją, interesujący wykładowca filmoznawstwa. Sadowska puszcza oko do widza i żartując z ekranowych romansideł, wykorzystuje z nich to, co najlepsze.

Czerpania z klasyki jest tu całkiem sporo. Możemy zobaczyć nawiązania do kultowych romansów: od niezapomnianej kąpieli w fontannie di Trevi Anity Ekberg w "La dolce vita" Felliniego, przez "I’m flying" odgrywane przez Leonardo DiCaprio i Kate Winslet na dziobie Titanica po "Jestem tylko dziewczyną, która prosi o miłość" znane z wypowiedzi Julii Roberts w "Notting Hill". Takich nawiązań do słynnych dzieł i cytatów jest zresztą cała masa, bo jak mówi główna bohaterka "zżyna od najlepszych".

Bohaterowie Sadowskiej, jak łatwo się domyślić, zakochują się w sobie bez pamięci i walczą z przeciwieństwami wynikającymi z dzielącej ich przepaści. Nie ma tu jednak, jak w bajkach, dobrej wróżki. Jest za to siła kobiet, wzajemne wsparcie i kobieca solidarność, która skrusza serce największej rywalki głównej bohaterki i pomaga doprowadzić do happy endu.

W filmie cieszą wszechobecne smaczki, widać, że autorka bawi się gatunkiem i w tej zabawie ma naprawdę zacnych kompanów. W maleńkich epizodach możemy bowiem zobaczyć całą plejadę polskich gwiazd - Annę Dymną, Artura Barcisia, Zbigniewa Zamachowskiego, Barbarę Kurdej-Szatan, Popka, Liroya, Barona, Izabelę Janachowską czy Krzysztofa Ibisza!

Poza mistrzynią aktorskich metamorfoz, Olgą Bołądź i Piotrem Stramowskim (którego w filmie można odkryć na nowo, jako czułego, delikatnego amanta) w "Miłości na pierwszą stronę" dostrzeżemy komediową stronę Rafała Zawieruchy (paparazzo uczący Ninę fachu) i po raz kolejny przekonamy się, że Mateusz Damięcki świetnie sprawdza się w rolach, w których nie jest grzecznym chłopcem!

Co jeszcze jest nieszablonowe? Z pewnością język: jeśli bohater chce przekląć nie mówi "psiakostka!", sceny seksu, które nie kończą się na pierwszym pocałunku (bywa gorąco!), mamy tu też futurystyczną wizję Polski, w której rządy sprawuje przebojowa... prezydenta (Ewa Telega)!

Czy od pierwszego momentu, gdy główny bohater dosłownie spada z nieba na naszego Kopciuszka i w slow-motion patrzą sobie w oczy, a świat wiruje, wiemy, że film skończy się "i żyli długo i szczęśliwie"? Tak. To jednak nie przeszkadza mu być zabawnym, autoironicznym, świeżym i dobrze zagranym, solidnym przedstawicielem swojego gatunku. Pokusiłabym się o stwierdzenie, że najlepszym od wielu lat.

7/10

"Miłość na pierwszą stronę", reż. Maria Sadowska, Polska 2022, dystrybutor: Mówi Serwis, premiera kinowa: 7 października 2022 roku.

INTERIA.PL

Reklama

Reklama

Reklama