Reklama

Reklama

Największe polskie filmowe skandale i wpadki 2021 roku

W 2021 roku wszyscy byliśmy zszokowani i przerażeni relacjami studentów szkół filmowych o przemocy stosowanej przez niektórych pedagogów. Nie był to jedyny skandal związany z polską branżą filmową. Oto najgłośniejsze, najbardziej bulwersujące i dyskutowane wiadomości ostatnich dwunastu miesięcy.

W 2021 roku wszyscy byliśmy zszokowani i przerażeni relacjami studentów szkół filmowych o przemocy stosowanej przez niektórych pedagogów. Nie był to jedyny skandal związany z polską branżą filmową. Oto najgłośniejsze, najbardziej bulwersujące i dyskutowane wiadomości ostatnich dwunastu miesięcy.
Kadr z filmu "Dziewczyny z Dubaju" /Aleksandra Mecwaldowska /materiały prasowe

Przemoc w szkołach filmowych

18 marca 2021 roku aktorka Anna Paliga opublikowała list otwarty do władz PWSFTviT w Łodzi, w której rok wcześniej ukończyła studia na kierunku aktorskim. Absolwentka uczelni opisała kilka sytuacji, w których studenci padali ofiarą przemocy ze strony swoich wykładowców. Wśród wymienionych przez nią osób znalazł się m.in. Mariusz Grzegorzek, reżyser i były rektor uczelni.

"Pośród studentów innych szkół, nasz łódzki wydział jest uważany za ewenement - nie dość, że przemocowcy znani wszystkim od lat wciąż u nas uczą, to jeszcze przyjmuje się do grona pedagogów wykładowców z innych szkół mających złą prasę, którzy oficjalnie lub nieoficjalnie zostali wydaleni ze swoich Alma Mater za przemoc wobec studentów właśnie" - pisała Paliga.

Reklama

Odzew na list otwarty był ogromny. Kolejne osoby z polskiego środowiska filmowego wyrażały swoje wsparcie dla Paligi, dzieliły się swoimi historiami z czasów studiów i wzywały do zmian. Tylko nieliczni bronili osób oskarżanych o przemoc słowną i fizyczną. Milena Fiedler, rektorka Szkoły Filmowej w Łodzi, zdecydowała o powołaniu Komisji Antyprzemocowej i Antydyskryminacyjnej. W wyniku jej ustaleń zalecono rozwiązanie umowy z dr. Grzegorzem Wiśniewskim. Sprawa Mariusza Grzegorzka trafiła do rzecznika dyscyplinarnego. Zachowanie dr hab. Mariusza Jakusa, którego oskarżono o rzucanie krzesłem w studentów, gdy był niezadowolony z gry jednego z nich, zostało uznane za "niedopuszczalne". Jednak komisja wzięła pod uwagę także opinie uczniów broniących pedagoga oraz jego zobowiązanie do zmian swojego zachowania podczas pracy. Sprawa trafiła także do rzecznika dyscyplinarnego.

Afera na czerwonym dywanie w Wenecji

 "Żeby nie było śladów" Jana P. Matuszyńskiego miało swą światową premierę podczas festiwalu filmowego w Wenecji, w którym walczyło o Złotego Lwa. Produkcja powstała na podstawie głośnego reportażu Cezarego Łazarewicza z 2017 roku, za który otrzymał on Nagrodę Literacką Nike. Niektórzy nie kryli oburzenia, gdy autora książki zabrakło na czerwonym dywanie. Pierwszy zwrócił na to uwagę Marcin Meller w emocjonalnym wpisie w mediach społecznościowych. Dziennikarz był szczególnie zły, że w ekipie obecnej na czerwonym dywanie nie znalazł się Łazarewicz, ale za to był tam obecny projektant mody Tomasz Ossoliński. Zdradził także, że pisarz otrzymał zaproszenie do Wenecji w ostatniej chwili. Na koniec zaznaczył, że autorzy książkowych pierwowzorów są często ignorowani przez producentów filmowych.

"Takie gówniarskie akcje były grane wobec innych polskich wybitnych pisarzy: a to plakaty reklamujące serial, tylko nie ma nazwiska autora powieści na podstawie której serial nakręcono, a to samobrandzlujące się odbieranie nagród filmowych/serialowych na podstawie tekstów ludzi, których nie dość, że nie zaproszono na scenę, to nawet ich nie poinformowano o uroczystości" - pisał Meller.

Jego słowa potwierdził pisarz Zygmunt Miłoszewski. "... jako literacki działacz czuję się odpowiedzialny za to, żeby walczyć o niepomijanie tych, którzy różne historie stworzyli, wymyślili, opisali. To jest nagminne, i ja z bratem i Szczepan Twardoch i Jakub Żulczyk mamy podobne historie do opowiedzenia" - napisał na swoim profilu na Facebooku. Wcześniej wyraził swoje niezadowolenie z nieobecności Łazarewicza na czerwonym dywanie. Na jego wpis zareagował Jakub Żulczyk, prezentujący inne spojrzenie na relacje literatów z filmowcami. "Pracując od paru lat dla ekranu, nie spotkało mnie ze strony producentek i producentów, z którymi pracowałem i pracuję, nic poza profesjonalizmem, przyjaźnią, wsparciem i uczciwą zapłatą. Ludzie filmu okazali mi nieporównywalnie więcej szacunku, życzliwości i partnerstwa niż kiedykolwiek zrobił to ktokolwiek ze środowiska literackiego" - pisał autor "Ślepnąc od świateł".

Niewiele później sytuację skomentował także sam Łazarewicz. Zaznaczył, że nie czuje się pominięty, kibicuje twórcom adaptacji swojej książki i podziękował za możliwość zobaczenia premiery. "Dziękuje moim przyjaciołom Marcin Meller i Zygmunt Miłoszewski za wsparcie, ale chłopaki, przecież wiecie, że największe szczęście, że dzięki temu filmowi ta historia pójdzie w lud i będzie poruszać ludzi. To teraz najważniejsze" - zakończył swój wpis.

Premiera filmu "Śmierć Zygielbojma"

 "Śmierć Zygielbojma" Ryszarda Brylskiego miało swe pierwsze pokazy podczas FPFF w Gdyni, natomiast jego uroczysta premiera odbyła się w Teatrze Narodowym 3 listopada 2021 roku. Podczas przemówienia przed pokazem reżyser odniósł się do Polskiej Fundacji Narodowej, współproducenta filmu. Według niego film został opatrzony na stronie PFN "kłamliwymi treściami, które w nim nie istnieją". Stwierdził także, że próbowano zdegradować jego dzieło do poziomu "rządowej propagandy".

Pod koniec zwrócił uwagę na wpis "Pomysł filmu: Piotr Gliński", który miał się znaleźć w napisach końcowych. "Wpis taki pojawił się ostatnio w pokazowych kopiach i chciałbym zaznaczyć, że jest on dla mnie zaskakujący i niezrozumiały" - powiedział Brylski.

PFN określiła uwagi reżysera jako "niezrozumiałe i zaskakujące". Zaznaczono, że reżyser nie przedstawił ich podczas kolaudacji dzieła. Zapewniono jednocześnie, że nikt nie ingerował w treść i przekaz filmu. Natomiast Piotr Gliński, minister kultury i dziedzictwa narodowego oraz wicepremier, określił zaistniałą sytuację jako "przykrą". We wpisie na swoim profilu na Facebooku napisał on, że był od początku zaangażowany w powstanie "Śmierci Zygielbojma". Zaznaczył jednak, że nigdy nie ingerował "w kwestie merytoryczne i sprawy personalne".

Wicepremier dodał później, że wystąpienie Brylskiego było efektem dostosowania się przez reżysera do "politycznej atmosfery". Według niego stanowiło to przekroczenie pewnych norm. "Brylski zniszczył premierę swojego ważnego filmu" - ocenił Gliński. Poparcie dla słów reżysera wyraziła m.in. Aleksandra Popławska, która wystąpiła w filmie w jednej z drugoplanowych ról.

Burza po wpisie Barbary Kurdej-Szatan

Wydarzenia, do których doszło na polsko-białoruskiej granicy, wywołały szereg komentarzy, także ze strony ludzi związanych z filmem i telewizją. Szczególnie głośno zrobiło się o emocjonalnym wpisie Barbary Kurdej-Szatan. Aktorka zamieściła na swoim profilu w mediach społecznościowych film, przedstawiający kobiety z dziećmi, szarpiące się najprawdopodobniej z funkcjonariuszami Straży Granicznej. Kurdej-Szatan nie przebierała w słowach, nazywając mężczyzn "mordercami". Wpis zniknął wkrótce z jej konta. Aktorka odniosła się do niego w kolejnym: "I a propo’s wczorajszego posta - Straż Graniczna jest po to, by strzec granicy - jasne. Ale NIKT MI NIE WMÓWI, że ogłuszanie, bicie lub najgorsze.... (bo nie wiadomo co dokładnie stało się tej osobie) przy MAŁYCH DZIECIACH jest NORMALNYM WYKONYWANIEM OBOWIĄZKÓW STRAŻY" - napisała.

Od słów aktorki szybko odcięła się sieć Play, dzięki której reklamom zyskała ona swego czasu popularność. Niemal natychmiast zareagował także Jacek Kurski, prezes TVP. "W Telewizji Polskiej nie może być miejsca dla osób, które szkalując i wyzywając obrońców naszych granic, same postawiły się poza wspólnotą aksjologiczną Polaków. [...] B. Kurdej-Szatan nie będzie już więcej premierowo występować w TVP" - napisał na swoim profilu w serwisie Twitter.

Aktorka zamieściła kolejny wpis, w którym jeszcze raz przeprosiła za wulgarny język. Zaznaczyła także, że jej słowa tyczyły się sytuacji przedstawionej w załączonym przez nią filmie. "Chciałabym podkreślić z całą mocą, że szanuję ciężką pracę wszystkich służb mundurowych i doceniam ich wysiłki, żeby zapewnić nam bezpieczeństwo. Przepraszam przedstawicieli Straży Granicznej, których mogły urazić moje słowa wypowiedziane zbyt szybko i w emocjach" - napisała Kurdej-Szatan. W jej obronie wypowiedziała się m.in. Krystyna Janda. "Jestem przerażona i wstrząśnięta komentarzami ludzi. Stopień chamstwa, wulgarności, podłości i okrucieństwa jaki zaprezentowali przeciwko pani Kurdej-Szatan internauci, z powodu Jej słusznych, naturalnych i zwyczajnie ludzkich emocji na widok krzywdy i niesprawiedliwości jest nieprawdopodobna. To już straciło wszelką miarę człowieczeństwa" - stwierdziła w poście zamieszczonym na swoim profilu na Facebooku.

Kontrowersje wokół "Dziewczyn z Dubaju"

Zanim "Dziewczyny z Dubaju" trafiły na ekrany kin pod koniec listopada 2021 roku, wokół filmu pojawiło się sporo kontrowersji. Pierwsze były informacje o konflikcie Piotra Krysiaka, autora książkowego pierwowzoru, z producentami, Dorotą Rabczewską i Emilem Stępniem - prywatnie małżeństwem w trakcie sprawy rozwodowej. W wywiadzie dla "Newsweeka" pisarz zdradził, że ostatecznie zdecydował się rozwiązać umowę z powodu niedotrzymania warunków współpracy. Wyznał, że rozmowy przed sprzedaniem praw były długie, a jego wgląd do scenariusza utrudniony. "Zgodnie z umową scenariusz filmu miał stanowić opracowanie książki 'Dziewczyny z Dubaju', a tymczasem z informacji przekazywanych przez producenta do mediów wynika, że książka jest tylko inspiracją dla filmu. Wbrew zapisom umowy producent nawet nie konsultował tego z autorem" - przekazał prawnik autora.

Na początku października pojawiły się kolejne kontrowersje. Tym razem konflikt wybuchł między producentami. W wypowiedzi zamieszczonej na Instagramie Rabczewska i reżyserka Maria Sadowska poinformowały, że Stępień odmawia im wejścia do studia montażowego. Producent odpowiedział oświadczeniem, w którym zapewnił, że film jest już ukończony i gotowy do dystrybucji, a ich ingerencja miała być dokonana bez jego wiedzy. Rabczewskiej zarzucił, że "nie jest tak zdolna, jak się próbuje lansować". Z kolei Sadowska miała jego zdaniem "nie podołać temu filmowi". "Ja jako producent kreatywny w obecnej sytuacji niestety muszę stwierdzić teraz głośno, że nie biorę odpowiedzialności za ten materiał filmowy i Maria również, jako reżyserka, ponieważ zostało nam uniemożliwione dokończenie pracy nad nim" - brzmiała odpowiedź Rabczewskiej na Instagramie. W kolejnych wypowiedziach stwierdziła, że Stępień działa na niekorzyść filmu w ramach prywatnej zemsty. Miał także nastawiać przeciwko niej i Sadowskiej członków ekipy producenckiej. Stępień zapewniał z kolei, że "Dziewczyny z Dubaju" są ukończone, a zachowanie producentki i reżyserki jest dla niego niezrozumiałe.

Sprawa wróciła w połowie listopada, gdy Rabczewska ogłosiła, że razem z Sadowską zostały dopuszczone do montażu i wprowadziły swoje poprawki. Podziękowała wszystkim osobom, które były zaangażowane w projekt i okazały jej wsparcie. Jednocześnie zaznaczyła, że nie pojawi się na premierze filmu.

"Podtrzymuję jednak iż nie będę na premierze, gdyż Absolutnie NIE podpisuję się pod czymś innym tj: obrażaniem mnie i reżyserki. dyskredytowaniem mojej pracy. utrudnianiem mi jej. nieuregulowaniem zapłaty dla ekipy. jak się ostatnio okazało za muzykę do filmu(!!!), mnożącymi się konsekwencjami prawnymi, w które jestem intencjonalnie angażowana na oczach całej opinii publicznej" - napisała na Instagramie. Pod koniec zaznaczyła, że traktuje "Dziewczyny z Dubaju" jak swoje dziecko. Film wszedł na ekrany kin 26 listopada. Po drugim weekendzie obejrzało go ponad 600 tysięcy widzów. Tym samym stał się on największym polskim hitem kinowym 2021 roku.

Nie był to jednak koniec kontrowersji. W połowie grudnia Piotr Krysiak ujawnił, że jedna ze statystek była molestowana seksualnie na planie filmu. Do zdarzenia miało dojść podczas sceny przedstawiającej parę uprawiającą seks na schodach. "Podczas tego drugiego planu, mężczyzna z którym miałam symulować uprawianie sexu w pozycji 6/9 zaczął lizać moje intymne miejsce. Natychmiast zareagowałam. Wtedy przestał" - wyjawiła statystka w rozmowie z pisarzem. Gdy okazało się, że w filmie znalazło się właśnie to ujęcie, kobieta zdecydowała się złożyć zawiadomienie do prokuratury. Jednocześnie przytoczyła swoje doświadczenie z innego filmu, w którym także znajdowało się dużo scen nagości i seksu. "Proszę sobie wyobrazić, że po pierwsze na planie był psycholog już przed startem zdjęć i po zdjęciach tylko i wyłącznie do dyspozycji aktorów, którzy grali nago. Za każdym razem przed startem zdjęć rozmawiał z nami, pytał czy wszystko w porządku. Kiedy dana scena się kończyła natychmiast przychodziły po nas osoby, które zakrywały nas ręcznikami i odprowadzały do garderoby, żeby nawet ekipa techniczna nas nie oglądała" - wyznała statystka.

Zobacz również:

Skandale w świecie kina w 2021 roku

Najlepsze aktorki 2021

Najlepsi aktorzy 2021 roku

Styczniowe nowości Netfliksa. Co obejrzeć?

Więcej newsów o filmach, gwiazdach i programach telewizyjnych, ekskluzywne wywiady i kulisy najgorętszych premier znajdziecie na naszym Facebooku Interia Film.


INTERIA.PL

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL