Od mojego ostatniego seansu filmu "Goście, goście" minęło wiele lat i nie ukrywam, cieszyłam się na myśl o ponownym oglądaniu. Produkcja, choć dość prosta fabularnie, nie bez powodu zapisała się w historii kina i do dziś jest jedną z najchętniej oglądanych francuskich komedii. A tamtejsi twórcy, o czym na przestrzeni lat mogliśmy się niejednokrotnie przekonać, mają szczególny talent do humorystycznych opowieści. Za przykład niech posłuży choćby dorobek Louisa de Funèsa, absurdalny film "RRRrrrr!!!" (2004), który z kultowym zawołaniem "Zaraz będzie ciemno!" zyskał szczególną popularność wśród polskiej widowni czy globalne hity bazujące na słynnej serii komiksów o Asteriksie i Obeliksie, do których jeszcze wrócę.
"Goście, goście": kultowa komedia po latach. To ponadczasowy hit?
Za sprawą filmu "Goście, goście" przenosimy się do roku 1123. Historia skupia się na Godfrydzie Amaury de Malfête (Jean Reno) oraz jego wiernym słudze Jacquouille’u (Christian Clavier). W podzięce za uratowanie życia królowi Francji Ludwikowi VI hrabia Montmirail otrzymuje zgodę na odnalezienie i poślubienie ukochanej, księżniczki Frenegundy de Pouille (Valérie Lemercier). Nie wszystko jednak idzie po jego myśli. Rycerz jest zmuszony poprosić o pomoc czarnoksiężnika, by naprawić swoje przewinienie, przez które zawarcie małżeństwa staje się niemożliwe. W wyniku niespodziewanych zdarzeń zostaje przeniesiony do XX wieku razem ze swoim uniżonym towarzyszem.
Zestawienie średniowiecznych zwyczajów ze współczesnym podejściem do życia i wszelkimi udogodnieniami tworzy komiczny efekt. Godfryd i Jacquouille nie rozumieją, jak działa ten świat, a liczne wpadki, które są tego efektem, to bez wątpienia jeden z największych atutów tego filmu. Scen, które zapadają w pamięć, jest naprawdę mnóstwo. Pieczenie mięsa na parasolce w domowym kominku, pierwsza przejażdżka samochodem, nieporadne rozmowy przez telefon czy kultowy fragment z kąpielą w perfumach wartych sześć tysięcy euro wciąż wywołuje uśmiech.
To wszystko jednak nie mogłoby się udać bez znakomitego duetu aktorskiego. Jean Reno i Christian Clavier (w podwójnej roli) doskonale i z oddaniem portretują średniowiecznych przybyszy. Ich urocza z perspektywy współczesnego widza naiwność nie postarzała się od momentu premiery. Na docenienie zasługuje również Valérie Lemercier, odtwórczyni księżniczki i jednocześnie potomkini rodu Montmirail, która za swoją barwną kreację otrzymała Cezara dla najlepszej aktorki drugoplanowej.
Choć muzyki w filmie nie ma zbyt wiele, na chwilę uwagi zdecydowanie zasługuje pojawiający się w ścieżce dźwiękowej utwór "Enae Volare" grupy Era. Podniosły, tworzący mistyczną atmosferę i jednocześnie wywołujący jakieś dziwne uczucie nostalgii. Nie ma wątpliwości, że bez niego produkcja byłaby niepełna.

Podczas seansu moją uwagę przykuł także moment wypicia eliksiru, dzięki któremu bohaterowie przenieśli się w przeszłość. Po zobaczeniu ich skrzywionych min naturalnie pomyślałam o scenach ze wspomnianych już filmów o Asteriksie i Obeliksie, które pojawiły się kilka lat później. "Goście, goście" i serię o odważnych Galach łączy jednak coś jeszcze - Christian Clavier. W końcu to on odegrał rolę w dwóch pierwszych odsłonach, zdobywając popularność na całym świecie. Przy okazji warto podkreślić, że genialny scenariusz omawianego filmu, jak i późniejszych kontynuacji, był również jego zasługą. Pracował nad nim wraz z reżyserem wszystkich odsłon - Jeanem-Marie Poirém.
"Goście, goście": seans daje tyle radości co kiedyś
Nie będę ukrywać - film okazał się tak dobry, jak go zapamiętałam. Pomysłowy, zapewniający rozrywkę i jednocześnie, co szczególnie cenię, pozbawiony wulgarności, dzięki czemu bez obaw można oglądać go z całą rodziną. Zdaję sobie sprawę, że monotematyczne żarty czy ich przaśność mogą niektórych nużyć. Dla mnie jednak była to przyjemna podróż w czasie, którą zapewne jeszcze nieraz powtórzę.
Jest również pewien aspekt, na który przed laty nie zwróciłam uwagi, a przy tym seansie mocno do mnie trafił. Gdy bohaterowie pojawiają się w nowym świecie, to nie postęp jest pierwszą rzeczą, którą zauważają, a... przykre zapachy otoczenia i znikoma ilość natury. "Gdzie przyroda? Gdzie puszcza? Wszędzie ta brzydota" - woła Godfryd zaledwie po chwili spędzonej w innych czasach. I mimo tych wszystkich dobrodziejstw jak telefony, samochody i inne luksusy, które ponoszą status żyjących współcześnie ludzi, średniowieczny przybysz zwrócił uwagę na ważną rzecz. Nic nie jest w stanie zastąpić natury. A biedny rycerz, gdyby przeniósł się do 2025 roku, prawdopodobnie nie mógłby już złapać tchu.
O cyklu "Czas odświeżyć! Młodzi oceniają kultowe filmy"
Cykl "Czas odświeżyć! Młodzi oceniają kultowe filmy" to nasza podróż w czasie, podczas której młodzi dziennikarze sięgają po głośne tytuły, pozostawiające trwały ślad w popkulturze. Sprawdzamy, jak hity minionych lat odbierane są w dzisiejszych czasach - co wciąż fascynuje, a co się zestarzało? Śledźcie kolejne teksty i odkrywajcie razem z nami, czy kultowe filmy z przeszłości przetrwały próbę czasu.
Zobacz też:
Łączy ich tylko biznes? Romans okazuje się być chwytem marketingowym










