"Alpha": ten film radykalnie polaryzuje krytyków
"Alpha" radykalnie polaryzuje i zbiera od krytyków cały wachlarz ocen. Zakończenie nieformalnej trylogii body horroru, zapoczątkowanego "Mięsem" (2016), wyraźnie nie spełniło bardzo wysokich oczekiwań, jakie Ducournau postawiła sobie po nagrodzonej Złotą Palmą "Titane". Mnie jednak ten film poruszył. Rozliczająca do tej pory patriarchat reżyserka, tym razem kieruje kamerę w stronę matriarchatu. "Alpha" jest alegorią świata dotkniętego zarazą, ale najmocniej działa jako opowieść o dorastaniu nastolatki, chcącej wyrwać się z uścisku samotnie wychowującej ją matki.
Ducournau nadal eksploatuje elementy body horroru, który jest zresztą w ostatnich latach chętnie wykorzystywany w kinie z silnymi wątkami feministycznymi ("Substancja", "Nocna suka"). "Alpha" przypomina późne dzieła ojca chrzestnego tego gatunku Davida Cronenberga. Film Francuzki koresponduje w pewnym stopniu ze "Zbrodniami przyszłości" (2022), gdzie Cronenberg opowiadał o transformacji ciała w czasie epidemii lekomanii. Ducournau dotyka natomiast epidemii AIDS. Przy dzisiejszych postępach medycyny wirus HIV wielkiego popłochu już nie wywołuje, ale w latach młodości reżyserki był wielkim postrachem całego zachodniego świata. Swego czasu w Polsce wybuchła przecież histeria, że przenoszą go komary.
"Alpha": nastolatka, epidemia i strach
Trzynastoletnia Alpha (Mélissa Boros) wraca do domu z imprezy, na której z grupą rówieśników nie tylko piła alkohol, ale też używała jednej igły do robienia tatuaży. Czy zrobiła to z buntowniczej przekory czy z głupoty? Wie, że wokół szaleje (nienazwany w filmie) wirus, który powoduje, że ludzkie ciała powoli twardnieją niczym marmur, co ostatecznie prowadzi do śmierci. Alpha jest świadoma zagrożenia, bo jej mama - grana przez Golshifteh Farahani - jest lekarką, która codziennie widzi zgony zainfekowanych osób. Wirusem dotknięty jest jej brat Amin (Tahar Rahim), który od lat jest uzależniony od używek. Po latach nieobecności pojawia się w ich domu. Dokładnie wtedy, gdy Alpha czeka na wyniki badań na obecność wirusa. Przypadek? On jest już w posuniętym stadium choroby. Alpha może być w jej pierwszej fazie.
Alpha jest wytykana w szkole palcami i wokół niej pojawia się kordon. Jej chłopak boi się, że też został zakażony, a koleżanki nie chcą wchodzić z nią do basenu. Można film Ducournau odbierać jako opowieść o pandemii, gdy osoby podejrzane o bycie zakażonym były stygmatyzowane przez otoczenie. Jednak skupienie się reżyserki na symbolu zakażonej krwi i paniki, jaką wywołuje dotknięcie ciała zainfekowanego, czyni "Alphę" jednoznaczną alegorią epidemii HIV z lat 80. i 90. XX wieku. Czuć tutaj retro klimat kina, które w tamtych dekadach oddawało nastrój paniki przez zbierającego swoje żniwa wirusa. Wampiryczna "Zagadka nieśmiertelności" (1983) Tony'ego Scotta, "Uzależnienie" (1995) Abla Ferrary czy nawet "Mucha" przywołanego wyżej Davida Cronenberga - każdy z tych horrorów ma u Ducournau swoje odbicie. Może zaskakiwać, że reżyserka "Mięsa" i "Titane" powściągnęła swoje namiętności zabawy elementami gore, ale widać, że tym razem chodzi jej o wywołanie innych emocji.
Chaos i bałagan narracyjny, ale film trafia w dzisiejsze czasy
"Alpha" jest opowieścią o próbie oswojenia żałoby po stracie bliskiej osoby. Zgadzam się z tymi krytykami, którzy wytknęli filmowi chaos i bałagan narracyjny. Do ostatniego aktu swojej produkcji Ducournau pakuje naprawdę wiele symboliki, melodramatyzmu i wizualnych eksperymentów. Nie traci jednak przy tym dwóch głównych bohaterek, które walcząc ze śmiertelnym wirusem, muszą najpierw pokonać toksyczną miłość. Do siebie samych i upadłego Amina, który w pewnym momencie staje się katalizatorem wszystkich złych emocji, jakie narosły między samotną matką i dorastającą córką.
"Alpha" jest przede wszystkim opowieścią o sile macierzyństwa w czasach zarazy i rozpadającego się świata. Trafia więc w dzisiejsze czasy.
7/10
"Alpha", reż. Julia Ducournau, Francja Belgia 2025, dystrybutor: Velvet Spoon, premiera kinowa: 20 marca 2026 roku.











