Reklama

"Menu": Wykwintna uczta? Pyszny fast food [recenzja]

Ralph Fiennes w filmie "Menu" /materiały prasowe

W wypadku recenzji takiego filmu jak "Menu" nietrudno o nieznośny maraton kulinarnych metafor. Postaram się je zatem ograniczyć, ale niczego nie obiecuję. Na pewno nie odmówię sobie użycia ich we wstępie. Film Marka Myloda jest mariażem kilku gatunków: horroru, komedii oraz klasycznego food porn. Niektórzy po seansie będą mieli ochotę na jeszcze. Z kolei inni nie będą w stanie nic przełknąć.

"Menu": Z tej uczty nie każdy wróci... żywy

Fabuła filmu "Menu" koncentruje się na zamożnej grupie osób, które wykupiły - złożony z kilku dań - posiłek w Hawthorne, ekskluzywnej restauracji, położonej na otoczonej przez ocean wyspie. Szefem kuchni jest tam Julian Slowik (Ralph Fiennes), ekscentryczny kucharz-celebryta. Wśród jego gości znajdują się przebrzmiały gwiazdor filmowy i jego asystentka, znana krytyczka kulinarna i jej wydawca oraz Tyler (Nicholas Hoult), niegrzeszący inteligencją fan Slowika i jego partnerka Margot (Anya Taylor-Joy).

Reklama

Dziewczyna wyróżnia się spośród zakochanego w sobie towarzystwa. Do eleganckiej sukni nosi bojówki, nie potrafi przyłączyć się do zachwytów nad eksperymentami kucharza. Ten, wraz z drużyną oddanych mu pomocników, szybko ujawnia, że dzisiejsza uczta będzie wyjątkowa - i nie każdy wróci z niej żywy.

Za "Menu" stoją ludzie odpowiadający za "Sukcesję", nagradzany serial stacji HBO przybliżający losy telewizyjnego magnata i jego zblazowanych latorośli, walczących o schedę po ojcu. Produkcja zachwyciła widzów i krytyków ciętymi, iskrzącymi się od mniej lub bardziej wyszukanych inwektyw dialogami oraz ludzkim spojrzeniem na najgorszych spośród najbogatszych. "Menu" także podejmuje temat "jednego procenta najzamożniejszych", tym razem konfrontując go z klasą pracującą, reprezentowaną przez zatrudnionych w usługach kulinarnych. I... tutaj pomysł się kończy. Im dalej w las, tym bardziej czuć, że twórcy nie mają nic nowego i ciekawego do powiedzenia na temat starcia klas.

"Menu": Fani programów kulinarnych będą usatysfakcjonowani

Nie chodzi jednak o "co" tylko "jak". Slowik okrasza każde kolejne danie kwiecistą przemową, zdradzającą sekret stojący za pomysłem na nie. Z kolei kamera skupia się wtedy na kucharzach, z pieczołowitością realizujących nowe przepisy mistrza. Trudno nie dać się oczarować kolejnym potrawom lub ich oryginalności (chleb bez chleba). Wizualna przyjemność przypomina tę odczuwaną podczas oglądania programów kulinarnych - ich fani powinni być zatem usatysfakcjonowani.

Tymczasem Mylod umiejętnie łączy gatunki, płynnie skacząc między absurdalną komedią i horrorem bazującym na czarnym humorze. Napięcie stale rośnie, by za chwilę nieznośny balonik został przebity przez nagły dowcip sytuacyjny (najczęściej wychodzący od Houlta, cudownie oddającego bezdenną głupotę swej postaci). Z obsady wybija się także Fiennes, rysujący grubą kreską portret nawiedzonego geniusza, który wraz z rozwojem akcji coraz mniej ukrywa pogardę do swoich gości. Niezbyt to wszystko oryginalne, ale ładnie opakowane. I - co najważniejsze - bawi.

Film Marka Myloda jest jak danie, które bardzo chce uchodzić za wykwintną ucztę. Tymczasem pod tymi wszystkimi upiększeniami okazuje się, że to fast food, zwyczajny cheeseburger z frytkami. Dlaczego udaje zamówienie z drogiej restauracji? Nie wiem. Ten cheeseburger był przecież pyszny.

7/10

"Menu" (The Menu), reż. Mark Mylod, USA 2022, dystrybucja: Disney, premiera kinowa: 18 listopada 2022 roku.

INTERIA.PL
Dowiedz się więcej na temat: Menu (film)

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy