Reklama

"Spider-Man: Bez drogi do domu": Kontrolowany chaos [recenzja]

"Spider-Man: Bez drogi do domu" (2021) /Everett Collection/East News /East News

Reklama

Na przełomie 2007 i 2008 roku Marvel Comics wydało historię "One More Day", w której Spider-Man zawierał pakt z diabłem. Wedle jego ustaleń wszyscy ludzie na świecie mieli nagle zapomnieć o prawdziwej tożsamości człowieka, który kryje się pod maską Pająka. Komiks zmieszano z błotem i do dziś przywołuje się go jako jedną z najgorszych historii o Peterze Parkerze. Fakt, że punkt wyjścia "Bez drogi do domu", trzeciej odsłony Spider-Mana w Kinowym Uniwersum Marvela, jest bardzo podobny do "One More Day", może niepokoić.

Zamiast diabła mamy tutaj aroganckiego Doktora Strange’a (Benedict Cumberbatch), ale poza tym nic się nie zmienia. Gdy media poznają prawdziwe imię i nazwisko Spider-Mana (Tom Holland), nastoletni heros prosi o pomoc mistrza magii. Ten jak zawsze wynajduje odpowiednie zaklęcie. Jednak w momencie jego wypowiadania Parkera nachodzą wątpliwości. Prowadzi to do zachwiania multiwersum i pojawienia się kilku złoczyńców, którzy kiedyś mierzyli się z Pająkiem - tyle że nie tym granym przez Hollanda.

Reklama

Zaraz zapalają się kolejne lampki ostrzegawcze. Reżyser Jon Watts nie ukrywał wcześniej, że trzeci film z serii o Spider-Manie widział jako skromniejszą historię z jednym przeciwnikiem, najchętniej nieobecnym w żadnej z wcześniejszych adaptacji. Tymczasem dostajemy pięciu złoczyńców, znanych z trylogii Sama Raimiego i dylogii Marca Webba. Budziło to obawy, że "Bez drogi do domu" nie będzie kontynuacją wątków z serii z Hollandem - zamiast tego okaże się festiwalem mrugnięć okiem do fanów, być może przyjemnych, ale pustych. Na koniec należy wspomnieć, że multiwersum, czyli zbiór alternatywnych światów, stało w centrum oscarowej animacji "Spider-Man: Uniwersum", która bawiła się tym wątkiem o wiele kreatywniej od Wattsa.

"Bez drogi do domu" reżyserskim wyzwaniem

Na szczęście reżyser wyszedł obronną ręką z nader trudnego zadania. Chociaż postaci z poprzednich serii mnożą się, w centrum zawsze znajduje się Pająk Hollanda. Watts, jego scenarzyści oraz trzymający pieczę nad Kinowym Uniwersum Marvela producent Kevin Feige zdają się dobrze wiedzieć, co czyni Spider-Mana wyjątkowym superbohaterem. Postać ta składa się z paradoksów, na odrzucenie społeczeństwa odpowiada miejscami naiwną wiarą w możliwość zmiany każdego, a chęć czynienia dobra idzie u niego w parze z brawurą i brakiem wyobraźni. Patrząc na poprzednie solowe przygody Pająka autorstwa Wattsa, można dostrzec ewolucję protagonisty, któremu zdarza się jednak po raz enty popełniać te same błędy. Po seansie ma się wrażenie, że w życiu Parkera nastąpił wyraźny przełom, a on sam jest jak najbardziej godzien miana herosa.

Reżyser znajduje także chwilę dla powracających po latach złoczyńców. Wedle zasady "skoro działa, nie rozbijaj" kontynuuje charakterystykę nakreśloną przez Sama Raimiego w wypadku Zielonego Goblina (Willem Dafoe) i Dr. Octopusa (Alfred Molina). Pierwszy zdaje się mieć najlepszą zabawę od lat w swej kontrolowanej szarży. Drugi z nich, chociaż w jednym z wywiadów żartował, że w "Bez drogi do domu" wystąpił jedynie dla pieniędzy, wciąż potrafi naznaczyć swoją postać tragizmem i zaskoczyć pokładami kryjącego się wewnątrz niej ciepła. Okazję do domknięcia swojego wątku dostaje z kolei Jamie Foxx jako Electro - wciąż rysowany grubą kreską, ale nie przekraczający granic parodii jak u Webba. Pozostali złoczyńcy wydają się doczepieni nieco na siłę. Prawdą mówiąc, nie wiem, czy Rhys Ifans i Thomas Haden Church pojawili się na planie filmowym. Ich postaci przez ogromną większość czasu pojawiają się za sprawą średnio przekonującego CGI.

Kontrolowany chaos

Niestety, "Bez drogi do domu" kontynuuje trend niewyróżniającej się stylistyki, typowy dla większości filmów Kinowego Uniwersum Marvela. Nie ma tu ani jednego kadru godnego zapamiętania lub sekwencji przyspieszającej bicie serca za sprawą niesamowitych środków wizualnych. Watts pozwala sobie na zapożyczenia: sprawdzony już kilkukrotnie Wymiar Lustrzany z "Doktora Strange’a" oraz muzyczne cytaty z poprzednich serii o Spider-Manie. Niestety, sam nie ma do zaproponowania nic ciekawego, jeśli chodzi o stronę artystyczną. Raimi i Webb potrafili lepiej operować językiem filmu. Watts ogranicza się do historii i relacji między bohaterami. Na poły to smuci i nie dziwi - wszak od kolejnych walk wygenerowanych na komputerze lalek lepiej wychodzą mu absurdalne przekomarzania między Peterem i jego przyjaciółmi.

"Bez drogi do domu" nie jest tak zwartym filmem, jak dwie poprzednie odsłony przygód Pająka autorstwa Wattsa. Ten przez większość czasu kontrolowany chaos miejscami nudzi, innym razem przyćmiewa emocje. Nie zmienia to jednak faktu, że rozdział młodości Petera Parkera zostaje tutaj zadowalająco domknięty, a poprzednie adaptacje komiksu ładnie uhonorowane. Niemniej mam nadzieję, że będzie to ostatnia część Spider-Mana w reżyserii Wattsa. Serii z Hollandem przyda się świeże spojrzenie.

7/10

"Spider-Man: Bez drogi do domu" [Spider-Man: No Way Home], reż. Jon Watts, USA 2021, premiera kinowa: 17 grudnia 2021 roku

Zobacz również:

Najważniejszy film roku wchodzi do kin!

Gwiazdor "Seksu w wielkim mieście" oskarżony o molestowanie seksualne

Odkryta przez Polaka! To jemu zawdzięcza wielką karierę

Gwiazda złożyła nietypową obietnicę. Po latach żałuje?

Więcej newsów o filmach, gwiazdach i programach telewizyjnych, ekskluzywne wywiady i kulisy najgorętszych premier znajdziecie na naszym Facebooku Interia Film

INTERIA.PL

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL