Vahid (Vahid Mobasseri) jest mechanikiem i właścicielem warsztatu samochodowego. Pewnej nocy pojawia się u niego mężczyzna (Ebrahim Azizi). Jego auto wymaga teraz naprawy. Vahid rozpoznaje w nieznajomym Eghbala, który lata temu dręczył go w irańskim więzieniu po zatrzymaniu na antyrządowych protestach. Mechanik śledzi go, porywa i wywozi za miasto, gdzie zamierza wymierzyć samosąd za dawne krzywdy. W decydującym momencie waha się jednak. A jeśli się pomylił i skrzywdzi niewinnego męża i ojca? By mieć pewność, zwraca się o pomoc do innych ofiar Eghbala. Razem zdecydują, co zrobić z porwanym.
Traktat o sensowności zemsty
Panahi proponuje widzom moralitet o sprawiedliwości. Szybko okazuje się, że w oczach bohaterów trudno będzie ją osiągnąć. Jeśli porwany okaże się ich katem i zemszczą się na nim, czy nie będą mu równi albo nawet gorsi? A co, jeśli skażą na cierpienie niewinnego człowieka i jego rodzinę? Kara nie wymaże także konsekwencji aresztu, z którymi muszą mierzyć się każdego dnia. Po torturach Vahid ledwo chodzi, cierpi na problemy z nerkami i powracające bóle pleców. Także jego towarzysze mają blizny - na zewnątrz i wewnątrz. Jednocześnie wszyscy mają poczucie, że ktoś musi odpowiedzieć za to, co ich spotkało. Zarazem zdają sobie sprawę, że być może w przyszłości poniosą odpowiedzialność za swoje działanie.
Reżyser przygląda się rozważaniom swoich bohaterów w długich ujęciach, podczas których dyskutują oni stłoczeni w vanie Vahida lub kręcą się w jego okolicy, jakby szukając jedynej słusznej odpowiedzi. Formalny minimalizm podkreśla wagę przeżywanych przez nich emocji. Zamiast dramatycznej muzyki lub najazdów na skonsternowane twarze mamy plan ogólny i postaci chodzące na nim niczym po scenie teatralnej. Wystarcza. Także w narracji brakuje fajerwerków. Nie ma tutaj retrospekcji z przeszłości - każdy mówi o swoich krzywdach, a o wadze ich słów na ekranie stanowią jedynie talenty wykonawców i kierującego nimi Panahiego. Nieważne, czy dostajemy ciche wyznanie, czy wykrzyczaną listę krzywd. Wszystkie te momenty są jak cios w brzuch.
Co zaskakujące, wśród wszystkich dramatów twórcom udaje się znaleźć sporo humoru i niezręczności rozładowujących napięcie, a także uwiarygadniających dawne ofiary Eghbala. Panahi stworzył zresztą barwną grupę bohaterów, a ich przeprawa przez miasto w zdezelowanym vanie przywołuje czasem na myśl… amerykańską "Małą miss". Wystarczy powiedzieć, że wśród postaci mamy młodą parę, która trafia w sam środek fabuły prosto ze swojej weselnej sesji zdjęciowej.
Czy ukojenie jest możliwe?
Humor nie sprawia jednak, że główny konflikt znika. Zawsze buzuje gdzieś pod powierzchnią lub w interakcjach między bohaterami. W genialnym finale nikt nie ukrywa już, co przelewało się w nim przez cały czas seansu. Realizacja końcówki jest prosta. To jedno ujęcie, trwające ponad dwanaście i pół minuty. Kamera stoi przez cały czas niemal w bezruchu. Emocjonalnie jest to jedna z najwybitniejszych scen, jakie zobaczycie w kinie w ostatnim czasie. Wszystko dzięki bezbłędnym występom aktorskim oraz scenariuszowi. Nie ma tu fałszywej nuty. Wierzymy w każdy gest i słowo. A także w ostateczną decyzję bohaterów - bez względu na to, czy się z nią zgadzamy, czy nie.
Panahi zdaje sobie sprawę, że niektórych krzywd nie wymaże żadne działanie. Związane z nimi emocje pozostają i kwestią czasu jest, nim znów wybuchną. Z jaką siłą? Na to pytanie nie udziela odpowiedzi.
8/10
"To był zwykły przypadek" (Un simple accident), reż. Jafar Panahi, Francja/Iran/Luksemburg 2025, dystrybutor: Aurora Films, premiera kinowa: 20 lutego 2026 roku.











