"Nie ma duchów w mieszkaniu na Dobrej" traktuje o czwórce mieszkającego w Warszawie rodzeństwa. Najstarsza Jana (Karolina Rzepa) pracuje nad projektem artystycznym, który ma załagodzić relacje między braćmi i siostrami. Środkowa Nastka (Izabella Dudziak) tak bardzo stara się wszystkim pomóc, że zaniedbuje swoje życie uczuciowe. Jej bliźniak Franek (Tymoteusz "Szczyl" Rożynek) zmaga się z toksyczną relacją z dziewczyną i problemami z nielegalnymi substancjami. Z kolei wrażliwy Benek (Bartłomiej Deklewa), najmłodszy z czwórki, nie może pogodzić się z faktem, że starszy brat odcina się od niego. Na dodatek zaczyna nawiedzać go złośliwy dusiołek, który nie pozwala mu zasnąć w nocy.
Urodzona w 1991 roku Emi Buchwald jest absolwentką Wydziału Reżyserii Filmowej i Telewizyjnej PWSFTViT w Łodzi. Jest laureatką wielu prestiżowych wyróżnień za produkcje krótkometrażowe, między innym Nagrody Dziennikarzy na festiwalu Młodzi i Film za "Heimat" (2017) oraz nagrody głównej w Konkursie Filmów Krótkometrażowych na Warszawskim Festiwalu Filmowym i Nagrody Specjalnej Jury 48. FPFF w Gdyni za "Piękną łąkę kwietną" (2022). "Nie ma duchów w mieszkaniu na Dobrej" jest jej fabularnym debiutem pełnometrażowym. Film spotkał się ze znakomitym przyjęciem podczas 50. FPFF w Gdyni.
Jakub Izdebski, Interia.pl: Cieszy mnie, że w Konkursie Głównym 50. FPFF w Gdyni jest kilka filmów opowiadających o licealistach lub młodych dorosłych, które nie są dołujące, nie dokręcają na siłę śruby. Nie odwracają się od poważnych kwestii, ale jednocześnie jest w nich dużo ciepła i nadziei.
Emi Buchwald: Również się cieszę, że tak jest, bo brakowało takiego kina. Chciałam, żeby mój film łączył ze sobą taką chropowatość i często trudne tematy z elementami, które są faktycznie ciepłe i podnoszące w jakimś sensie na duchu. Zostawia przy tym sporo przestrzeni dla widza do interpretacji i osadzenia się w tym świecie. Jest on dosyć hermetyczny, ale mam nadzieję, że mimo wszystko też uniwersalny.

W swoim filmie nie podejmujesz wszystkich najbardziej palących tematów współczesności, które trapią młodych dorosłych – na przykład niepewnej sytuacji międzynarodowej lub kryzysu na rynku mieszkań. Zamiast tego skupiasz się na relacjach rodzinnych. Jak trudno jest czasem się dotrzeć, także przez to, co stało się kiedyś.
Mam poczucie, że jest sporo filmów – i są to bardzo ważne filmy – które opowiadają o świecie w wymiarze bardziej społecznym, politycznym i podejmują tematy "dużych rzeczy". Jestem ich świadoma, ale podjęłam decyzję, że opowiem o ludziach, którzy są mi bliscy i zmagają się z problemami przedstawionymi w "Nie ma duchów w mieszkaniu na Dobrej". Wydaje mi się, że one są równie istotne. Mam potrzebę filmów, które odchodzą od realizmu i otwierają się na przeżycia nie do końca z naszego świata, wkraczające w sfery bardziej metafizyczne. Mam poczucie, że takie podejście odchodzi trochę w dzisiejszym kinie. Pamiętajmy jednak, że żyjemy w ogóle w świecie, gdzie panuje poważny kryzys wiary: tego, w co wierzyć, gdzie jest ta sfera duchowa, gdzie jest ta metafizyka i skąd ją czerpać. Wydaje mi się, że warto podejmować te tematy, na które oczywiście nie ma łatwej odpowiedzi. Ten film też ich nie daje.
Zostając przy sferze metafizycznej i korzystając z faktu, że jesteś również współscenarzystką filmu – kiedy w tej historii pojawił się dusiołek?
Jako postać, o której się wspomina, pojawił się na samym początku. Staram się szukać jakiejś symboliki i metafory do tego, o czym opowiadam. Zawsze jest dla mnie ważne, żeby wydarzenia przedstawione w filmie były pretekstem do czegoś, co być może jest trochę większe i trochę szersze. Mam poczucie, że ten dusiołek jest emanacją problemów bohaterów, ich lęków i tego, co mają w głowach, co jest skomplikowane. Od samego początku chciałam, by każda postać miała w sobie ten element, który nie jest do końca realnym problemem. U Benka, najmłodszego brata, to jest dusiołek. U Nastki i Franka jest to, że widzą przez cały czas innych bliźniaków. Czy oni są prawdziwi, czy nie? Zostawiamy to w niedopowiedzeniu, mimo że funkcjonują realistycznie w tym świecie. U Jany jest wystawa i sfera dźwięku, która jest bardzo abstrakcyjna.

Kiedy ustaliłaś, że czwórka rodzeństwa będzie idealną grupą protagonistów?
Bardzo szybko. Wiedzieliśmy na pewno i od samego początku, że to ma być film o rodzeństwie i podzielony na rozdziały. W związku z tym, że sama pochodzę z wielodzietnej rodziny, bo mam pięcioro rodzeństwa, wiedziałam, że chcę opowiedzieć o splątaniu wieloosobowym. Sama lubię historie, które nie koncentrują się na jednostce, na przykład walczącej ze sobą i ze światem, tylko o tym, że relacje się komplikują, bo jest kolejna osoba i kolejna. Dobrze się w tym czuję. Może właśnie z tego powodu, że wywodzę się z takich relacji.
Wybacz pytanie o prywatne sprawy, ale którym dzieckiem jesteś? Zastanawia mnie, perspektywa którego z bohaterów jest ci najbliższa.
Jestem środkową siostrą, co daje mi perspektywę osoby będącej w samym środku tego kotła, ale z drugiej strony widzącej wszystkie relacje dookoła siebie. W moim wypadku, cytując Nastkę i używając ustawień mojej rodziny, mam młodszego brata, drugiego młodszego brata, młodszą siostrę, starszego brata i starszą siostrę, więc jestem otoczona z każdej strony. Widzę te relacje i dzięki temu jestem w stanie o nich coś opowiedzieć. Może też będąc środkową córką i środkową siostrą miałam szansę na więcej wolności i komentarza. Mówiąc dość stereotypowo, rodzice mają największe wymagania wobec najstarszych, a największą opieką otaczają najmłodszych.
Podoba mi się, jak w swoim filmie pokazujesz relacje między rodzeństwem i jak bywają one trudne. Idealnie zapowiada to początek. Trójka bohaterów goni Franka i w trakcie gubią Nastkę. Starając się uratować jedno, można skrzywdzić drugie.
Moi bohaterowie próbują kogoś uratować i cały czas zapominają o kimś, ale też o sobie samych. Nie skupiają się na swoich problemach i na tym, co dzieje się z nimi i z ich głowami. Zamiast tego skupiają się na tym, jak pomóc kolejnej osobie, która jest obok, żeby dorastała w kierunku, który im wydaje się właściwy. Więc gubią się przez cały film, szukają, łączą, zmieniają mieszkania. Benek przychodzi do Nastki, ale tam przychodzi Franek, więc Benek idzie do Jany, ale tam też przychodzi Franek. Przez cały czas kotłują się w tych próbach pomocy sobie nawzajem. To wszystko jest z bardzo dobrych pobudek.

Te relacje wypadają świetnie także dzięki czwórce głównych aktorów. Zastanawiałem się, ile pracy wymagało wypracowanie takiego rytmu i fajnej chemii między nimi.
Podstawą jest casting i obsadzenie właściwych osób do właściwych ról. Do tego obsadzenie ich nie tylko indywidualnie, ale też w grupie, jako rodzeństwo. Druga sprawa to przygotowanie pod każdym względem. Inscenizacja i gra aktorska łączy się ze sobą pod kątem pracy kamery, dźwięku. Lubię robić próby, które sprawią, że wszyscy będziemy rozumieli, że robimy ten sam film. Do tego obudujemy scenariusz doświadczeniami kolejnych osób, właśnie aktorów. Dzięki temu stanie się on jeszcze pełniejszy. W pewnym momencie te postaci wnikną w aktorów, a oni wnikną w te postaci. I znajdą jakieś odniesienie emocjonalne dla siebie.
Wspominałem o scenie, w której poznajmy naszych bohaterów, ale samo otwarcie też jest świetne. Robisz mastershot po mieszkaniu na Dobrej, a duchy przeszłości mówią z offu, że nie wierzą w duchy. To fajne wprowadzenie w ten świat.
Zależało mi, żebyśmy od razu weszli w ten film, nadając mu taki ton, który nie do końca będzie realistyczny. Chciałam, żeby ten longshot był podróżą po domu, w którym widzimy go teraz, ale słyszymy jego życie z różnych momentów jego istnienia. To moja kolejna współpraca z Tomkiem Gajewskim, który jest autorem zdjęć do filmu. Oboje lubimy stosować długie ujęcia w odpowiednich momentach. Staramy się, żeby nie przesadzić, bo konstrukcja fabularna filmu musi mieć swój przebieg. W tym wypadku postanowiliśmy, że w czasie tego longshotu kamera nie będziesz szła do przodu, tylko będzie się wycofywać z pokoju do pokoju. Zaczynamy to ujęcie od takiego światełka, zajączka, które odbija się na ścianie. Jest czymś migoczącym, dobrym, świetlistym. A kończymy na dusiołku, który oczekuje już na bohaterów w oknie i jest symbolem tego, co całe życie, które przeszło przez ten dom, w nich nabudowało.

Wspomniałaś, że pracujesz już nad kolejnym projektem. To będzie druga fabuła? Czy może wolałabyś jeszcze nic nie zdradzać?
Na razie wolę o tym nie mówić, ale jest to druga fabuła. Chociaż zaczynam też tęsknić za dokumentem, którym zajmowałam się w krótkich formach i od którego zaczęłam w ogóle pracę jako filmowczyni. Chciałabym do niego wrócić, ale myślę, że wciąż w krótkiej formie. Myślę, że nie każdy film musi być długi. Są takie, które mogą być krótkie i funkcjonować jako skończone dzieło. Więc nie wykluczam, że kiedyś wrócę do takich realizacji.
Pracę nad "Nie ma duchów w mieszkaniu na Dobrej" zostały zakończone na krótko przed festiwalem w Gdyni. To początek jego życia kinowego i festiwalowego.
Bardzo cieszę się, że ten film jest już skończony. Też jestem w takim momencie, że po bardzo intensywnej pracy i po otoczeniu go bardzo głęboką opieką oddaję go widzom. Muszę się do tego przyzwyczaić, muszę się tego nauczyć i z tym pogodzić. To pierwszy rzut, pierwsze projekcje i mam nadzieję, że w przyszłości będzie ich jeszcze więcej pod kątem festiwalowym, ale też dystrybucyjnym.











