- Kręcę filmy o tym, co mnie boli, uwiera, co mnie drażni i co mi przeszkadza. Zmienia się tylko temat. Na przykład dzisiaj, kiedy rozmawiamy, nie podoba mi się to co dzieje się, a raczej nie dzieje z edukacją w Polsce. To, że za kilka lat na szyi orła białego dalej będzie dyndał krzyż, ale w szponach już pojawią się gaśnica i kij bejsbolowy. Ale najpierw chyba nakręcę coś o umieraniu, o eutanazji po polsku - mówi Wojciech Smarzowski. Jego nowy film "Dom dobry" można oglądać w kinach od 7 listopada.
W rozmowie z Mateuszem Demskim reżyser opowiada o spotkaniach z kobietami, które doświadczyły przemocy domowej, o "piciorysach" i "biciorysach", o rosnących w Polsce murach kościelnych i państwowych. Przy okazji komentuje zarzuty o zbyt dosłowne i dosadne sceny przemocy w "Domu dobrym", a także zdradza swoje plany na kolejne filmy - poświęcone tematowi edukacji i eutanazji.
Mateusz Demski: "Całe życie robię ten sam film" - powiedział pan niedawno w jednym z wywiadów. Zapytam więc przewrotnie: a co to za film?
Wojciech Smarzowski: - Kręcę filmy o tym, co mnie boli, uwiera, co mnie drażni i co mi przeszkadza. Narzędzia, czyli aktorzy do przewidzenia, narracja od lat ta sama, bazą jest realizm, jednak czas nie zawsze jest linearny, kilka żartów na granicy dobrego smaku na start opowieści, czasem jakaś szerzej rozumiana prowokacja, a na koniec, że to wszystko zawsze jest o miłości.
- Zmienia się tylko temat, czyli to co boli, to co w tle. Na przykład dzisiaj, kiedy rozmawiamy, nie podoba mi się to co dzieje się, a raczej nie dzieje z edukacją w Polsce. To, że za kilka lat na szyi orła białego dalej będzie dyndał krzyż, ale w szponach już pojawią się gaśnica i kij bejsbolowy. A więc może pora na film, którego akcja dzieje się w szkole im. JP2. Ale najpierw chyba nakręcę coś o umieraniu, o eutanazji po polsku.
Gdy zacznę się zastanawiać, to z każdym pana filmem znajduję jakieś punkty wspólne. Jednym z nich jest tytułowy dom, w którym coś złego się wydarza, zwykle coś się rozpada. Tak było w "Weselu", "Wołyniu", a teraz jest w "Domu dobrym".
- Chodzi się do kina po to, żeby były emocje, żeby poruszyło i prowokowało. No i już, wystarczy. Niech pan weźmie pierwszego z brzegu reżysera i on też będzie miał w środku swojego kina dom, rodzinę. To był przypadek, że zabrałem się za film o przemocy. Robiłem duży projekt "Wesele", pisałem "Słowian", przyszła pandemia i pomyślałem, że może czas na coś mniejszego, akcja w czterech ścianach. Jak wszyscy siedziałem zamknięty w domu i akurat zaczęły mi się wyświetlać informacje na temat tego, że nasiliła się przemoc domowa. Kto wie, może gdybym skupił się na innych informacjach, albo na przykład miał stres, że przytyłem, to skupiłbym się na tym, jak ćwiczyć w zamknięciu, jak i jaką kupić siłownię, to o tym napisałbym scenariusz "Domu dobrego". No ale skończyło się na opowieści o wielkiej miłości z małym minusem.
Gdzieś przeczytałem takie zdanie: "Covid-19 zamyka przemoc na klucz". W tym okresie wpłynęło kilkadziesiąt tysięcy wniosków o założenie Niebieskiej Karty. Co się w nas wtedy takiego stało, że problem przemocy eskalował?
- To jest pytanie do psychologów, ale myślę, że kiedy mamy możliwość wyjścia z domu, to dużo codziennych sytuacji, emocji można "rozchodzić". Zajmujemy się pracą, innymi sprawami, inaczej rozkładają się proporcje. Jednak, kiedy siedzi się w pomieszczeniu i jest się skazanym na siebie, to zło, które w nas drzemie, ma łatwiej, żeby wyjść z człowieka.
A czy pan spotykał się osobiście z przemocą? Ja pochodzę ze Śląska, z górniczego miasta, nie chcę tu szerzyć regionalnych stereotypów, ale pamiętam krzyki za ścianą.
- Jestem od pana starszy, a mówię o tym dlatego, bo pojęcie przemocy ewoluuje. Pochodzę z Podkarpacia i tam również były domy, gdzie dochodziło do przemocy. Ale były też stereotypy: "napił się, to uderzył". Nauczycielki nas wyzywały po to, żebyśmy się lepiej uczyli, a więc to była taka metoda wychowawcza, która dzisiaj jest nie do pomyślenia. Wchodząc w ten film, zdałem sobie sprawę, że wiele sytuacji przemocowych czy granicznych miało miejsce w moim życiu. Ale je wyparłem. Na przykład to, że w moim domu też były krzyki i pamiętam, w której szufladzie leżał pasek. Kiedy robiłem "Dom zły", to nikt nie zwrócił uwagi na to, że Dziabas uderzył Dziabasową, chociaż z kontekstu było jasne, że nie pierwszy raz uderzył. O czym innym się wtedy mówiło: że późny Gierek, wczesny Jaruzelski, że zagadka kryminalna. Rostworowski i tak dalej.
A to też był dom przemocowy.
- Za komuny, no i jeszcze długo później, nie postrzegaliśmy takich domów jako przemocowe. Panowało przekonanie: napił się, był zazdrosny, no to go poniosło. Albo: skoro to są pijaki, menele, to muszą się napieprzać. Nic nie zrobisz. Stereotypy rządzą i dzisiaj, dlatego zależało mi na tym, żeby akcję filmu o przemocy umieścić w domu, w którym nie brakuje na jedzenie, i w którym nikt nie pije alkoholu.
Trafiamy na "porządne", żeby nie powiedzieć nowobogackie osiedle. Jednym słowem: przemoc ma różne twarze i nie jest ograniczona do jednej grupy społecznej.
- Jerzy Pilch w "Pod mocnym aniołem" wymyślił, a ja później nakręciłem "piciorysy". Potem żałowałem, że nie wpakowałem do nich Jurusia, czyli Roberta Więckiewicza. Teraz naprawiłem ten błąd kręcąc "biciorysy". W "Domu dobrym" jest scena w piekle, czyli na melinie, ale pomyślałem, że skoro tak, to musi być też scena w "niebie". I tak jeden z "biciorysów" umieściłem w wieżowcu w centrum Warszawy. Wątek burmistrza się rozwinął, a ja - bo od tego wyszedłem - w każdym "biciorysie" mam obecność i emocje głównej bohaterki.
À propos tego szerzej - pan podkreśla, że przemoc to nie tylko bicie. Czasami wystarczy jakiś drobny komentarz, insynuacja, uwaga rzucona jakby mimochodem.
- Przemoc oczywiście to ta fizyczna, seksualna, ale może być też ekonomiczna i psychiczna. Ta ostatnia występuje często i nie zawsze zdajemy sobie z tego sprawę. Czasem jest tak, że pewne słowa w pewnej konfiguracji w ogóle nie są przemocowe, a w innej te same teksty już mogą takie być. Jeżeli zapakuję niewątpliwie dowcipny żart do kogoś, kto mocno stoi na nogach, to może odbić mi tak, że się nie pozbieram, no i wszyscy się pośmiejemy. Jednak gdybym sobie pozwolił na te same słowa do osoby, która ma słabszy moment w życiu, albo powtórzyłbym je wiele razy, będąc na przykład jej szefem, to wtedy robi się niebezpiecznie.
Wtedy to się przeradza w przemoc.
- W przemocy chodzi o to, żeby zdominować, osaczyć, zmanipulować, wyizolować. Sprawca przemocy starannie dobiera ofiarę. Jeżeli ktoś pochodzi z domu przemocowego i od dziecka słyszy: "co ty, głupia jesteś?", "nawet tego nie umiesz zrobić?" albo: "tak, to każdy debil potrafi", czyli dostaje dużo, niby wychowawczych uwag, a później wchodzi w dorosłe życie i słyszy to samo, ale już od partnera, to zanim wreszcie się zapali lampka ostrzegawcza, to upłynie dużo czasu.
Nie kusiło pana, żeby w podobnie drobiazgowy sposób spojrzeć na oprawcę?
- Na starcie to odrzuciłem, chociaż siłą rzeczy się o nich nasłuchałem. Na przykład motywacja jednego z nich była materialna. Wchodził w relację, brał ślub, katował swoją żonę, ale w międzyczasie udawało mu się wziąć parę kredytów i wyzerować ją z pieniędzy. Kiedy kobieta nie miała już swoich środków, to ją zostawiał, szukał kolejnej i robił dokładnie to samo. Finał był taki, że ofiary tego jednego oprawcy skontaktowały się ze sobą, żeby ratować kolejną.
- I to zjednoczenie jest moim zdaniem niesamowite. W "Domu dobrym" pojawia się postać - pani Ula, jej pierwowzorem była Patrycja Zaleska-Mandes, psycholożka, która pracuje z osobami, które doświadczyły przemocy domowej. Patrycja je ze sobą połączyła i zjednoczyła. One wspierają się poza terapią, interweniują, na przykład o trzeciej w nocy, kiedy któryś z oprawców chce rozwiercić zamki jednej z nich i wedrzeć się do mieszkania, a policji nie chce się przyjechać albo ma co innego do roboty. Jedna może mieć samochód, inna wolne mieszkanie, a kolejna jest pielęgniarką. Są w różnym wieku, mają różne wykształcenie i zawody, ale ta więź jest dla nich ponad wszystkim.
Spotkał się pan z nimi?
- Tak i to był najważniejszy etap przed napisaniem scenariusza. Ale na początku czytałem to, co jest w internecie, potem czytałem książki, aż do momentu, kiedy skończyła się pandemia. Wyszedłem od schematu, na czym taka przemoc polega. Najpierw są motyle w brzuchu, miłość, coś zgrzyta, znowu jest fantastycznie, a więc kwiaty, wycieczka. Potem kolejny zgrzyt, ale przecież się docieramy, musimy się poznać. Jesteśmy skupieni na sobie, nie mamy czasu na znajomych, nie musimy tak często do nich dzwonić, urywa się kontakt z rodziną, pojawia się izolacja, znowu zgrzyt, ale przecież budujemy nowe życie, po drodze ślub, dziecko, a odległość pomiędzy miłością a zgrzytem staje się coraz krótsza. Nie wiadomo, kiedy i jak minęło kilka lat, ani śladu po motylach w brzuchu, zostały same zgrzyty.
- Czytanie o przemocy to jedno, a rozmowa z osobami, które jej doświadczyły, to drugie. Kiedy widzi się i czuje emocje, to cisza może być mocniejsza niż słowa... Tak, czy tak, szybko zrozumiałem, że robiąc ten film muszę czerpać tylko z tego, co zasłyszałem albo wyczytałem. Że nie mogę się rozwijać, zwłaszcza w scenach przemocowych. W innym wypadku moje miejsce byłoby na kozetce, a nie za kamerą.
A co podczas tych spotkań najbardziej pana uderzyło?
- Było tego bardzo dużo, opowiem o tym, co ostatnio: oskarżony, mąż, pokazał w sądzie fragment nagrania z monitoringu, na którym widać jak jego żona, ta która go pozwała, rozbija sobie nos. Pani sędzia uznała, że coś nie w porządku z tą jego kobietą i został uniewinniony. Nie wpadła na to, żeby zobaczyć, przewinąć nagranie minutę albo godzinę wcześniej i zobaczyć, co się wydarzyło, jak doszło do tego złamania nosa. W ciemno przyjęła tylko ten fragment, który dostarczył oskarżony, żeby udowodnić, że jego żona zwariowała. Inna sprawa: pani sędzia kieruje na mediację i być może robi to w dobrej wierze, jednak przez pół roku ofiara będzie musiała patrzeć w oczy swojemu oprawcy i przeżywać kolejne traumy. Zmierzam do tego, że najważniejsze jest, żebyśmy się nauczyli odróżniać przemoc od konfliktu - my wszyscy, ale przede wszystkim policjanci, lekarze i sądy.
Ostatnio dużo mówiło się obecnej reformie polskiego kodeksu karnego i wprowadzenia nowej definicji zgwałcenia. Dotychczasowa pochodziła z 1932 roku.
- Nie umiesz mówić, a już cię ochrzcili, potem komunia, a potem "Co bóg złączył..." i tak dalej. Czyli pierwszy mur, kościelny. Im bliżej Zakopanego, tym ten mur jest grubszy. Drugi mur jest państwowy - państwo nie pomaga, nie inwestuje w szkolenia i nie dostrzega problemu przemocy domowej. Wczoraj miałem rozmowę po projekcji i pani, która zajmuje się pomaganiem ofiarom przemocy, powiedziała, ile zarabia pracownik socjalny, czyli człowiek, który jest na pierwszej linii frontu. To są bardzo małe kwoty, więc ktoś robi to dla idei albo zaraz odejdzie.
- W Polsce rozdzielenie osoby doświadczającej przemocy od sprawcy to czternaście dni, a więc na papierze nie wygląda to źle, bo w Niemczech jest tylko dziesięć, tyle tylko, że przez te dziesięć dni w Niemczech osoba doznająca przemocy dostaje skoordynowane wsparcie medyczne, psychologiczne i prawne. Ma asystentkę, która pomaga jej we wszystkich formalnościach i organizacji życia, a u nas jest tak, że przez parę godzin policjanci wożą tę pobitą kobietę z dziećmi po nocy, szukają dla nich noclegu, znajdują go w Caritasie czy gdzieś, a na odchodnym mówią jej, żeby zrobiła obdukcję. A następnego dnia znowu kobieta i te dzieci są w domu ze swoim oprawcą, bo nie mieli się gdzie podziać.
Pan czuje, że ma tym filmem jakąś misję do wykonania?
- Misję, to nie. Misja to jakieś wielkie słowo. Ale ucieszyłbym się, gdyby "Dom dobry" został wyświetlony w Sejmie, to po pierwsze, ale w Sejmie pełnym posłów, nie dla pustych krzeseł, to po drugie. Chodzi o to, żeby ludzie, którzy mogą wpływać, decydować, uświadamiać, pomagać, uzmysłowili sobie problem przemocy domowej i wzięli go na klatę. W Polsce mamy tylko trzydzieści pięć państwowych ośrodków, w których osoby dotknięte przemocą mogą się schronić. Tylko jeden z nich może przyjąć kota albo psa. Te ośrodki są jawne, a więc oprawcy bardzo łatwo mogą znaleźć swoją ofiarę. Natomiast w takiej Irlandii takie ośrodki są tajne, nie wiadomo, ile ich jest, a okna nie mogą wychodzić na ulicę. Właśnie po to, by sprawca nie rozbił przed budynkiem namiotu i nie wywierał presji.
Szczerze panu powiem, że mam w sobie wiele sceptycyzmu co do tego, czy kino może prowokować takie zmiany.
- Ja też. Szczególnie po doświadczeniach "Kleru". Pedofile w koloratkach mają się świetnie, kościół nie płaci ofiarom żadnych odszkodowań. Miała być komisja, nie ma komisji i nie będzie. Ale ciągle wierzę, że kino może coś zmienić w głowie pojedynczych widzów. Nie zawsze chodzi o to, że film musi być wybitny. Czasem ma się jakiś problem, a historia na ekranie może sprowokować, podpowiedzieć rozwiązanie.
Podobno podczas jednej z rozmów na temat tego filmu, usłyszał pan słowa: "Wojtek, ty tego nie zrozumiesz...". No właśnie: czy zrozumiał pan? Albo czy przynajmniej jakąś cząstkę udało się zrozumieć?
- Tak, znajoma aktorka, która dziesięć lat była w przemocowym związku, jak się dowiedziała, że chcę zrobić o przemocy domowej powiedziała: "Wojtek, ty tego nie zrozumiesz, ale ty musisz to zrozumieć, żeby o tym opowiedzieć". Te słowa wpłynęły na konstrukcję filmu, zainspirowały mnie do tego, by spróbować wejść do głowy osoby dotkniętej przemocą. Nie wiem, czy zrozumiałem, chociaż po projekcjach festiwalowych, których było już całkiem sporo, czuję, że może się udało. Podchodzą do mnie kobiety, dzieje się to w przeciągu, szybko, pomiędzy jednym filmem a drugim i w emocjach opowiadają strzępy ze swojego życia. Odbieram to tak, że "Dom dobry" jest dla nich ważnym filmem.
A jednocześnie recenzje są skrajne.
- Nie znam, nie czytam recenzji.
Nie będę ich przytaczał, ale spotykałem się z głosami, że zbyt dokręca pan śrubę, że przemoc w tym filmie jest zbyt dosłowna, dosadna.
- Proszę wrzucić sobie pierwszy lepszy film / serial / kryminał / historyczny i zobaczyć, ile w nim jest przemocy. Cycka nie pokażesz, ale na dzień dobry ktoś komuś wydłubie oko, utnie rękę albo załaduje deską z gwoździem w tył głowy. No ale w tych dniach to mój film jest wypełniony przemocą, której nie da się wytrzymać - bardzo śmieszne. Może dlatego, że nie opowiadam bajek, bo to co w "Domu dobrym" dzieje się za ścianą lub piętro niżej? Albo jeszcze inaczej: nie mam najmniejszych wątpliwości, że dla osób, które doświadczyły przemocy ten film nie będzie, nie jest brutalny. Ale może być dla tych, którzy nie mieli z przemocą domową nic wspólnego. Albo dla tych, achtung: którzy tę przemoc sami czynią.
Na początku wspomniał pan kolejny pomysł na kolejny film i kolejny temat: eutanazja.
- To oczywiście będzie film o miłości. Będzie się nazywał "Dom starców", albo "Ruta", no bo może trzeba nawiązać do "Róży", mojego trzeciego filmu. Ale jeżeli tak, to czwarty był o formacji, mam na myśli "Drogówkę" więc - oby - pora na "Słowian"... Gdzie tu wcisnąć ten o edukacji, to jeszcze nie wiem.
Czyli wszystko się zgadza - cały czas robi pan ten sam film. Tworzy się z tego taka trochę matrioszka. W "Domu dobrym" mamy Arkadiusza Jakubika w roli księdza, Julię Kijowską jako żonę policjanta, a bohaterowie oglądają "Dom zły" w telewizji.
- Zastrzelił mnie pan tą matrioszką, ale tak. Celnie i na temat. Lubię robić to, co robię i czasami, nawet przy tak trudnych tematach, puszczam do widza oko. Na grubo, jak w "Domu dobrym", albo delikatniej. Kiedyś, kiedy jeszcze kręciłem reklamy, udawało mi się czasem w jakieś ujęcie wcisnąć, ukryć siekierę. Tylko ja, operator, rekwizytor i montażysta wiedzieliśmy o tym. Na etapie postprodukcji ludzie z korporacji na różnych szczeblach wiele razy oglądali te reklamy, dajmy na to margaryny albo banku. Ale nigdy moich siekier nie wyłapali.